Prenatalnie (Biskwit)

[6-7 Apr]

(...)
O trzeciej w nocy obudził mnie wewnętrzny głos z dubbingiem Krystyny Czubówny.
Wstań. Wzuj sandały. Zrób test’.
O trzeciej w nocy?  Dajcie żyć.
Naciągnęłam kołdrę na głowę.
Cztery godziny później, umęczona wewnętrznym nękaniem, wyplotłam się z objęć rodziny 2+1 i przynaglana przez Krystynę Czubównę na dnie szafy znalazłam test, który łypnął na mnie dwoma kreskami nim nawet zdążyłam nań spojrzeć.
Zgrzyt.
Data ważności – lipiec 2011.
Urojoną gravidas zrzuciłam na zasuszone przeciwciała.
I tak oto przez całe swawolne popołudnie nie byłam w ciąży.
Wino. Śpiew. Wino.
Dwanaście godzin później wyprowadziły mnie z błędu świeże przeciwciała i równie bezduszna, jak cztery lata temu, elektroniczna fraza: pregnant.
Od siódmego kwietnia 2013 znów jesteśmy w ciąży.
Znów dość niespodziewanie produkujemy człowieka.
Człowieka, jak i poprzednio, zasponsorował nam syntetyczny agonista białka D2R w niebieskiej i różowej (!) masie tabletkowej.

(...)
Zwiastowaniu kolejnego dziecka zdecydowanie brakuje tego elementu magii, która towarzyszy objawieniu się pierwszego.
Tej magii, która niezależnie od stopnia zaangażowania w sukces  prokreacji, jak kij baseballowy podcina kolana osobistego świata, a potem skacze po leżącym zezwłoku.
Świat zbudowaliśmy sobie od nowa.
Naiwnie zakładam, że da się rozciągnąć na 2+2.
Zwiastowanie kolejnego dziecka wpada gdzieś między listę zakupów, a 'wlej w Pierworodną syrop'.
To mnie martwi.

(...)
Dynia nie lubi moich kontaktów z cudzymi niemowlętami.
Ja, mówiąc prawdę, też nie.

[8 Apr]

(...)
Podłoga  jak trampolina.
Ugina się pode mną ziemia.
Brnę jak przez pola bawełnianych kłaczków.
W głowie mam wyłącznie powietrze.

[9 Apr]

(...)
Powinnam zorientować się wcześniej niż Krystyna Czubówna.
W normalnym stanie nie próbowałabym zjeść trzech jaj na twardo razem ze skorupką.

[10 Apr]

(...)
... trzech jaj i szpinaku z czosnkiem.
Nie zaczęłabym również czytać Mertona.
Wstępu do kontemplacji’ (!)


[15 Apr]

(...)
Ciąża przypomina o sobie refluksem pospolitych zmęczeń.
Poza tym utrzymuje low profile.
Po raz kolejny okazuje się, że nad wyraz trudno monologować z milczącą, zajętą mitozą grudką komórek.
Świat nadal kręci się wokół Pierworodnej.
Pierwsze spotkanie z położną za miesiąc.
Dziwny, przejściowy czas, gdy wciąż można udawać, że nic się nie zmieniło.
Gdy wciąż jeszcze można sypiać na brzuchu.
W kuluarach nieustannie gula w gardle – jak być dla nich obu*, by żadna nie rościła pretensji.
Nie mam w tym żadnej praktyki. Wokół nieliczne krzepiące przykłady.
Nie mam pomysłu na przyszłość.

* płeć wyłącznie dla potrzeb deklinacji, brak jakichkolwiek premonicji i objawień


[16 Apr]

(...)
Nierealnie.

[17 Apr]

(...)
Kupiłam dwie prawie jednakowe sukienki z absurdalną myślą ‘ta będzie dla młodszej’.
(Zaklinam?)
Chciałabym się położyć spać na miesiąc lub dwa.

[22 Apr]

(...)
Mdły weekend.
Żołądek o limitowanej pojemności.
I szesnaście kilogramów Pierworodnej wiszących na szyi.
Słabo.

[23 Apr]

(...)

'Nie, nie będzie miała na imię Elin.
Nie możemy jej nazwać po chomiku.
'
Tymczasem organizm zgłasza zapotrzebowanie na kotlet i słoik oliwek.
Tym sposobem obiad zjadłam przed ósmą rano z głową schowaną w szafce w szatni.

(...)

Konsultacje społeczne nie przynosły spodziewanego rozstrzygnięcia:
- Dyniu, znasz ładne imię dla chłopca?
- Edward.
- A oprócz Edwarda?
- Biskwit!


[25 Apr]
 
(...)
Zmiany.
Przeprowadzki.
W słusznym kierunku, ale – nie da się ukryć – chyba najbardziej moim kosztem.
Nie wiem, czy mdli mnie ciąża, czy paniczny strach?
Idę kupić dwadzieścia plastrów szynki zbójeckiej i zażyć na miejscu.

[29 Apr]


(...)
Całymi dniami unoszę się na falach niezdecydowanych mdłości.
Permanentna choroba morska.
Czasem na chwilę pomaga jednen czips o smaku octu, czasem łyk coca-coli, czasem gniotbuła z hamburgerem i korniszon, czasem słodkie ciastko.
Wszystko to półśrodki.
Znieczulenie miejscowe.
Nie mogę się pochylać, co komplikuje ekwilibrystykę zajęć pilates i zawiązywanie butów.
Nigdy nie byłam aż tak sfiksowana na swych treściach żołądkowych.
Pierworodna zemdliła mnie tylko raz w całej swej prenatalnej historii, więc odnotowuję gwałtowne pogorszenie warunków życiowych.

(...)
Pierworodna dość czule traktuje niemowlę marki Edward.
Wczoraj rozciągnęła tę czułość na kolejne dziecko.
Ta czułość jest ładna i delikatna.
Nie produkuję sobie złudzeń, nie mam nadziei, cieszę się pojedynczymi zdarzeniami.

[Gdzieś pomiędzy zdarzeniemi.
Plamienie.
Krwawienie.
Plackiem leżenie.
Syntetyczny progesteron.
Syntetyczna zakrzeplina w masie tabletkowej.
Pani dziecko jeszcze żyje’ – mówi polski ginekolog – ‘W pani wieku, ze zmęczenia, z przetrenowania, z wysiłku...’
Nie chcę tego pamiętać, a przecież już zawsze będę.
Jeszcze żyje.]


[2 May]

(...)
Oburzające, że trzynaście milimetrów komórek łypiących czarnym guzikiem oka potrafi prowadzić mnie jak na pasku.
Najczęściej ku tłustym, mięsnym bufetom.
Dla zachowania równowagi, nieustannie, obsesyjnie monitoruję lokalizację klozetów i  przeprowadzam umysłowe ćwiczenia:  'Czy gdyby? Czy gdyby, to zdążę dobiec?'
Wróć.
Bieganie prowokuje.
Czy zatem gdyby, to zdążę dojść z godnością?
Od miesiąca moje ciało mieszka na kutrze rybackim.
Rozum został na brzegu.


[8 May]

(...)
Tłusty boczek i krwawy pudding nadal mogłyby stanowić podstawę diety.
(Godzina dziesiąta rano – dłubię plastikowym widelcem w smażonym plastrze lokalnej kaszanki. Dłubię i nie pojmuję.)
Wystarczyły trzy lata, a szpital przesunął budynek z kliniką położniczą.
Na szczyt wzgórza.
W głowach położnych nic się w tym czasie nie przesunęło.
Syzyf. Syzyf. Syzyf.
Maj 2013. Kraj rozwinięty. Zachód Europy.
No, więc po co ci zawracać sobie głowę USG i biochemią, skoro nie wiesz, czy zgodzisz się na amniopunkcję lub aborcję, hę?
Nie wiem również, czy zgodzę się na amputację, abominację, alternację, adiustację oraz agrawację.
Jakże mi przykro, systemie, że moje wahanie tak nadwyręża twój budżet.

[13 May]

(...)
W temacie boczku nadal bez zmian.
Do tego piwo.
(Mały Bawarczyk? W skórzanych spodniach i z kapeluszem z piórkiem?)
Emocjonalnie jestem wywrócona na stronę podszewki.
W nieopisanym  pośpiechu czytam kryminały i dramaty.
Naczytać się na zapas, nim bezwolnie zacznę dzielić z bohaterami fabułę i nieutulenie płakać.
Nie wiem, jak ograniczyć straty w Pierworodnej.


[28 May]

(...)
Chciałabym się schować pod kołdrę i tak zostać.
Pierworodnej czule rozmawia z brzuchem  (‘Hallo baby! Tickle, tickle!’), przykłada ucho, dłubie w moim pępku.
(Przy innych okazjach próbuje przerobić rodzeństwo na płaski naleśnik.)
Rozniosła wiadomość po ochronce.
Rubenito przyszedł autoryzować.
Inni wciąż się powstrzymują.
Zapotrzebowanie na boczek nie słabnie.


[5 Jun]

(...)
Siedem centymetrów człowieka wygrażającego pięściami głowicy ultrasonografu.
Siedmiocentymetrowy człowiek nie ma ochoty współpracować z Systemem.
Będzie wodził oczodołami za głowicą ukrywając swój fałd na karku.
Pięć godzin w szpitalu.
(Zamknęli  nas w gabinecie i jak przypuszczam zapomnieli o nas udawszy się na obiad.)
W ramach promocji kupon na dwa dodatkowe usg do realizacji w trzecim trymestrze ciąży.
Próbuję się cieszyć całokształtem.
Ilość kryzysów do zarządzania – zbyt wiele.
Zapotrzebowanie na boczek – brak.
Nagły wstręt do kawy.


[6 Jun]

(...)
Może to strategia Nowego, by w tej wielodzietnej rodzinie zwrócić na siebie uwagę?
Zamiast stylizować się na emo, ciąć nadgarstki, czy przekłuwać nozdrza, zgrywa się na hipochondryka?
Podobno ‘widać’.
Muszę znaleźć odzienie w fałdy.
Zdrada smażonego boczku na rzecz kabanosów była przelotna i jednodniowa.

[10 Jun]

(...)
Drugi trymestr.
Mam wrażenie, że ciągle o niej/o nim zapominam.
Nie przystaję wystarczająco często, by się zachwycić procesem.
Zdrada smażonego boczku na rzecz sardynek w oleju jest już głośnym romansem.

[11 Jun]

(...)
Drugi trymestrze, i gdzie obiecany przypływ sił witalnych i optymizmu?
- Gdzie? – pytam.

[12 Jun]

(...)
W kontaktach z najnowszym człowiekiem nieustannie spodziewam się zjawisk duchowych i metafizycznych, a na ziemię ściąga mnie pospolita fizjologia ciąży.
Która ciąży.
I rwie w lewym boku.

[18 Jun]

(...)
Rusza się.
Robi POP! POP! POP!, jakby zainstalowało sobie gdzieś pod otrzewną maszynę do popcornu.
To dodaje wydarzeniu odrobiny realizmu.
Kilka dni temu oblaliśmy test na trisomię.
(Wyniki przyszły na formularzu z nadrukiem: first trimester exam results...)
Tak, wiem.
'Low risk' w sumie oznacza nic, ale jeden kryzys mniej do zarządzania robi mi tu i teraz spore znaczenie.


[20 Jun]

(...)
Spokorniałam.
Już się nie odważę przy darciu pierza snuć opowieści ‘Phi, a ja w dziewiątym miesiącu nosiłam w wiadrach wodę z rzeki, w przerwach przesuwając szafy gdańskie’.
Nie odważę się, choć mogłabym.
Szkoda, że by zrozumieć musiałam spaść na samo dno bezsilności.

[26 Jun]

(...)
Wszystko pyli.
Histamina przejęła nade mną kontrolę.
Mogłabym statystować w 'Resident Evil' bez charakteryzacji.
Irytująco ćwierkająca położna odmówiła eutanazji twierdząc, że nie uśpiłaby nawet kotka.
I że zawsze mogę sobie zaparzyć herbatkę z bzu.
Tu rzecz jasna, winnam z anatomiczną dokładnością wskazać, gdzie ona może sobie zaparzyć, ale nie mogę zataić, że od dwóch tygodni wypijam litrami elderflower presse, którego w innych okolicznościach nie tknęłabym nawet patykiem.
Czyżby zatem?
Trudno dyskutować z instynktem przetrwania.
Serce bije, talasemii i kiły nie odnotowano, pęcherz wolny od infekcji, przeciwciała w gotowości.
Młodzież podręcznikowo pobudzają zimne napoje.
Pierworodna wybiera wózek dla swoich dzieci.
Może pożyczy?

[3 Jul]

(...)
Widać.
To taki ładny czas, gdy się jest  łagodnie, nieprzesadnie okrągłym.
Ono wystukuje coś na podszewce.
Czasem boli. Nagle i zaskoczenia.
Może bolało i poprzednio, a teraz jestem po prostu przewrażliwiona?
Cudu narodzin i zmian fizjologicznych zachodzących w połogu chwilowo nie przyjmuję do wiadomości.
Doczołgać się do kresu dnia – tylko to mnie interesuje.

[15 Jul]

(...)
Jestem zakłopotana, bo są matki, które kochają od pierwszej kreski, miłością prenatalną.
Znów nie.
Nie tym razem.
Funkcjonujemy jak sublokatorzy. Wspólna kuchnia i klozet. Organów wewnętrznych wynajem. Spółka z odpowiedzialnością.
Zbyt dużą odpowiedzialnością.

[Korzystając z wizyty w Bullerbyn usiadłam nad brzegiem kozetki.
- Dałaś sobie sprzedać mity. – powiedziała  terapeutka, gdy nam temat skręcił na rodzinne relacje – Mit pierwszy. Wpływ toksycznych rodziców rozcieńcza ilość dzieci [1]. Mit drugi. Rodzeństwo należy sprowadzić na świat w celu polepszenia dobrostanu i samopoczucia pierworodnego potomka [2].

[1] 'Wręcz przeciwnie. Ktoś, kto nie potrafi w zdrowiu psychicznym wychować jednego dziecka, nie będzie zdolny by wychować dwoje bez szkody.  Stężonej szkody.'
[2] 'Patrz mit pierwszy. Erzac odpowiedzialności za własne postępki.'

[17 Jul]

(...)
Tradycji stanie się zadość. Każdemu nowemu człowiekowi w tej rodzinie trzeba zapewnić niemowlęctwo pod innym adresem.
Znów będziemy się przeprowadzać.
Znów w trzecim trymestrze.
Nieświadom tego młody człowiek skacze na główkę ze śledziony prosto w pęcherz.

(...)
Kres epoki smażonego boczku i sardynek w oleju.
Nadeszła era surowej, chrupiącej w zębach flory.
Wiadro marchewki. Kwintal sałaty. Worek papryki. Trawa dla kota.
Mogłabym chadzać na obiady do zoologu, na wybieg dla słoni lub zebu.
[po zastanowieniu]
Bardziej dla słoni.

[18 Jul]

(...)
Prawie dwudziesty tydzień.
Dwudziesty tydzień zawdzięczam wyłącznie tym, którzy ze mną wysiadują mentalnie.
Słowem, uczynkiem, dbaniem.
Bardzo zawdzięczam.
I niech już się wreszcie okaże, kim jesteś młody człowieku, bo suspens mnie pożera.

[23 Jul]

(...)
Córka.
Trudno cieszyć się tą myślą na miejscu, gdy człowiek zalega na kozetce z wypełnionym po fizyczny kres pęcherzem.
(NHS miał godzinne opóźnienie.)
Myśl o córce zabrana na wynos smakuje o wiele lepiej.
Samospełniająca się przepowiednia, sen sprzed wielu lat, mocno proroczy.
Dwie córki.
Jest dobrze. Nawet bardzo dobrze.

[25 Jul]

(...)
... Rodzeństwo dla Dyni. Siostrzyczka dla Dyni. To się Dynia chyba cieszy, że będzie miała siostrzyczkę/braciszka/bawidełko...? Dziewczynki tak się lubią zajmować dzidziusiami! Wreszcie Dynia się nauczy dzielić zabawkami... Cieszysz się Dyniu, że ci się urodzi?
Narodzie, czy to od upałów ci się posklejały synapsy, czy wkroiłeś sobie do frytek szaleju, bigos zaprawiłeś jadem kiełbasianym?
Młodsza nie jest projektem ‘czym by  tu jeszcze ucieszyć Starszą? Kucykiem Pony, rubinową tiarą z polichlorku winylu, a może, zaszalejmy,  niemowlątkiem?
Nie jest prezentem z listy: wózek, hulajnoga, Hello Kitty, żywy dzidziuś, zestaw kredek.
Nie jest wstępem do sprawy rozwodowej dla Starszej ‘a teraz wszystko podzielimy na pół, ot, tak, dla zasady’. (Jakim musiałabym być skurczysynem, żeby oczekiwać, że odda to, co jest jej własnością?)
Nie jest by niwelować skutki naszych błędów wychowawczych, by zapewniać rozrywkę, by uspołeczniać, by zabezpieczyć szpik lub inne organy do przeszczepu.
Nie jest dla Dyni.
Nie jest dla nas.
Jest sobą.
Jest dla SIEBIE.

[26 Jul]

(...)
- Maaaaaama!  - mówi Starsza i wciska we mnie kawałek ciastka – Baby [sɪstər] eating!
([sɪstər] wymawia z zachwycającym królewskim akcentem)
I natychmiast reglamentuje.
- Not too much, okay?
Okay.

(...)
Mocuję się z wizją przeprowadzki i perspektywą budowania siebie od nowa.
Ot, kolejny kraj, w którym nigdy nie chciałam mieszkać, który znam z tendencyjnych podręczników do historii, dramatów Kruczkowskiego, prozy Nałkowskiej, stereotypów, uprzedzeń i statystyk kryminalnych.
Wdech.
Wydech.
Wdech.
Papierowa torebka.
Czy robię dobrze? Czy dobrze robię? Czy?
Czy się złożę w siebie w docelowym punkcie tej teleportacji?  A jeśli nie w siebie to w kogo? Lub w co?

[1 Aug]

(...)
Lubię tę myśl o dwóch córkach.
Bardzo.
Martwi mnie przyszłość.
Bardzo.

(...)
- Chyba musi wyjść na lepsze, prawda? – skubię brzeg kozetki. – Przynajmniej jedno z nas będzie we własnym domu.
Nie ty.
Nie ja.

[5 Aug]

(...)
Tydzień dwudziesty trzeci.
Doughnut peach jako podstawa diety.
Ograniczona pojemność żołądka (jeden doughnut peach na godzinę).
Ograniczona pojemność pęcherza.
Starsza wrzuca mi zabawki za dekolt (‘for baby sister’), Młodsza wierzga.
- Musi wyjść na lepsze. Musi. – zaklinam.

[7 Aug]

(...)
Garderoba Młodszej jest zimowa.
Futra, szuby, podpinki, kolory śniegu.
Mimikra.
Jak raz, by skryć się przed polarnym niedźwiedziem.
Martwię się o Starszą – pewną siebie, kolorową, wyrywaną stąd z korzeniami.
Jak ją przesadzić by się powtórnie ukorzeniła?
Wypchnąć do placówki, czy trzymać w zimowej nudzie do wiosny?
Czy robię dobrze? Czy robię dobrze? Czy?
Wdech.
Wydech.
Wdech.

[15 Aug]

(...)
Tyję z prędkością kilograma na miesiąc.
Nie puchnę, nie nabrzmiewam, nie rozchodzę się w szwach, jeszcze nadążam bez zadyszki.
Młodsza się przeciąga jak kot.
Wystukuje wiadomości przez podszewki i membrany.
Czy przecieka do niej, że ją lubię?

[19 Aug]

(...)
Skupiam się na przejściowych trudnościach.
Na kościach, mięśniach i zakończeniach nerwowych testowanych  przez Młodszą z metodyczną precyzją sadysty. Testowanych  jak meble z Ikei.
(Skupienie się na pozostałych trudnościach zakończyłoby się zwarciem na łączach. Po co ryzykować?)
Sonduję notowania Młodszej u Starszej.
(... może się, dla przykładu, zdarzyć, że będziesz chciała się przytulić, a ja będę musiała akurat zmienić twojej siostrze pieluchę, i co wtedy zrobimy?
- Baby sister stinks?!  Majn changing!
)
(… widziałaś, że czasem Rubenito jest niezadowolony, że ma brata. Popycha go, a potem mówi, że to nie on.
- Majn careful with baby!
)
Chwilowo hossa.
Hosanna.
(Niezły PR.)

(...)
Niech już będzie rok nowy, nowe dziecko, nowy dom i w oknach wyprane firanki.
Niech się stanie.

(...)
Obniżona odporność na Hauptcioteczki i Hauptwujaszków.
Ta wciąż niezachwiana wiara Norweskiego, że gdy mówią, że oddadzą choćby nerkę, by nam pomóc, to tak naprawdę mają na myśli, że może, owszem, kiedyś, w bliżej nieokreślonej przyszłości, pod warunkiem, że sami ją nam przyszyją, nitką w wybranym przez siebie kolorze, a w sumie to nie mają, aktualnie żadnej nerki na zbyciu. (Dyskretnie wkopując wszystkie posiadane nerki pod kanapę.)
Nie chcę tego słuchać, nie chcę przez to przechodzić, nie chcę zależeć.

(...)
- I co wy biedni teraz zrobicie?! Jak i z czego będziecie żyć?! – zawodzi w słuchawce Hauptcioteczka
na wieść, że Norweski rozstaje się z fabryką.
[... Norweski wyjaśnij matce, że ja wciąż mam pracę. Że w najgorszym wypadku mogę wrócić na cały etat. Że już raz przerabialiśmy utrzymanie z jednej wypłaty. Że mamy oszczędności. Że  jesteśmy dorośli. Że zarabiam porównywalnie z tobą. Że najważniejsze, że jesteśmy wszyscy zdrowi...]
Norweski wyjaśnia.
- ... och, ta kaczka zawsze taka lustig... a na serio! I co wy biedni teraz zrobicie?! Jak i z czego będziecie żyć?!
Może sprzedam poczucie własnej wartości?

(...)
- Kaczko, Norweski mi tu powiedział, że nie chcecie się wprowadzić do nas, bo to znaczyłoby, że będziemy się widywać codziennie. Jak możesz, kaczko! Przecież wiesz, że wystarczy powiedzieć, a będę wpadać tylko raz w tygodniu. Przecież wiesz, że nie chcę wam przeszkadzać.Wystarczy słowo.
Jasne (!).
Tymczasem, mój ty lojalny Norweski, powód leży o dziwo, gdzie indziej.
Powodem jest Hauptwujaszek, który wyartykuował mi w kuluarach (gdyż zawsze artykuuje mi w kuluarach, za plecami małżonki), że my mieszkać z nim? Po jego trupie.
Tydzień po tym, gdy łkając na wieść o Młodszej oddawał mi nerki, wątrobe i inne organy wewnętrzne.
(Może przekalkulował, że to jednak nie dziedzic, albo poślizgnął się na emocjach, albo przeraził, że wszyscy będą musieli jeść sałatę i marchewkę.)
Po moim trupie. Vice versa.

(...)
- I jak wy to wszystko tu przewieziecie? – zawodzi w słuchawce  Hauptcioteczka.A dzwoni kilka razy dziennie.
Jestem sama.
Nie mam komu wcisnąć słuchawki.
- Przecież my nic nie mamy. Resztę sprzedamy, oddamy, rozdamy, wyrzucimy.
- No jasne, wszystko byś rozdała! A to przecież kosztuje! Dlaczego zaraz rozdawać?

Tradycyjnie raz w tygodniu wkraczamy na grząski grunt umeblowania życia pozagrobowego. Oraz podejrzanej hippisowskiej ideologii.
- Bo nikt nie kupi dwudziestoletniego telewizora. Bo innym się bardziej przyda. Bo nie będę wiozła przez morze krzesła za dziesięć funtów. Bo wreszcie, gdy umrę, mam taki imperatyw, że chciałabym, by ślady po mnie usunąć w góra dwie godziny.
- ...  ha! Po mnie się nie da w dwie godziny i cóż mnie to będzie wtedy obchodzić?
I dlatego wolałabym, żeby ten problem – usuwania z jej domu tysięcy gipsowych kaczuszek, dzbanuszków, odkurzaczy, mis do sałat i krasnali -  mnie nie dotyczył.
Niech żyje wiecznie.

[21 Aug]

(...)
Położnictwo. Wiek XXI.
- Boli mnie brzuch, gdy chodzę.
- To przestań chodzić.


(...)
Zaklinanie, że ‘na lepsze’ czasem mnie nie przekonuje.

[27 Aug]

(...)
Okolice szóstego miesiąca.
Zorientowałam się, że nadal chodzę w 'cywilnych' ubraniach.
To prawdopodobnie potwierdza teorię, że w drugiej ciąży to ubrania ciążowe są po prostu ‘garderobą’.

(...)
- As for someone producing such small babies, your belly is really huge.
#sprawarozwodowa


(...)
- Kopie. – powiadam i na bezdechu czekam, czy tym razem wystąpią objawy pęknięcia śledziony.
Norweski przykłada ręce.
- Dość słabo, prawda?
#sprawarozwodowa


(...)
Nowa praca.
Kontrakt.
Norweski kontrakt jest szczodry, ale zostawia niewiele miejsca na oddychanie.
Wstrzymam oddech.
Na chwilę, na zawsze?
Ktoś musi.
Żebym tylko nie stała się przez to dla siebie i dla nas zbyt nieznośnym ciężarem.
Ani krzywym zwierciadłem dla moich córek.

[2 Sep]

(...)
- Dyniu, czy pozwolisz siostrze wprowadzić się do swego pokoju? – negocjuje metraże Norweski.
- Yes! Majn tulić baby sister!- Ale przecież Dynia miała mieć swój pokój Z DUŻYM, RÓŻOWYM ŁÓŻKIEM, a Młodsza zamieszkać na początku w naszym? Coś przegapiłam? – szukam porządku w sekwencji zdarzeń.
- Baby sister moving to my room! Majn moving to yours!
Jedna izba.
Potrzebujemy jednej izby.
Z kozą i klepiskiem.

(...)
- A może zabiorę Dynię do nas na miesiąc? Urodzicie sobie w spokoju, zajmiecie się noworodkiem...
Że też sama na to nie wpadłam (!).

[3 Sep]

(...)

Znana ze swych skłonności do śmieciowego żarcia Młodsza zażądała miski amerykańskich Froot Loops.
Nie przewidziałyśmy, że lokalna odmiana nie zawiera DDT, tęczowych barwników testowanych na królikach i wycofanych w dwudziestu krajach europejskich, glutaminianu sodu, izotopów uranu, zmodyfikowanego genetycznie zboża, azbestu, ani koniny.
Szczaw, pokrzywa, wyciąg z marchwi, błonnik, witaminy.
Buuu.

[4 Sep]

(...)
Wymiot i migrena w ubiegły piątek. Możliwe, że za przyczyną okoliczności meteo.
Łupanie w dolnym kwadrancie pleców. Już dobre dwa miesiące. Możliwe, że Młodsza nawija na kłębek jakiś nerw.
Skurcz łydki. Pół godziny przed porannym sygnałem budzika. Możliwe, że złośliwie.

[11 Sep]

(...)
Zorganizowałam toksyczne, amerykańskie, maślanoorzechowe płatki śniadaniowe z genetycznie zmodyfikowanej kukurydzy i prawdopodobnie świecące po zmroku.
Kiwam się nad opakowaniem.
Jeść. Nie jeść.
Starsza naciska na przeniesienie na nią opieki nad Młodszą.
Smoczek, karmienie z butelki, zawijanie w tobołek.
Zgrabnie imituje rozpuszczanie mlecznego proszku w butelce dla Edwarda.
Mało jej od bełtania nie odpadnie ramię.
Najwyraźniej ma plan.

[12 Sep]

(...)

Trzeci trymestr.
W dolnym kwadrancie nadal łupie.
Energii nadal brak.
Imienia nadal brak.
Są za to dwa zimowe kocyki.
(‘Pink with little stars for baby sister, this one is mine.’ – dzieli Starsza i pospiesznie upycha łup w swojej szufladzie. – ‘For Edward and Ula and Nelson and Herr Afe and Pippi Lanksztrumpf...’)

(...)
Nęka mnie, czy się polubią? Czy obu tą decyzją nie zrobiłam krzywdy? Czy dadzą radę współegzystować bez strat w charakterach i poczuciu własnej wartości.

[16 Sep]

(...)
Niebieska linia.
Nadal łupie.
Łupanie mija po sesji pilates lub co bardziej prawdopodobne przyćmiewa je wtedy ból innych mięśni i rozluźniająca się miednica.
Łupie.
Wyobrażam sobie, że Młodsza siedzi na schodach mojego kręgosłupa i przygrywa na strunach nerwów jak Sheldon Cooper na theraminie:  ‘Nobody knows the trouble I’ve seen, nobody knows my sorrow-ow-ow-ow-ow...’ (patrz: odcinek ‘Bus Pants Utilization’, gdyż bez fonii powyższe stwierdzenie pozbawione jest stosownej aury dramatu.)
W zamian – subiektywnie –  mam wciąż jeszcze dość ładny brzuch. Gładki, zwarty, krągły, elastyczny, bez rozstępów i bez wystającego pępka.
Rozważam wykonanie serii zdjęć, by potem je sprzedawać z podpisem ‘dzień przed porodem’.
Gdy brzuch już przestanie mieścić się w obiektywie.
Nie mam pojęcia, czy to, co ściska moje wątpia o świcie to Braxton Hicks, czy zwykły Der Hicks.
Czy przypadłość jest naturalna, czy też może ojczyźniana medycyna prenatalna przypisałaby mi na nią dietę z nospy, fenoterolu, czy innego perhydrolu?
Cokolwiek to jest – prawdziwa przyjemność dla masochisty.
Nadto, na plecach mam krwawe rysy.
Istnieje podejrzenie, że Młodsza próbuje wyjść tylnymi drzwiami.
Do tego egzema.
Na szczęście, gdy wychodzę z domu o świcie, w ciemność, chłód, mróz i ulewę, przypominam sobie agonię sezonu pylenia i od razu czuję, że żyję, i od razu mi lepiej.

(...)
Po dwóch łykach wina (mógł nie porzucać szklanki na pokuszenie), świat wygląda nieco lepiej.
Młodsza potwierdza stając na głowie.

(...)
Jest dla Starszej miejsce w teksańskim przedszkolu.
W dowolnie wybranej grupie.
Cieszyć się? Nie cieszyć?
Odbierać jako znaki opatrzności?
Wierzyć w znaki?


[19 Sep 2013]

(...)
Młodsza wchłonęła do tej pory jeden słoik kremu przeciw rozstępom, kilkaset plastrów smażonego boczku i połowę pamięci operacyjnej mojego mózgu.

(...)
Z rezygnacją.
Spodnie ciążowe.
Guzik zwykłych dżinsów gniótł nieprzyjemnie.

(...)
Przez pierwszy trymestr miałam na głowie siano.
Sztywne, suche, rosnące tak szybko, że gdyby to był bambus, wykarmiłabym wszystkie pandy świata.
W drugim trymestrze fryzurę jakoś przyklepałam.
W trzecim – znów mam wrażenie, że śledzą mnie pandy. W prochowcach i ciemnych okularach.

(...)
Łupie.

[23 Sep]

(...)
Kolejne usg przeprowadzone przez techniczkę na prozacu lub z hormonalną nadczynnością (Oh my God! She is gorgeous!) niby potwierdza, że Młodsza jest kobietą mieszczącą się w centylach. Duży brzuch, duża głowa. Organy wewnętrzne ze spisu inwentaryzacyjnego – obecne.
W szpitalu czas się urywa.
Znika.
Nie istnieje.
Personel szura obuwiem zastępczym. Nikt nie może znaleźć słoika na mocz. Ostatecznie sikam do plastikowej szklanki. Mogłam nasikać wcześniej, ale nikt mnie nie uprzedził, więc przynaglona opróżniłam pęcherz tuż po usg. Karty zamkniętych w pokojach i porzuconych na pastwę losu pacjentek tajemniczo zmieniają miejsca. Nie, nie mam cukrzycy. Ciąża mnoga – drzwi obok. – zawiaduję ruchem pukających do drzwi pielęgniarek wychylając siódmą, plastikową szklankę wody. Tę, w którą z oszczędności zaraz nasikam.Wskazówki zegarków stoją w miejscu. Konsultant pyta, ile widzę palców u rąk i nóg i kończy badanie tą samą puentą, co cztery razy do roku od trzech lat. Byłby to wyjątkowy niefart, ale należy monitorować, czy nie dwoi  się w oczach. (Nie wiem, czy się powtarza, bo posądza mnie o demencję, czy sam wykazuje objawy?)
Przysypiam na kozetce. Kobieta w zaawansowanej ciąży i rozciągniętym dresie wdziera się do mego pokoju, by odczytać mi na głos wyniki usg, które przed godziną wręczyła mi techniczka.  Kątem oka dostrzegam na szpitalnej broszce, że jest ginekolożką.
(Albo psychopatką, która podprowadziła komuś tożsamość. Na wszelki wypadek ograniczam gwałtowne ruchy i  produkuję neutralne komunikaty o pogodzie.)
Na korytarzu nagłe poruszenie. W przeżuwające stado wpada z pretensją przełożona pielęgniarek. Zebu się rozbiega wtykać karty w odpowiednie wieszaki na drzwiach.  Przez chwilę słychać galop chodaków. Cichnie, gdy über-nurse znika za węgłem. Szuranie. Szur. Szur.
W kącie kiwa się pryszczata studentka medycyny w rozmiarze ostatnia klasa podstawówki.
Pielęgniarka od mierzenia ciśnienia ciągnie za sobą statyw z ciśnieniomierzem otłukując maszyną wszystkie zakręty. Pielęgniarka od pobierania krwi wciska mi pod łokcie ogromną, puchową poduchę z bawełnianą poszewką. Poducha zamyka się nad mymi żyłami jak lawina. Chwilę potrwa nim pielęgniarka zlokalizuje mój łokieć i zgięcie w łokciu. Pielęgniarka od szklanek z moczem zagląda, co chwilę, pytając, czy już?  Pielęgniarka od ‘how are you’ zagląda rzadko, ale symuluje troskę.
Gdy udaje mi się wreszcie wydostać na zewnątrz, dałabym głowę, że zmieniły się pory roku, choć zegarek przesuwa się nagle tylko o pięć godzin do przodu.


(...)
Nasz techniczny pomysł na przeprowadzkę, ten określony przez Hauptcioteczkę i Hauptwujaszka jako ‘niedorzeczny’, po miesiącu zmienił status.  W ich wydaniu to obecnie ‘jedyna rozsądna rzecz którą, możemy zrobić’.
Taką informację przekazał mi wczoraj Norweski, a ja się nieco uniosłam na hormonalnych oparach.
Albowiem, nie mogąc liczyć na ich pomoc (fair enough, to nie jest wszak obligatoryjne, choć pozostaje w pewnej sprzeczności do wcześniejszego zrzekania się wątroby na rzecz), zorganizowaliśmy i opłaciliśmy alternatywną drogę ucieczki i zaprawdę ponad moje siły to odkręcać. I zaprawdę, nie uważam, że Norweski  powinien tracić czas i energię na odkręcanie.
A jeśli nie wiadomo, o co chodzi to wiedzcie, że o to, co zawsze.)
I tu, w mgłę moich hormonalnych oparów, wkroczyła córka moja starsza, moja bułka słodka, mój blondwłosy archanioł pokoju, mój sekretarz Organizacji Narodów Zjednoczonych tulący mą głowę do swej piersi...
- Papa! Go away! Leave mama alone! Mama! Papa silly, Oma silly! Mama, calm down…
Czuję moc girl power.

(…)
Dwudziesty dziewiąty tydzień.
Komentują na mieście, że mi brzuch się obniżył.
Martwić się. Nie martwić.
Google wróży na dwoje, jego mać.

[24 Sep]

(...)

Nuży.
Codzienne szarpanie, mgła, wilgoć  i pociąg o szóstej dwanaście.

[26 Sep]

(...)
Złe wieści.
Bardzo złe.
A przecież parszywe lustro, które tyle już razy planowaliśmy oddać Armii Zbawienia, ciągle w jednym kawałku, pozostawiając mnie bez prostych odpowiedzi na pytanie ‘dlaczego się dzieje?’.
Kiedyś myślałam, że najgorzej, gdy ktoś odchodzi nie odnajdując sensu w cierpieniu (zakładając dla potrzeb tego paragrafu, że w cierpieniu jest sens.)
Teraz, stoję, równie, a właściwie nawet jeszcze bardziej bezsilna wobec kogoś, kto jest gotów odejść i ten sens w swoim cierpieniu odnalazł. Tak bardzo odnalazł, że aż zatyka.
Gówno pomaga tym, którzy zostają.
Dobrze, że pada. Z mokrej twarzy nikomu nie muszę się tłumaczyć.
Nie potrafię się zgodzić na twoje nieistnienie.
Nie chcę.

[1 Oct]

(...)
Biorąc pod uwagę, że umiera najbliższa przyjaciółka, nie umiem parkować, nie potrafię powstrzymać własnego dziecka przed konsumpcją elementów wyposażenia domku dla lalek, praca zawodowa nie wykazuje żadnych perspektyw, pół roku temu, drzwi obok, powołano zespół do spraw, o których onegdaj napisałam książkę, ale odpowiedzialni nie uznali, że moje doświadczenie może się do czegokolwiek przydać, panna X. - niestrudzona producentka gazetek ściennych -  niecierpliwie czeka by przechwycić moją posadę, rodzę, co życzliwie przypomniała Hauptcioteczka ‘już za osiem tygodni’ (nie wiem, gdzie rodzę), przeprowadzam się do kraju, w którym poziom mej elokwencji spadnie z ‘porozmawiajmy o dualistycznej strukturze materii ’ do ‘Jezu, jak poprosić o bułkę w sklepie?’ (lub o znieczulenie zewnątrzoponowe bez potrzeby przynoszenia ze sobą opony w celach demonstracji). Biorąc to wszystko pod uwagę a także inne okoliczności towarzyszące i chroniczne, dodając, że minionej zimy kilka razy stałam jak leming nad torowiskiem – sama się nieco dziwię, że mam wciąż ochotę, by wstawać.
Może to przez ten weekend?
Człowiek wejdzie na górę, pod wiatr i nagle widzi dalej?
Albo po prostu uporczywie trzyma się jakichkolwiek resztek sensu?

(...)
- Nazwijmy ją po norweskiej Kronprinzessin. - zgłosił postulat Norweski.
Niech tam, niech się Młodsza wyróżnia znakiem diakrytycznym.
Najwyższa bowiem pora wyjść, w okolicach trzydziestego tygodnia, z tego bezimiennego impasu.
(‘Dorothea, Katharina, Erika, Inger’ ... nie. I to naprawdę, nie ze złej woli. Patrząc obiektywnie, miejcie litość, Hauptcioteczko z Hauptwujaszkiem, to nie moja wina, że repertuar imion rozwieszonych po waszym drzewie geneo zawiera wyłącznie imiona średniowiecznych germańskich świętych (Elfryda), obłąkanych ciotek (Lisbeth), wujów, z którymi nie rozmawiacie (Heinrich) i imion nadających się dla enerdowskich lub rosyjskich pływaczek (Tanja).  A przecież i ja mogłabym się upierać i tupać nóżką, że Mieczysława, Jeżyna, Stasia lub Dąbrówka... Mogłabym, a tu proszę, wolna droga Norweski. Nazywaj sobie dziecko z cyrkumfleksem, brewisem, czy innym umlautem. Nawet mi powieka nie drga.)

[3 Oct 2013]

(...)
I WANT TO SEE MY BABY SISTER!’ – rozdziera się Starsza.
Laparoskopowo?
Gdyż czuję presję.
Przypomnę ci to za kilka lat, słodka córko moja starsza.

(...)
... i o ile szczerze interesują mnie wyniki badań klinicznych, symptomy cholestazy, statystyki wad genetycznych w tabelach, wiarygodność testu PAPP-A, wpływ rtęci w tuńczyku na potencjalną leworęczność mej młodszej córki... tak, błagam, nie zatrzymujcie mnie na ulicy, by na widok mego brzucha, opowiedzieć o tym, że wasze dziecko w dwunastym tygodniu urodziło się martwe lub, że wam z podwójnego testu wyszło jeden do ośmiu i  zdecydowaliście się na amniopunkcję, albo, że żona miała zatrucie ciążowe i ją ledwo odratowali, albo, że rozszczep podniebienia się leczy, ale tamtym się urodziło z rozszczepem kręgosłupa, tudzież, że well, natura pewnie ma rację, skoro niektóre dzieci nie przychodzą na świat żywe (cytat z matki dwójki dorodnych dzieci, liczba poronień – zero)...
Po niepewnym początku.
(A niepewność ta w porównaniu z prawdziwymi niepewnościami, których doświadczają uwięzione w patologii ciąży inne matki jest dla nich, mam świadomość, policzkiem i obrazą.)
Po ‘dziecko jeszcze żyje’.
Po ‘czyli mogłoby nie żyć, tak?’.
Po tym i po owym.
Nie ma we mnie miejsca, by przygarniać i karmić cudze doświadczenia.
Na razie mam dosyć własnych.
Stąd i ciąża incognito, introwertycznie wysiadywana przy zasuniętych roletach.

(...)
FAQ
- Nie boisz się rodzić w RFN?
Co mi przypomniało, że po prostu boję się RODZIĆ.
I zasadniczo lokalizacja nie ma tu znaczenia, choć  w takim Zimbabwe mogłoby być chyba gorzej.

[7 Oct]

(...)
Noc.
Plamienie.
Krwawienie.
Porodówka.
Monitor.
Herbata.
- Pewnie łożysko się odkleja. - wróży z fusów lekarka z Dubaju. Z fusów, no bo nie z usg. Usg zrobią za tydzień.
Żyje.
Wierzga.
Strach.
Niech miną te najbliższe dwa miesiące.
Niech miną jak najszybciej, skoro moje ciało takie jest niekompatybilne dla Młodszej.
Niech się skończy. Może po tej stronie będzie mi ją łatwiej chronić przed sobą.
Rachunek sumienia.
Że się denerwuję, nieoszczędzam, nadwyrężam, martwię, dźwigam, podnoszę ciężkie, zbyt mało sypiam?
Co znowu zrobiłam nie tak?
Koło błędne.
Tak bym się chciała cieszyć tym noszeniem, zamiast nieustannie skupiać na analizie symptomów.

Obrazek: Starsze dziecko czyta: ‘Pospiesz się, Albercie’, ojciec ‘Rodzeństwo bez rywlizacji’, podpięta do monitora matka ‘Blood hunt’. Na ścianie zegar spieszy się o trzy godziny.

Obrazek: … but why does this (przyp.  karta) say you are Polish while you sound German?  - docieka położna.
Dobijcie mnie.

Cztery godziny później, o szóstej dwanaście znów wsiadam do pociągu, bo nie przysługuje mi L4.

[14 Oct]

(...)
Każda próba samodzielnego założenia skarpet, kończy się upiornym skurczem łydek.
Och. Żesz.

[22 Oct]

(...)
Młodsza wedle ostatnich obdukcji odmawia przekręcenia się głową w dół.
(Jasne, do kompletu atrakcji dodajmy wydobycie przez cięcie gdzieś w erefenowskim szpitalu. Po zastanowieniu... a może organizacyjnie tak byłoby prościej?)
Łożysko ponoć przyklejone, wstydliwych infekcji nie wykryto.
Jednym słowem, źródła krwawienia nie ustalono.
Może zezmęczenia, znadwyrężenia, a może Młodsza starała się wyrżnąć inicjały scyzorykiem.
Diagnoza medycyny dwudziestego pierwszego wieku: shit happens, Mrs. kaczka.
Masy nie można ustalić, można ustalić, że Młodsza ma przeciętne nogi, przeciętny brzuch i dużą głowę.
I że pływa w przeciętnej ilości wód płodowych.
Dlaczego zatem wyglądam jak wąż, który połknął słonia?
I skąd upierdliwie bolesne wrażenie, że Młodsza próbuje się wydostać metodą na 'Obcy ósmy pasażer Nostromo'?
[Nie mogę się schylać. Z ziemi podnoszę wykonując niedystyngowane przysiady. Dużo przysiadów, bo rozluźnione w stawach więzadła sprawiają, że wiele, jeśli nie wszystko, wypada mi z rąk.]

[Ach, ku pamięci, przeprowadzka na sześć tygodni przed teoretyczną datą porodu to jest jednak dość głupi pomysł.]

[29 Oct]

(...)
Chciałabym, aby zamiast opłakiwania pozostawionej na tamtym brzegu pracy zawodowej, kanapy, lodówki, czy pralki, zamiast zastanawiania się, ile na tej kanapie zarobi Armia Zbawienia, zamiast pytań, o to jak czuje się pierwsze dziecko oraz drugie dziecko, żebyście wy, tacy bliscy, zapytali, jak mi jest z tym wszystkim, w środku? I żebyście na moje bardzo prawdopodobne ‘tu i teraz fatalnie’ nie spieszyli z ‘och, przecież wiadomo, że sobie poradzisz’, ‘musisz sobie poradzić’, ‘zawsze spadasz na cztery łapy’, lub ‘a dzieci w Afryce mają gorzej’ tylko po prostu przyjęli do wiadomości, że ‘tu i teraz fatalnie’.

[3 Nov]
Teutonia.

(...)
Czy moje nieugaszone pragnienie i zmęczenie to efekt uboczny zażywania przeraźliwie słonej, miejscowej kuchni, czy może właśnie do katalogu win ciążowych dołączyłam cukrzycę?
Pociesza, że do końca cztery tygodnie.
Że może nie zdążę już zrobić nic głupiego?
Chcę jedynie rozpakować walizki, znaleźć położną lub lekarza, którzy ustalą ostateczne współrzędne dziecka i wykluczą cukrzycę, zbudować jedną lub dwie szafy i urodzić.
W tej kolejności i bez falstartów.
Tak jak poprzednio.
Do tego, matko chrzestna, dobra wróżko, chciałabym od ręki odzyskać wszelkie prawa do własnego ciała i wypić butelkę martini.
To po raz ostatni. Ten ciążowy cymes.Tak sądzę.
Psychiatrycznie nie uniosłabym kolejnej ciąży.

(...)
Starsza nadal anonsuje światu ‘me and my sister are beft friends’.
Przypomnę ci to za kilka lat, słodka córko moja starsza.

[7 Nov]

(...)
- Oto dobra wiadomość, kaczko. – powiedział był Norweski. – Położne w moim kraju przychodzą do domu, nawet po osiemnastej.
Zła wiadomość to ta, że położna musi przynieść własne krzesło.
Jest gorzej niż poprzednim razem.
Tym razem nie mamy nawet leżaka, na którym podczas pierwszej wizyty posadziłam brytyjską położną.

(...)
Przez całą ciążę miałam wrażenie, że o czymś zapomniałam.
Przypomniałam sobie dziś prasując komplet mych ubrań ciążowych.
Trzy bluzki i jedną parę spodni. A wszystko to z sezonowej wyprzedaży w Mothercare.
Z ironiczną metką ‘Blooming Marvelous’.
Przypomniałam sobie, otóż, że planowałam być  w tej ciąży bardzo glamour.
Do tego po raz kolejny nabrałam się na wersję ‘romantic’ bielizny dla położnic, która okazała się tą samą czapką uszanką, co zwykle, tyle że z krzywo doszytą koronką.

(...)
Praktyka położnicza z Dorset przysłała mi informację, że od listopada dołączył do nich mężczyzna.
W charakterze pielęgniarki środowiskowej zajmującej się odwiedzinami matek w połogu.
Popękane brodawki? Trening mięśni Kegla? Nietrzymanie moczu? Hemoroidy?
Zwierz się Bobowi?
Ileż tracę.

[8 Nov]

(...)
Cztery tygodnie.
Zaniepokoił mnie miejscowy zwyczaj.
Niemowlę odziewa się tu w strój wyjściowy, futrzaną czapeczkę, a następnie zakopuje w wózku pod kurhanem z regularnej pierzyny.
Pierzyna sięga do wysokości budki i skutecznie odcina dostęp do dziecka oraz powietrza.
Na litość.
W kawiarni?
W wózku ustawionym pod kaloryferem?
Przypomniałam sobie, że trzy lata temu próbowano mi w sklepie opchnąć tę pierzynę.
Dla czerwcowego dziecka.
W ramach profilaktyki zapalenia płuc, wątroby i uszu.

(...)
Kieliszek czerwonego wina.
Dla przymusowego abstynenta - zjawiskowe.
Dół kredensu zaocznie przeznaczam na skład win.
Prenatalnych, postnatalnych i wychowawczych.

[9 Nov]

(...)
O świcie, gdy ścisnął mnie wyjątkowo udany Braxton i Hicks i na dłuższą chwilę odjął mowę, spłynęła na mnie również refleksja.
Skądże we mnie ta potrzeba, by udowadniać sobie, że jestem twardsza niż hartowana stal?
Żeby wstawać i przerzucać węgiel oraz nosić wodę z rzeki?
Prymuska? Pionierka w czerwonej chusteczce? Czołowa aktywistka?
Skąd to?

[11 Nov]

(...)
Godzinny spacer po obcej planecie mnie nieco zapowietrza.
A zaraz przecież dotrze tu Starsza i się nie da cały dzień w loteryjkę. Bez stołu?
Ani przed telewizorem. Bez telewizora?
Biorytm mi oklapł.

[12 Nov]

(...)
... do tego cieniem na nastroju układa mi się moja nieprzydatność.

[13 Nov]

(...)
Salem.
Nazwa szpitala konweniuje mi z aurą całej sytuacji.
Położna, gdy już powróciły jej zmysły utracone na widok naszego meblowego niedostatku, osłuchała mnie przez przyłożoną do brzucha trąbkę i zdecydowała, że dziecko jednak postanowiło stanąć na głowie.
Omówiła stosowane metody znieczulenia.
Hipnoza. Akupunktura. Homeopatia. Opiaty. Ostatecznie dooponowo.
Przebóg, nie żebym choć przez chwilę wierzyła w zbawczą moc angielskiego tlenku azotu (‘to dlatego, że  źle oddychasz, kaczko’ powiedział onegdaj Norweski próbując udzielać instruktażu i chyba do dziś nie jest świadom, jak bliski był wtedy śmierci), paracetamol, czy elektordy stymulujące moje zakończenia  nerwowe.
Mimo to chyba jeszcze mniej w kulki z cukru i igły w stopie.
Liczyłam chyba na bardziej spektakularne sukcesy farmakologiczne  narodu, który zsyntentyzował sulfonamidy, aspirynę i żelki Haribo.
Pora tedy strugać patyczek do zagryzania, kupić butelkę whiskey i zacząć wkuwać psalmy (patrz: 'Stulecie chirurgów').
Pociesza jednak, że nie trzeba się anonsować na porodówce licznymi telefonami oraz że zainteresowanie ciążą przenoszoną zaczyna się tu o wiele wcześniej niż po dwóch tygodniach od teoretycznej daty porodu.
Wciąż zakładam, że damy radę.
I że wypuszczą nas przed upływem siedemdziesięciu dwóch godzin.
Siedemdziesiąt dwie godziny?! W szpitalu?! Przy drugim dziecku?!
NHS zrobiłby nam kanapkę z chleba z masłem i wyprosił przed obiadem.

[15 Nov]

(...)
- Bo mamy tu tyle pacjentek, że nie mamy miejsca. No i i w dodatku są przecież inni ginekolodzy.
Jasne.
W Bonn, w Berlinie i w Monachium (!).
- ... no niech przyjdzie, skoro musi, w środę o dziewiątej, ale niech wie, że będzie długo czekać.
Bo do nędzy, co?
Nie można ponumerować pacjentek?
(Obiecywałam sobie nie jechać po oczywistym, obiecywałam sobie nie dać się prowokować, obiecywałam wznosić się szlachetnie nad historię, ale na myśl, że bedę tam ze Starszą i Młodszą siedzieć niewiadomoile, aż się ciśnie na język, że podczas wojny numerowanie i odliczanie wychodziło wam raczej gładko, może zatem skorzystajcie z doświadczeń!?)
- ... i dlaczego ostatnie ktg zrobiono onej miesiąc temu?!!!
Dodajmy, zupełnie przez przypadek.
Mam się jeszcze tłumaczyć za System?
U ginekologa w tej ciąży dotychczas również bywałam przypadkiem.
Na biorytm nie pomaga pobudka o 6:45 – ‘MAMA! SUNNY DAYS!’.
Łże.
Za oknem jest antracytowo i jeszcze cień rzucają góry Hartzu.
Bardzo mnie kusi butelka wina.

[18 Nov]

(...)
Porodówka w Salem jest na czwartym piętrze z widokiem na okrągły księżyc.
Wystrój wnętrza jak z katalogów Ikei, w sali jacuzzi  i nieograniczony dostęp do czekolady jako jednej z głównych metod znieczulenia.
Dla matek w połogu hotelowe apartamenty w przedwojennej willi.
Pewien dysonans w porównaniu z angielskim schronem przeciwlotniczym przerobionym na szpital jeszcze przed Churchilem.
Gdybyż tylko Norweski nie obraził ordynatorki podważając w dobrej wierze kompetencje Royal Society of Obstetrics and Gynaecology.
(Zgadnijcie, gdzie robiła staż owa dama?)
Oraz sześciu innych kobiet w zaawansowanej ciąży, gdy winda podejrzanie stęknęła i odmówiła wzniesienia się ku czwartemu piętru.
(‘Niby dla dwunastu osób, ale nie wydaje mi się, że jestem w tym gronie najcięższy...’ )

[19 Nov]

(...)
Denerwuje mnie zależność.
Na Wyspie zostawiłabym Starszą ochronce lub poprosiła sąsiadów.
Tu muszę sprowadzić Hauptcioteczkę, by przejęła opiekę nad Dynią.
Fakt, że nie zaplanowałam, kiedy i o której rodzę raczej nie sprzyja.
Bo czwartego grudnia ma urodziny inna trzynastoletnia wnuczka, i ani tej imprezy nie można przełożyć o dzień lub dwa, ani trzynastolatce(!) wytłumaczyć, że sytuacja jest nieco dla nas podbramkowa.
Do tego winnam się zsynchronizować z tanim biletem.
Poddałabym to analizie, ale szkoda mi czasu.
I wkurza mnie, że ze względu na niewydolność brytyjskiego banku muszę od Norweskich pożyczać pieniądze. I że tradycyjnie odbywa się to w atmosferze: bierzcie ile chcecie, ale ja na waszym miejscu nie kupowałabym krzesła za pięćdziesiąt ojro tylko zydel w Aldim.
Zniechęcił mnie również Norweski, który uznał, że szkoda urlopu na współwizytę u lekarza.
I otóż wyobrażam sobie, że będę tam jutro warować w poczekalni niewiadomoile razem ze znudzoną/głodną spragnioną (nigdy nie zgadniesz) Starszą, której natychmiast zachce się siku w chwili, gdy być może wreszcie podepną mnie pod ktg.
Szaro.
Biorytm płożący.
Myślę, że na porodówkę udam się taksówką.
Sama.
Starszą zajmie się ojciec, Hauptcioteczka będzie mogła zdmuchnąć świeczki, a mnie nikt nie będzie rozpraszał.
I to mi zrobi na biorytm najlepiej.

[20 Nov]

(...)
Miejscowa lekarka wywróżyła tygodniową pomyłkę w potencjalnej dacie narodzin.
Tym samym czas na złożenie łóżeczka skurczył się z trzech do dwóch tygodni.
Jednocześnie pociesza mnie myśl, że wszystkie me córki mają wielkie głowy oraz dziedziczą po ojcu upodobanie do spóźnień.
Możliwe zatem, że jednak trzy tygodnie.
(W sumie, naprawdę, nie ma tu optymalnej daty, a w połogu może i łatwiej przenosić kredens?)
Do tego Młodsza waży ponoć ponad trzy czterysta, co potwierdza tezę o szkodliwości witamin, miniminerałów, oleju z wieloryba, chudego mięsa i genetycznie nienaruszonej kukurydzy.
Niech żyje smażony boczek, krwawa kiszka i piwo.

(...)
Wzruszyło mnie zdjęcie.
Ma dwie dziurki w nosie i ssie swoją łapę.

[21 Nov]

(...)
Niech przymrozki odstąpią jeszcze przez kilka tygodni, gdyż jedyne, czym mogę się oblec w charakterze kurtki, ledwie opina się na brzuchu.
Nieograniczony dostęp do wypieków drożdżowych nie pomaga.

(...)
Darwinizm według trzylatki i po co nam kciuk przeciwstawny.
- You have four hands, mama! – zauważyła Starsza , która nadal nie postrzega różnicy miedzy dwa, a cztery. – One to cuddle me, one to cuddle Baby Sister.
Chwilo zaprawdę trwaj.

(...)
Młodsza, zbyt dosłownie interpretujesz: do serca przez żołądek.

[24 Nov]

(...)
Niepokoi mnie brak syndromu wicia.
Chyba się wyprztykałam pośród kartonów i mebli złóż-to-sam.
Zauważam, że męczy mnie chodzenie, leżenie, siedzenie oraz oddychanie.
A przecież nie puchnę, nie rozchodzę się w szwach, ominęły mnie żylaki.
Może żelazo sięgnęło dna?
Cóż zrobić, gdy nie mam ochoty na słoik buraków w zalewie?
Przy tym nie mierzę sił na zamiary.
Ostatkiem sił dobiłam dziś do kanapy przy Hauptstrasse.
Gdyby stała dalej usiadłabym na bruku.
Z hukiem.
Jak fortepian Szopena.

[25 Nov]

(...)

Szpitalna torba nadal niespakowana.
W obecnej sytuacji, wożąc dziecko tramwajem do placówki uprawiam chyba jakiś rodzaj rosyjskiej ruletki ‘czy i gdzie odejdą mi wody?’.
Gdyby tak w Starbucksie może otrzymałabym dożywotnią zniżkę?
(No, bo kurcze, 4.75 ojro za fliżankę uznaję, za wyzysk klasy średniej.)

[26 Nov]

(...)
Położna, która reprezentuje nurt podążania położnicy za naturą i wsłuchiwania się we własną jaźń, zapytała mnie dzisiaj,  czy jaźń określiła już datę porodu.
Jaźń milczy.
Złośliwie.

[30 Nov]

(...)
Podróże tramwajem sprzyjają okołoegzystencjalnym rozmyślaniom.
Że nagle to nie staż, stypendium, kursokonferencja, podróż, urlop, czy przygoda, ale miejsce, w którym mam urządzić sobie życie.
I miast cieszyć się, że w takich niezgorszych dekoracjach i duftach (Hauptstrasse pachnie prażonymi migdałami, grzanym winem, lukrecją i wnętrzem sklepu z mydłem Lush), czuję, że mnie znów życie uwiera.
A przecież nie powinno.

[2 Dec]

(...)
Pomiędzy placówką, tramwajem, pediatrą, szczepieniem, wypełnianiem formularzy na temat chorób dziecięcych, Starszą kruszącą w kawiarni bułką, spóźnionym autobusem, położną, awaryjnymi zakupami treści adwentowego kalendarza, Młodszą wbitą w pęcherz, przeszukaniem, dodajmy bezskutecznym, czterdziestu kartonów w poszukiwaniu zimowej kurtki, przyszło mi na myśl w bezprzytomnym zmęczeniu, że może faktycznie jestem z tym macierzyństwem spóźniona o minimum dwie dekady?

[3 Dec]

(...)
Kilka nocy temu Starsza odmówiła snu.
Usiadła w naszym łóżku i wpatrując się hipnotycznie w mój brzuch oznajmiła, że będzie tak siedzieć do narodzin.
Usnęła po północy.
Na wszelki wypadek o pierwszej w nocy złożyliśmy łóżeczko.
Licho nie śpi (sic!).
Na szczęście, nie był to ostry przypadek telepatii.
W łóżku drzemie Edward. Obok Edwarda leży list od Starszej do Młodszej.
Treść ze względu na eksperymentalny charakter użytego alfabetu ulega notorycznym zmianom.

[5 Dec]

(...)
Obcinanie paznokci u stóp w czterdziestym tygodniu nieurojonej gravidas jest zajęciem dla rumuńskiej gimnastyczki.
Sypiam wyśmienicie.
To przejście ze snu w jawę jest fizycznie bolesnym zjawiskiem.
Otwieram oczy, rejestruję skurcze każdego organu ciała, przypominam sobie, że kiedyś muszę urodzić, dopada mnie trema, skurcze mijają.
Dotarłam do piątego, do desantu Hauptcioteczki. Odpadną, taką mam nadzieję podróże po dziecinę do placówki oraz szereg zabaw z gatunku ‘I want now’.
Planuję usnąć na kilka dni.

[6 Dec]

(...)
Dwie matki-wieloryby podpięte pod ktg.
Jedno dziecko (nasze) zbyt aktywne, drugie (ich) nieaktywne.
Rosyjska pielęgniarka wpada do pokoju i okadza nas olejkiem cytrynowym.
Ich zaczyna zbytnio wierzgać, nasze się zbyt uspokaja.
Dostajemy karne piętnaście minut dodatkowego leżenia.
Leżanka pod tablicą ze zdjęciami noworodków.
Dima, Nikita, Lenoczka, Pietia.
Cała Moskwa zjeżdża tu rodzić?
- Cztery i pół kilograma. – informuje polska lekarka znad ultrasonogramu. – Małe to ono nie jest. Proszę spojrzeć na te pyzy. Jak u chomika.
Cztery i pół kilograma?!?
A w dodatku nie ma ochoty wychodzić.
Na litość boską, czy w tej rodzinie musimy zawsze popadać w niezdrowe skrajności?
Garderobę w rozmiarze pięćdziesiąt centymetrów będzie nosił zatem Edward?
Morale mi się pogniotło.
Do tego oni jacyś tu szalenie nerwowi.
Już w dniu terminu każą się stawić w szpitalu i podpiąć pod ktg.
Zaczynam doceniać angielskie ciąże hodowane na dziko.
'Minął termin. Proszę wrócić za tydzień lub dwa, jeśli nic się nie wydarzy.'
I nie prześladowała mnie wizja wypychania czterech i pół kilograma przez ucho igielne.

[7 Dec]

(...)
Starsza dostała spazmów, gdy to nie ja odebrałam ją z placówki.
Wydało jej się, że potajemnie udałam się rodzić.
Wobec tego staje się nieuniknionym zabranie jej na porodówkę.
A jeśli nią to i Hauptcioteczkę.
Będzie z tego wesoły tramwaj.
W Norweskich zaś wstąpiło złe.
Cieszę się, że po latach nabrałam jednak nieco dystansu.
Inaczej pytanie, czy już?, zadawane z regularnością zegarynki osobiście lub przez pośredników, mogłoby mnie  wyprowadzić z równowagi.
A tak, rozpakowuję z kartonów kolejne talerze i tasaki i praktykuję zen składając szary papier.
Sama osiągnęłam znów ten stan, w którym jest mi już zdecydowanie wszystko jedno, czy kiedykolwiek urodzę.


[8 Dec]

(...)
Teoretycznie dzisiaj.
Absurdalnie, dzięki temu, że przespałam jedenaście godzin bez żadnej przerwy, czuję się przednio.
Nigdy tak dobrze się nie czułam w tej ciąży.
Jedyne, co mnie uwiera to tutejsza medycyna.
Szpital.
Ktg.
(Młodsza nauczona doświadczeniem w przeciągu pół godziny wyprodukowała podręcznikowy wykres aktywności płodowej, ale nie sprowokowała ani jednego skurczu. Starsza zjadła trzy kilogramy Haribo).
Już się ubrałyśmy, już stałyśmy w drzwiach, gdy padło ‘Halt! Jeszcze usg!’.
Drugie w ciągu czterdziestu ośmiu godzin.
Litości.
Rozebrałyśmy się.
(Młodsza usnęła. Starsza zjadła kolejne trzy kilogramy Haribo.)
Pół godziny oczekiwania na amerykańską ginekolożkę o nazwisku Frau Pepper.
Frau Pepper obstawia cztery kilo i życzy sobie wywoływać poród już w następną niedzielę.
(Bo Krankenkasse ściska jej pośladki.)
Moje opowieści na temat rodzenia na Wyspie, miejscowa służba zdrowia przyswaja z wypiekami na twarzy i z oczami w rozmiarze monet dwa ojro. ('Ależ jak to niemożliwe naprawdę nie do wiary nie może być tak przecież robiliśmy tu przed trzydziestu laty...')
Oto jak niechcący zostałam Szecherezadą.
Grzane wino na świątecznym jarmarku nie przekonało Młodszej do opuszczenia lokalu.

[9 Dec]

(...)
Minus jeden.
Wizyta położnej.
Wizja lokalna dziecka, audio tonów serca przez trąbkę i stetoskop.
Jutro mam stawić się na kolejne ktg.
Jestem bliska, by odmówić, zamknąć się w domu i przespać najbliższe miesiące.
Zawinęłam się w kokon.
Nie dopuszczam do siebie już żadnych dźwięków, pytań, roszczeń, oczekiwań, sprzecznych informacji, słów otuchy lub sześciokilogramowych historii z rodzinnego sztambucha wuja Franza.
Wyszłam.
Z siebie.
Przepoczwarzam się.

[10 Dec]

(...)
Minus dwa.
Polska ginekolożka.
Polska pielęgniarka.
Ktg i usg.
Młodsza niekompatybilna z elektrodami, wyprodukowała linię ciągłą przerywaną, bo usnęła po pięciu minutach gwałtownych prób wypięcia się z aparatury.
W brzuchu nadal akwarium.
Jutro mam wolne, choć Norweski sugeruje, by dla zachowania ciągłości tej przesady, zawezwać położną.

[11 Dec]

(...)
Minus trzy.
Dla odmiany przemieszczam się z niechęcią.
Starsza na granicy, na klifie tego czekania, lada moment pęknie.
Młodsza wciąż wewnątrz.
Może mam tremę przed kolejnym porodem?
A może po prostu jestem wszystkim przeraźliwie zmęczona?

Pozytywy
Można przynieść kilogram zakupów w kartonowym pudełku opartym na brzuchu.
Człowiek jest rozpoznawalny
(- Ach, państwo tu już byli w zeszłym tygodniu, prawda? Rozpoznałem po żonie!)

Negatywy
Trudno ukryć się w tłumie. Szczególnie, jeśli wlezie się w paletę szklanych słoików kawy instant, które jakiś kretyn ustawił na środku wąskiego przejścia w supermarkecie.
Zadyszka.
Utrudnione podnoszenie przedmiotów złośliwie spadających na podłogę.

(...)
Podsłuchałam Hauptcioteczkę.
Ona naprawdę najświęciej wierzyła, że termin to termin i najdalej jutro będzie w domu z portfolio zdjęć młodszej wnuczki.

[12 Dec]

(...)

Minus cztery.
Ostro kurczyła się w nocy, by za dnia przypięta do ktg udawać, że nie wie, co to skurcz.

[13 Dec]

(...)
Minus pięć.
Piątek trzynastego też nie pasuje?
Kanapa.
Wybieramy się kupić kanapę.
Może kanapa przekona?

[14 Dec]

(...)
Minus sześć.
Rodzenie.
W przerwie między zajęciami obowiązkowymi pojechałam do Salem urodzić córkę.
Dzień był antracytowy i nijaki, za to skurcze dosadne, precyzyjne i trafiające w czuły punkt jakby je zaprojektował Simens lub Bosch.
Tyle, że zniknęły podpięte pod ktg porodówki.
W kafeterii na dachu szpitala zjedliśmy po preclu i pojechaliśmy do domu.
Skurcze wróciły.
Wróciliśmy wieczorem, choć pewnie, gdyby nie Hauptcioteczka pytająca z regularnością godną skurczy, czy nie uważamy, że już powinniśmy rodzić, to nauczeni wyspiarskim doświadczeniem pojechalibyśmy później.
Spakowałam tę samą nocną koszulę (trzy funty, Primark) i te same kapcie (Ikea), co i trzy lata temu.
Zdaje się, że miałam je wtedy wyrzucić, ale w ostatniej chwili dopadło mnie wzruszenie.
Biorąc pod uwagę, że jakby dwa razy w tym outficie podczas rodzenia umarłam i zmartwychwstałam. rozważam, by nakazać spadkobiercom w nim mnie pochować. Tanio i praktycznie, a jeśli w dodatku można powstać z martwych...
W radiu śpiewał Alice Cooper ‘my pain your thrill’. (Znaki! Znaki!)
W pakiecie dostępnych atrakcji na wstępie wniesiono czekoladki i  zaproponowano założenie wenflonu.
Położna cztery lub pięć razy bezskutecznie wkłuwała się w me giętkie i przyjemne  żyły (dotychczas wychwalane pod niebiosa przez wszystkie flebotomistki Zjednoczonego Królestwa) i gdy Norweski powrócił z walizką, był przekonany, że mam już za sobą pierwszy zabieg akupunktury – obok homeopatycznych kulek cukru i aromatu lawendy preferowanej w Republice metody znieczulenia.
Obie dłonie miałam pozawijane w plastry i bandaże, a do tego – a jakże – przytroczono mnie do ktg.
Ponieważ każdą mikroskopijną czekoladkę (Milka GmbH) należało rozwinąć, co jest kłopotliwe w rękawicach z bandaży, rzuciłam się na czekoladki z zębami.
Po wstępnych uprzejmościach położna usiadła i zaczęła wpatrywać się w mój brzuch.
Zapadła niezręczna cisza, a speszony Norweski schował książkę, którą planował czytać, a ja, by publicznie nie grzeszyć łakomstwem odpuściłam czekoladkom.
Pierwsze godziny upłynęły nam na regularnym mierzeniu rozwarcia, odmawianiu zażycia homeopatycznych kulek  (‘w imię solidarności z prawdziwą nauką’ – syczałam przez zęby), skapitulowaniu i zażyciu kulek oraz pobocznych studiów nad romantyzmem teutońskiego dialektu – Fruchtwasser, Mutterkuchen, Muttermund, etc.
I wszystko potoczyłoby się pięknie, gdyby nie Muttermund, któremu pozostawały do rozwarcia jakieś mizerne milimetry, które czyniły jednak różnicę, pęcherz płodowy, który mam skonstruowany za każdym razem z tej samej stali, z której Kubańczycy robią czołgi i puszki koncentratu pomidorowego (paranoicznie przez ostatni miesiąc nie wychodziłam z domu bez ręcznika na wypadek gdyby!) oraz fakt, że Młodsza ułożyła się tak, aby nie wyjść.
Sternengucker. Astronomka?
Przedstawiane były mi rozmaite naukowe scenariusze, zda się nawet ktoś wymienił, że może być tak, że Kaiserschnitt i dooponowe, acz po sześciu godzinach simensowskich skurczy co dwie minuty, po zażyciu wiadra kulek z cukru i nieodłącznie z czyjąś ręką w mojej pochwie, miałam w głowie swoją własną wersję: czy są tu gdzieś nożyczki? Teraz!
Litościwie podpięto pod wenflon jakiś środek przeciwbólowy, prawdopodobnie akupunkturę w płynie, gdyż różnicy nie zaobserwowałam, do tego dorzucono coś na wzmocnienie, tu zaobserwowałam rożnicę, bo skurczyły mi się nawet mięśnie włosów.
Wszystkie te kable i sznurki oraz ktg nieustannie zsuwające się z brzucha. Możliwe, że podłączono mnie również do programu lokalnej telewizji.
I nagle po tych sześciu godzinach Młodsza zdecydowała się podjąć współpracę.
Mistycznie.
(Może zdenerwowała się, gdy zaczęto jej pobierać krew ze skalpu?)
Ułożyła się prawidłowo i wypłynęła w trzech skurczach nie czyniąc mi żadnej krzywdy.
4130 gramów. Pięćdziesiąt trzy centymetry.
Mistycznie, według szpitalnych wyników, wyniosłam z porodówki więcej żelaza niż wniosłam.
Mistycznie, nie trzeba było mnie zszywać, cerować, ani obrzucić mereżką.
Z miejsca straciłam dziesięć kilogramów, jeszcze tego samego dnia zobaczyłam własne stopy (błogosławiony pilates) i  mogłam położyć się na brzuchu.
Była 3:42,  a dmuchawce namalowane na szarych ścianach porodówki psychodelicznie falowały.
Zamknięto nas w małym pokoju z widokiem na noc, ktoś mnie umył, ktoś przebrał, Norweski wrócił do domu aby się wyspać, a my żując suchą bułkę przezornie w ostatnim akcie rozsądku zabraną z domu, w milczeniu czekałyśmy na nowy dzień.
I śniadanie.
(Podają o ósmej. Punkt. Nie ma zmiłuj.)
Tak jak trzy i pół roku temu dzień rozlał się nam nagle po łóżku zapierającym dech słonecznym światłem.
Tym razem zimowym.
Może to poporodowe halucynacje, a może reguła, że moje córki są ze Światła?
Poprzednio umarłam i od ręki zmartwychwstałam. Krótki bieg na setkę.
Tym razem maraton.
Tym razem umarłam, jak T-1000 kilka razy przeszłam przez płonący tunel i wróciłam do żywych.
Zabierając ze sobą Norweskiego, bez którego bym nie przeszła.
Intensywność doświadczenia dotknęła każdego nerwu i zrobiła nam coś w głowach, bo już po kilku godzinach zaczęliśmy bredzić o trzecim, czwartym i piątym dziecku.
(Efekt uboczny homeopatycznych kulek?)
Po sześciu godzinach wróciliśmy do domu. Po obfitym, słonym obiedzie.
Młodsza jest aksamitna, czarownie różowa, pulchna i odurzająco pachnie niemowlęciem.
Gdyby nie brak rzęs i futra na uszach oraz dodatkowy kilogram w policzkach można by ją pomylić ze Starszą w adekwatnym wieku.
Wydawało się, że jest słabej konstrukcji psychicznej, ale powściągnęła ataki histerii.
Starsza ciągle jeszcze jest wniebowzięta.
This is my beft friend, Baby Sister’ – anonsuje Młodszą społeczeństwu w tramwajach, instytucjach państwowych i w telefonach.
A na niepedagogiczne pytanie: kogo mama kocha najbardziej na świecie?, na które dotąd odpowiadała ‘me!’, teraz odpowiada sama z siebie ‘me and Baby Sister’.
(Są rzecz oczywista pewne granice. Tylko Starsza może być ‘myszką złotą’, albo ‘słodką bułką’.)
Chwilo, powiadam ci, nie odchodź, trwaj! Rozłożę ci wersalkę w stołowym. Zamieszkaj z nami na wieki.


Nie sposób uniknąć refleksji.
Mieliśmy szczęście, czy pecha?
Czy NHS dałby sobie z tym porodem radę? Czy też bez żadnych danych na temat masy, ułożenia, tętna, lokalizacji pępowiny, czy samopoczucia dziecka ostatecznie w panice po prostu wyrwałby Młodszą razem z częścią moich wnętrzności? Tak, jak to uczynił naszej sąsiadce, matce Rubenita i jeszcze kilku innym matkom?
(A gdy już wyrwał z naszej sąsiadki po siedemdziesięciu dwóch godzinach bezskutecznego rodzenia, to się zjawił na następny dzień przy jej łóżku w postaci położnej, która odbierała poród i wyznał,że OMG! Jeszcze nigdy mu się tak ręce nie trzęsły ze strachu!)
Czy tutejsza, a w sumie naturalizowana amerykańska lekarka oraz bawarska, nastoletnia położna miały rację, że przegoniły mnie przez ten tunel? Były wcieleniem spokoju i pewności siebie, ale czy nie przeszarżowały zakładając, że o własnych siłach dotrę do końca?
Z drugiej strony, o to mi się przecież między innymi rozchodziło pośród całej tej przeprowadzki, o służbę zdrowia, która potrafi podejmować decyzje, w sytuacji, gdy ja tracę zmysły.
Na szczęście, mieliśmy ze sobą parasol z wielu dobrych myśli.
Pomogło.

Tymczasem we wtorek rano odebrałam telefon.
Był to akurat ten dzień, gdy próbowałam rozwinąć się z kulki zakwasów.
Zakwasów każdego, absolutnie każdego mięśnia. Gładkiego, prążkowanego lub w kratkę.
Do tego z każdym karmieniem nadal po simensowsku obkurczały  mi się wątpia.
Do tego w nocy liczyliśmy kto komu pozostawił na ramionach więcej sińców (moje mają kształt Norweskich odcisków palców) i komu bardziej należy się obdukcja.
A noworodek miał globus i Weltschmerz, więc nie wydaje mi się, że wiele spałam.
Telefon zapytał:  ‘Frau kaczka? Amatorka porodów ambulatoryjnych?
I pomyślałam, że to pewnie dzwoni wdzięczna kasa chorych. Wdzięczna  za to, że zamiast na ich koszt opływać w willowe luksusy oddziału dla matek i noworodków, jeszcze tego samego dnia wyszłam o własnych, choć nadwątlonych siłach ze szpitala.
Nie.
Dzwoniło pediatryczne gestapo w osobie recepcjonistki od pediatry.
(Tak, wiem, miałam wystrzegać się stereotypów.)
Szpital, jak się okazuje rozsyła wieści o narodzinach faksem.
Frau kaczka? Ale jak to, że wyszła ze szpitala po sześciu godzinach?! To wbrew rozsądkowi, jaka matka tak robi! (... no nie wiem, taka która ma jeszcze inne dzieci?...)  A w dodatku same z tego teraz kłopoty w dokumentacji. Natychmiast proszę dopchać dziecko w wózku na drugi koniec miasta do pediatry, gdyż nie wykonano jeszcze testu Guthriego, któren to musi być koniecznie zrobiony  w ciągu siedemdziesięciu dwóch godzin od chwili narodzin. Jak tak, Donnerwetter, można!’
Ponieważ od kwadransa rozważałam, jakim skrótem dojść do łazienki, przy użyciu jak najmniejszej ilości mięśni, uznałam sprawę za żarcik, a w obawie, że nie ogarnęłam językowych zawiłości przekazu podstawiłam pod słuchawkę Hauptcioteczkę.
Błąd.
Hauptcioteczka wybiórczo usłyszała: dopchać, natychmiast, koniecznie i zaczęła mnie pakować.
Mus to mus, prawda?
Nie iżby w tej rodzinie fakt pozyskania dysertacji w dziedzinie raczej dość bezpośrednio związanej z testem Guthriego przydawał wiary moim słowom, czy ekspertyzie.
No, bo czy ktoś kiedyś widział jakąś bakterię?
Dopiero telefon do pangalaktycznego centrum testowania ostudził zapały obu dam, gdyż tam powiedzieli, że nawet i dwadzieścia osiem dni im wygodne.
I weź tu bądź miły dla Systemu.
Ściśnięte pośladki, jak pragnę...

[19 Dec]

(...)

Plus cztery
Przy Dyni miałam chyba jakieś imperatywy wewnętrzne z marketingu i zarządzania rzeczywistością.
Teraz okładam się kataplazmem z córek i jedynie patrzę.
Młodsza niby z tej samej matrycy, a zupełnie inna.
Ludzkie kocię, fabryka  uzależniających feromonów, ciepły, pomrukujący na tej stronie brzucha kłębek.
Starsza zapleciona na szyi opowiadająca mi coraz pełniejszymi zdaniami, na ucho, o swoich życiowych rozczarowaniach: '... and I wanted to check Advent calendar in playschool but it was not my turn and I was very crossed...all day long...I tell you all day long!'
Starsza po narodzinach wstawała wyłacznie na posiłki w postaci eintopfów, by usnąć nad talerzem bez potrzeby wytrząsania zeń powietrza. Młodsza potrafi przez godzinę przyglądać się światu, a z karty wybiera przystawki, ryby, makarony, główne oraz deser i dokładki. Każdą nieautoryzowaną próbę odsunięcia od stołu odbiera jak zamach na wolność osobistą i donośnym głosem zawzywa Amnesty International.
I ciągle – aaaaa! – ciągle ją trzeba odpowietrzać.
Na to nie byłam przygotowana.
A za oknem jest góra z miedzianymi drzewami.
I te drzewa mają taki sam kolor jak włosy Młodszej.


[20 Dec]


(...)

Plus pięć
Pediatra.
Test Guthriego.
- To może będę karmić dziecko, to odwróci jej uwagę od wyciskania krwi z pięty?
- Nie, dziecko musi leżeć. Poza tym, gdy krzyczy to pięta będzie lepiej ukrwiona.
Tak jak stół, ubranie, matka i książeczka zdrowia.

(...)
Urząd Stanu Cywilnego.
Frau Halinka?
- Chcielibyśmy zarejestrować dziecko...
- A niby gdzie się urodziło?
- W szpitalu w H.
- (z pobłażaniem w głosie) Rejestrujemy wyłącznie urodzonych w L.
- Ale tu przecież nie ma nawet zwykłego szpitala, a co dopiero porodówki!
- Dlatego nie rejestrujemy wcale.
- Ale na drzwiach jest informacja, że rejestracja narodzin...
- Bo tylko takie nalepki były w magazynie.
- ...
- A dlaczego w  szpitalu nie zarejestrowali?
- Wyszliśmy ze szpitala tego samego dnia.
- No i po co?

(Może niepostrzeżenie, ród słowiański, podbiliśmy Wurstenbergię?)

(...)
Urząd Spraw Socjalnych.
Troje drzwi. Trzy wrota. Na troje babka wróżyła.
Na każdych tabliczka z nazwiskiem urzędnika i godziny otwarcia.
Według zegarka – teraz.
Pukamy, naciskamy klamki, zamknięte.
Otwarte są czwarte.
Odsyłają nas do środkowego pokoju.
Za biurkiem hippiska.
- Chcielibyśmy złożyć wniosek o zasiłek na dziecko.
... łup...
Dwadzieścia sześć stron druku.
- ... ale mamy problem, bo żona nadal jest zatrudniona w Wielkiej Brytanii.
- Yyyyyy? A nie możecie państwo sobie sprawdzić w internecie, co z tym zrobić?
(W międzyczasie, do środkowych drzwi tych naprzeciw biurka, puka lub szarpie za klamkę pięć osób. Hippiska wydaje się być przyzwyczajona.)

[22 Dec]


(...)
Plus siedem
W poduszkę. Nocą.
- Mama! I do not need Elmo any more. I do not need toys to cuddle! I am a big girl! I need computer, tefelon, I go to work and I want go snowing  [1] with papa... but holding his hand, ok?

[1] go skiing

A zegar biologiczny Młodszej ustawiony jest na czas lokalny w Caracas.

[23 Dec]


(...)
Plus osiem
I am the biggest girl ever!’ powiada Starsza i wyciąga się ku chmurom.
Biskwit resztkami pępowiny czepia się poprzedniego życia.
(Odpadnie mu kiedyś ten pępek? Nie wykluczam, że utrwalił się przez to, że nieustannie polewają go jakąś etanolową aromatoterapią.)
Nakarmiony winem, metką cebulową, wątrobianką, piwem oraz smażoną flądrą z pietruszką Biskwit nawet się nie skrzywił.
(Uprzedzając opiekę społeczną, z wyjątkiem wina, wszystko bezalkoholowe.)
Położna ogłosiła fajrant.
Czy to możliwe, że wreszcie możemy przestać chaotycznie sprzątać?

[24 Dec]


(...)

Plus dziewięć
Sycylijczycy smażą w najgłębszym oleju.
Rybę, ciastka, możliwe, że psa również, bo jakby umilkł.
Życzliwi ofiarowali domowe pierniki, czekoladę studencką z gruszkową chucią i kucyka, który pyta ‘Mamusiu, a czy ty też jesteś księżniczką?
(Tak, acz raczej z demobilu.)
Sałatkę z kartofli z majonezem wyprodukował Norweski.
Kaczkę na ruszt – czeskie zakłady produkcji kaczek na ruszt.
(Dobrze, że przepis zakładał, by kaczce zajrzeć do żołądka. W innym wypadku upieklibyśmy ją z plastikowym nadzieniem pełnym bliżej niezidentyfikowanych wnętrzności.)
Atmosferę karnawału zasponsorowała Hauptcioteczka ofiarowując Dyni elektryczną gitarę.
Biskwitowi odpadł pępek.
(Mój powrócił na miejsce i można w nim znów dłubać.)
Jak co roku za dużo prezentów na ten jeden, dość chudy Dyniowy neuron powściągliwości i skupienia.
Biskwit może i trawi metkę cebulową oraz piwo, ale nie zdzierżył surowej cebuli, domowego majonezu i ogórków w occie.
Tym samym nie była to cicha noc.

[27 Dec]

(...)

Plus dwanaście
Sycylijczycy zdaje się przestali świętować.
A świętowali dzień i noc skutecznie zagłuszając psa, Biskwita oraz ekonomiczną pralkę studentów z sutereny.
'Volare' a cappella o czwartej nad ranem rozgrzeszyło mnie z wyprania odzieży noworodka w pierwszy dzień świąt.

(...)
Za siedmioma górami, za siedmioma czasami byłam na kolacji.
Matki dzieciom, matki w ciąży, singielki.
Zwykle staram się być powściągliwa w rozmowach o progeniturze, no, ale jakże to nie pogratulować matce w ciąży, albo nie docenić, że ktoś wreszcie mógł się upić, bo odstawił dziecinę od piersi. I nie, nikt nie machał zdjęciami rodziny, ani nie pokazywał gipsowych odlewów ciążowych brzuchów, ani nie podawał przepisu na placentę na grzance.
Singielki opowiadały o zakupach w Mediolanie, o tym jak przeszły Patagonię w tę i z powrotem albo jak to wyskoczyły na weekend do Nowego Jorku.
Miałam wrażenie, że dla każdego wystarczyło miejsca, czasu, przestrzeni i uwagi.
Myliłam się.
Czy zawsze musicie rozmawiać o dzieciach?’ usłyszałam na stronie od tej, co przeszła w tę i z powrotem, i niemalże przez moment poczułam się winna.
Serio?
Naprawdę?
Naprawdę jest z tego mówienia takie echo? Taki nieznośny  rezonans?
Rozumiem, że bezdzietność może nie być wyborem, wydaje mi się wręcz, że rozumiem to do szpiku, jak również, że to temat, który naprawdę potrafi zaboleć.
Ale zaręczam, że boli również ‘ach, więc już nie przejdę tej Patagonii w tę i z powrotem’.

(...)
Świat sypie Biskwitowi cukier pod nogi.
'Ohhh... Wie suess!'
(Jasne! Wpadnijcie do nas o drugiej w nocy (!)
Nie przypuszczałam, że tubylcy reagują na treść wózków z takim afektem.
Wprawdzie różowiutki, pulchny Biskwit świetnie imituje tresowanego noworodka z reklam pieluch, ale nawet to nie tłumaczy zbiorowej histerii między regałami w Ikei.
Może dlatego, że  przypadkiem zdmuchnęłam na Biskwita Puderzucker z pączka.
Z pączka zdmuchnąć łatwo, do noworodka przywiera.

©kaczka
54 comments on "Prenatalnie (Biskwit)"
  1. no zupełnie jak u hiczkoka. najpierw trzęsienie ziemi a potem napięcie tylko rośnie. dobrze, że już znamy napisy końcowe, bo trudno było by nerwy uspokoić. kaczko jeszcze raz gratuluję zimnej krwi w obliczu wszelkich opisanych atrakcji. galicjanka

    ReplyDelete
    Replies
    1. Galicjanko, dzieki. Zimna krew nalezalo zachowac, bo z ugotowanej kaczki zadnego pozytku. Pisanie to przeswietna terapia.

      Delete
  2. podziwiam i też się wcale już nie dziwię. ale za to jak tylko zobaczyłam nową zakładkę to mnie siłą od komputera nie szło oderwać ;) ściskam serdecznie!

    ReplyDelete
    Replies
    1. A gdziez tam podziwiac! Pukac sie w glowe, ze nieplywajaca kaczka w ciemna, gleboka wode bez kamizelki ratunkowej :-)

      Delete
  3. Do licha, mnie też nie oderwało od komputera.
    Historio pisana biskwitowym.
    Myślę do Ciebie serdecznie.

    ReplyDelete
    Replies
    1. Dziekuje, bo serdeczne mysli maja moc wieksza niz kulki z cukru :-)

      Delete
  4. Kaczko, jestem na Ciebie najzwyczajniej na świecie wściekła! Wściekła, zła i wkurzona! Tak się nie robi! Nie wolno! Wpisy trzeba dawkować po trochu, a nie pisać gdzieś potajemnie przez całą ciążę, a potem cisnąć beztrosko, jak jakiegoś woła całopalnego, zamiast łatwiejszych do przeżucia steków pojedynczych zapisków.
    Bo potem człowiek siedzi, przykuty do laptopa i żre jak dziki, a apetyt rośnie w miarę jedzenia.
    I zamiast się cieszyć każdym słowem, zamiast wziąć jedną frazę typu:
    "oblaliśmy test na trisomię" czy "Pierworodna wybiera wózek dla swoich dzieci. Może pożyczy?" i trawić przez parę dni, do następnego wpisu, nie wie człowiek, na co się rzucić.
    W efekcie wszystko ponadgryzane, brzuch pęka z przejedzenia, a satysfakcji nie ma, bo i tak wiadomo, że trzeba będzie wrócić, by na spokojnie się podelektować resztą.
    No i ta Twoja lapidarność stylu! Zalewam się żółcią zazdrości.
    Krótko mówiąc - jedna wielka niestrawność :)))

    ReplyDelete
    Replies
    1. Odpokutowalam :-) Blogspot mi czynil wstrety, gdy wklejalam te opowiesc. Prosciej jednak byloby w odcinkach. Ale wiadomo, kaczka z niczego nie wyciaga wnioskow...
      I sie wzruszam bardzo od tych komplementow, bo powiedziec o moim pisaniu, ze ma styl... jejku! :*

      Delete
  5. Kaczko i kaczkowe kaczuszki, piekne to. I takie prawdziwie ludzkie, normalne. I stresy i radosci, i wyzyny i doliny, i pudrowo cukrowy feromonalny Biskwitek i Patagonia. Jest dobrze. Bylo super. Bylo zle. Bylo lekko. I ciezko i okragle tez. Spoko. Pewnie nie raz sie powtorzy ta sinusoida. Wiec olej, tylko opisuj, bo opis pierwsza klasa. Buziaki hawajskie!

    ReplyDelete
    Replies
    1. No, ba! Taka karma, ze sinusoida, prawda? Mysle, ze wozek z Biskwitem bedzie dostarczal inspiracji :*

      Delete
  6. Przeczytałam oczywiście na raz. I cały czas tupałam nóżką,że to nie rozmowa, tylko twój monolog. ROZMOWY KACZKO ŻĄDAM!

    ReplyDelete
    Replies
    1. Murronio, przybywajcie! Bedziemy gadac!

      Delete
  7. Kaczko, znalazłam zakładkę i nie odpięlam się przed doczytaniem do końca. Chyba jednak do końca nie wiesz, jak niesamowitąjesteś Kobietą :-)

    ReplyDelete
    Replies
    1. Magdo, nie pierwszy raz zbyt dla mnies laskawa! :* Moze dobrze, ze nie wiem, bo by mi jeszcze ego wzdelo :-)

      Delete
  8. Oczywiście na raz. Ze wzruszeniem, poruszeniem, śmiejąc się przez łzy, i, pomimo, tego, hmm, spoilera, bo zakończenie przecież znamy - w napięciu takim, że teraz rozważam aromaterapię albo smarowanie spiętego karku bengayem czy inną końską maścią. Kaczko, jak Ty piszesz! Dżulius Sizar by zzieleniał z zawiści za taką lapidarność stylu. Albo sam by się zaciukał nie tylko sztyletem, ale wręcz tępym kozikiem. Wszystkiego Wam dobrego, zdrowia, miłości i przespanych nocy, a nam, czytelnikom - jak najwięcej wpisów.

    ReplyDelete
    Replies
    1. Dodo, idz w aromaterapie, bo kulki za cholere nie dzialaja :-)
      Zycze sobie spelnienia zyczen, szczegolnie kwestia przesypiania jest priorytetowa :-)

      Delete
  9. Piękna opowieść, Kaczko. Przepiękna. Ślę w Wasze zaodrzańskie strony dużo ciepłych myśli.

    (I ze zdziwieniem odkrywam, jak niebywale dobrą opiekę miała w Polsce w obu ciążach).

    ReplyDelete
    Replies
    1. Za kazda ciepla mysl, dzieki!
      (Przez moment mnie kusilo, by wyprobowac opieke nadciazowa i urodzic po jednej sztuce we wszystkich krajach unijnych, to bylby dopiero reportaz :-)

      Delete
    2. A przestało Cię kusić, gdy przypomniałaś sobie, że to oznaczałoby sporo przeprowadzek? A czemu tylko unia? Polecam Szwajcarię. Świetny klimat, piękna urbanizacja, blisko na narty no i szkolnictwo mają dobre - wiem, bom chodziła tam do podstawówki :)

      Delete
    3. Moe, Szwajcaria byla, a jakze, w planach, bo to krzemowa dolina chemikow. Dwa razy bylo nawet bardzo juz blisko, zeby wlasnie w Szwajcarii. Tyle, ze oni tam (uwaga, sprawiedliwosc dziejowa) nie lubia... Niemcow emigrantow :-)

      Delete
  10. Kaczko, jesteś mistrzynią zakrywania i odkrywania. Mistrzynią słodko-gorzkiej prawdy. Pozdrawiam! I wszystkiego dobrego w nowym roku, w nowym miejscu i z nowym człowiekiem na pokładzie.

    ReplyDelete
  11. Żebyś Ty wiedziała, ile mi strachu napędziłaś tym fragmentem o spadaniu na cztery łapy! Zgadnij, ile maili przeczytałam?! I to wszystko ze ściśniętym żołądkiem. I gardłem. Jestem koszmarnie niedotleniona.

    Cudnie było tak tu i tam :) Dziękuję Ci za tę podróż.

    ReplyDelete
    Replies
    1. Darling, tobie? tobie cos mi wlasne dziecko na sluzbe przyslala, zebym mogla sobie przypomniec jakiego koloru mamy wanne w lazience? Tobie bym powiedziala prosto w dziob, ale nie musialam, bos mi nie koloryzowala, ze bedzie lekko. No i trzymam twoja okoloporodowa opowiesc pod reka jako klin. 'ze zawsze moze byc gorzej' :-)

      Delete
  12. wielbię Cię od zawsze (czyli od pierwszej drożdżowej próbki chyba na Pruskiego blogu zaprezentowanej). umiesz chwytać za serce i gardło.

    ReplyDelete
    Replies
    1. To byłam ja - Jarząbek (bojulia)*

      *technologia mnie pokonała :)

      Delete
  13. Trzymało w napięciu do samego końca.
    A te czary na porodówce, kulki, aromaty (dawniej się na to mówiło okadzanie), całkiem jak z Kolberga :)

    ReplyDelete
    Replies
    1. Drwilam sobie, ze brakowalo mi w zestawie hipnozy, ale nie boj nic, jest i hipnoza. Niektore szpitale oferuja hipnotyczne polozne :-)

      Delete
  14. Podziwiam, podziwiam, podziwiam. Że dałaś radę z tym wszystkim, a przeprowadzka w zaawansowanej ciąży bije wszystko na głowę. Tym bardziej bije, że nie czułaś się w tej ciąży tak dobrze, jak podejrzewałam

    ReplyDelete
    Replies
    1. Dziekuje, choc nie wiem, czy podziwiac, czy raczej potrzasnac ku opamietaniu. Tyle, ze czasem mus to mus. Ten autobus do swietlanej przyszlosci w Wurstenbergii nie poczekalby na nas. Trzeba bylo wskakiwac w biegu. Czas pokaze, czy to bylo sluszne :-)

      Delete
  15. Podziwiam styl.Prawdę,trafność obserwacji, zabawę słowem naszem i obcem. A pod tym wszystkim emocje - matczyne, dziewczyńskie, polskie. Naprawdę trudno się oderwać. Życzę Ci szczęścia rodzinnego - z całego serca. Lila

    ReplyDelete
    Replies
    1. Dziekuje, bo kazda dobra mysl na wage zlota! :*

      Delete
  16. też na stanie dwa. grudniowy i czerwcowa. Starsze od Twoich Kaczko o pół roku za każdym razem ;) różnica wieku na razie daje żyć, choć już słyszałam przebakiwanie o sprzedaniu siostrzyczki po tym, jak naruszyła kolorowankę i obslinila porządnie. gratulacje i byle tak dalej! Halina

    ReplyDelete
    Replies
    1. I ja nie sadze, ze ta euforyczna milosc bedzie trwala wiecznie, ale na razie bardzo mi ona na reke :-)
      Nowe pokolenia maja nowe metody dyscyplinowania? Pewnie sprzedalaby on-line :-)

      Delete
  17. Kochana Kaczko, przeczytałam miejscami zaśmiewając się, miejscami uśmiechając z błyskiem łezki w oku. Dziękuję.

    ReplyDelete
    Replies
    1. Cala przyjemnosc po naszej stronie :-) I czekam na opowiesci o tym jak praktykowac to zen przy trojce!

      Delete
  18. termin na za 2 dni mam, czekamy na pierworodną, a odleżynę na lewym boku trudno rozmasować po tak wciągającej lekturze:) co jakiś czas przylatuje mąż na kanapę, który ryczy do pępka " wychodź Klusko!", a do mnie zatroskany rzuca : " może jednak seksu"?. Kaczko,fajna jesteś , wielkie dzięki za pomoc w przetrwaniu przepowiadających:)

    ReplyDelete
    Replies
    1. Wyszla? :-)))
      Bo jesli nie wyszla to oprocz seksu, tak mowia na miescie, mozna jeszcze przejsc na diete z cynamonu i mocno dojrzalych ananasow. A do tego tutejszym zwyczajem, okadzac sie lawenda. To trzymam kciuki, zeby wyszla bez poslizgow.

      Delete
  19. Dzięki, Kaczko- ja tu jutro egzaminuję się ze Streptococcusów, Klebsielli, Legionelli i innych cudów natury a zamiast się uczyć lub (chociażby) spać- czytam Biskwita.

    Jak nie zdam to będzie Wasza wina :P No bo na pewno nie moja, że niby nauki za mało czy coś... :)

    ReplyDelete
    Replies
    1. Egzaminatorzy wykazali zrozumienie? :-)
      Trzymalam kciuki, a konkretnie duze palce u stop, bo rece to juz sama nie wiem w co wlozyc :-)))

      Delete
    2. Właśnie widzę, że dwa razy napisałam komentarz- taka byłam zakręcona, że myślałam że skasowałam dlatego drugi tak podobny :D

      Napisałam- sorry, ale Kaczka. Zrozumieli, bom dostała 4 :D
      Obawiam się, jednakowoż, że mikrobiologia od drugiego semestru nie będzie już taka prosta. No ale jeśli przed krytycznymi egzaminami zaklepię sobie paluchy Kaczki to może przebrniemy :D

      Pokazałam Lubemu wpisy z tego bloga. Z informacją, że generalnie to to jest mój ulubiony sposób spojrzenia na życie i otaczający świat. Stwierdził, że życie ze mną będzie przygodą. To chyba dobrze, prawda? :)

      Delete
  20. Dzięki Kaczko- ja tu jutro się egzaminuję ze Streptococcusów, Klebsielli, Legionelli i innych cudów, a zamiast spać, lub (chociażby) uczyć się z nadzieją na lepsze jutro- czytam Wasze prenatalne przeboje.

    Jak nie zdam to będzie Wasza wina. No bo nie moja przecież, nie moja! ;)

    (PS- Klebsiella i Legionella podkreślone jako błąd. Streptococcusy w każdej fleksyjnej odmiany przyjęte. Quo vadis, internecie?)

    ReplyDelete
  21. Zasiadłam w przerwie między karmieniami jeszcze świeższego niż Twój noworodka :). I wiem, że ja to dzisiaj przeczytam do końca. Już się wzruszam i uśmiecham na przemian.
    Napisałam właśnie Mężczyźnie: tak się pisze o ciąży. Nie ma sensu pisać, nie osiągając tego pułapu.
    Kaczko... jesteś niesamowita :).

    ReplyDelete
    Replies
    1. Ojej! Takie nowiny! Gratulujemy Swiezutkiego! Niech sie zdrowo chowa.
      :*
      (dzieki!)

      Delete
    2. Dziekuje. Oczywiscie przeczytalam wczoraj do konca, nie moglam sie oderwac :-)

      Delete
  22. Przeczytałam w zamian za sprzatanie/zmywanie i kosztem snu. Ale warto było.. och, ach, nie wiem co napisać. Ciarki na plecach. Dobrze, że wszystko dobrze się skończyło. Rozczulający tekst. Dobranoc :)

    ReplyDelete
    Replies
    1. Sprzatanie i zmywanie - rozumiem, ale zeby sen sobie od oczu odejmowac?! Spiac od miesiaca snem mocno perforowanym (to chyba cytat z zimno.blog) doceniam poswiecenie :-)
      Co nas nie zabije... :-)

      Delete
    2. Właśnie.. Ale podziwiam za siłę, za te opisy, tą troskę o Dyniątko, wydaje mi się, że jesteś super Mamą :) A w kontekscie dylematów drugo-dzieciowych to jakbyś moje myśli dosłownie spisywała :) PS. Serio, kosztem snu, ale warto było, dużo myślałam o tym jaką mamą jestem dla J :) Dzięki Kaczucho!

      Delete
  23. Kaczko. Kurde Kaczko.
    Jesteś tak daleko, a tak blisko.

    ReplyDelete
  24. Dziekuje, tego puzla brakowalo mi ,,w glowie'' ;)
    oresteska
    rowniez mama dwoch panienek :)

    ReplyDelete
  25. Jak dobrze znaleźć TAKIEGO bloga!

    ReplyDelete
  26. Wpół do trzeciej w nocy! No ale się nie dało przerwać czytania. Ależ Ty masz, Kobieto, pióro. Na cóż jednak byłoby pióro, gdyby nie mądre serce Autorki.

    ReplyDelete
  27. jak mam rozgryźć te komentarze? Do upadłego, piszę trzeci raz. Jest wpół do trzeciej w nocy, nie mogłam przerwać czytania. I niech to samo już starczy. Wielkie pióro i piękna Kobieta.

    ReplyDelete