Image Slider

[350]

[26 Apr 2017]

(...)
Najpierw wiosna zaczęła się na trawniku przed naszym domem. Standardowy prolog z magnolii, forsycji i akwizycji uczuleń wziewnych. Odczekaliśmy nieomal do napisów końcowych i ruszyliśmy na Północ. U Haupcioteczki wiosna przydarzyła się nam od początku po raz kolejny. Magnolie, forsycje, akwizycje. A potem, jeszcze raz, zupełnie nowa wiosna w Sztokholmie. Tyle, że tam, dodatkowo zdobiona zmarzniętymi żonkilami w celofanie rozłożonymi na chodnikach wzdłuż  Drottninggatan.
Boleśnie i nienaturalnie.
Może to nie było siedemnaście mgnień, ale nawet Stirlitzowi za trzecim razem oko zaczęłoby latać.
Wróciliśmy.
Jest zimno i pada.
Brygada Górali z Wisły (‘a Małysza pani zna?’) zamurowuje nam grzyba.
Ponieważ rzucają raufazę na mokry tynk, przypuszczam, że grzyb jak Barbara Ubryk zaraz zacznie czymś w nas ciskać. Na przykład, raufazą.
Wylewność górali nie ogranicza się wyłącznie do tynków, cementów i posadzek betonowych.
Już po kilku godzinach spędzonych wśród ekipy moglibyśmy razem z powodzeniem wystartować w jakimś rodzinnym teleturnieju, gdzie kluczem do sukcesu i głównej nagrody jest znajomość chorób skórnych wujecznego dziadka z Murzasichla (wymień w porządku alfabetycznym), nałogów szwagra stryjenki spod Bukowiny (przyporządkuj do odpowiednich paragrafów kodeksu karnego) albo losów masy spadkowej po teściu bratanka z Chicago, którego z łez padołu odwołały powikłania po resekcji wyrostka robaczkowego (przelicz w pamięci z dolarów na złotówki po kursie NBP z 14 marca 1978 roku).
Za to na konkretne pytania branżowe, na przykład: Czy ta raufaza jednak nie odpadnie? albo Na kiedy przewidziany jest koniec prac budowlanych?, Górale niezmiennie odpowiadają, że jak Bóg da.
Serio, panowie? Bóg?! Nie mówimy tu przecież o powtórnym stworzeniu świata w wersji 2.0, a o pospolitej ścianie między klozetem a sypialnią!
Zatem, jeśli Bóg przekwalifikował się na budowlankę to kto zajmuje się  naprawdę palącymi problemami ludzkości? Głód, wojny, globalne ocieplenie? Kto w tym robi?
Zaprawdę, powiadam nawet kult polskiego rzemieślnika powoli traci mnie w roli wyznawcy.

Do tego home-schooling to jednak nie zawsze taka czteropasmówka sukcesów, jak mogłoby się, oceniając po okładce, wydawać.
Dynia po powrocie z Północy obeszła sąsiadów z opowieścią, między innymi o tym,  jak to jej rodzice płynnie i z polotem mówią po... hiszpańsku (!).
Długo nie trzeba było czekać na konsekwencje. Jeden sąsiad już pytał, czy możemy pośredniczyć w zakupie hacjendy pod La Manchą. Drugi zaś chciał się wreszcie dowiedzieć, co tam ma napisane na tatuażu, który w stanie intelektualnej nieważkości dał sobie wydziergać w Magaluf.
SCHWEDISCH! Dyniu! To był SCHWEDISCH! Nie SPANISCH!!!
Odmówiwszy  z oczywistych względów (a najoczywistszy to ten, że znajomość hiszpańskiego ogranicza się nam do Hasta la vista!), dołożyliśmy sobie do reputacji na dzielni, żeśmy nieużytymi egoistami brzydzącymi się okołosąsiedzką pomocą.
(Opinię na temat znajomości szwedzkiego Dynia wyciągnęła na podstawie naszych rozmów z ulicznymi sprzedawcami hot-dogów. O czym czuję się w obowiązku napisać, zanim ktoś zapyta, czy przejrzymy dokumentację dotyczącą inwestycji w fabrykę nart pod Kiruną.)

To nie wszystko. Dynia okazała naszpani od Mastodontów swoją powieść o podróży do Sztokholmu, w której, jak na aspirującego Hemingway'a przystało, więcej jest o konsumpcji koktajli w barze niż o wartościach edukacyjnych zwiedzania. Był cień nadziei, że naszpani nie odcyfruje fonetycznego zapisu: KOGTEL, ale Dynia dla pewności wykonała, nie pozostawiający złudzeń rysunek poglądowy baterii drinków.
A Biskwit na nieuniknione pytania, co mu się zrobiło z twarzą (przypominam: Kliczko, jedenasta runda), wszem i wobec insynuuje powściągliwie: Matka.
Zatem, gdyby wyglądało, że zamilkłam to może właśnie wcale nie milczę, ale akurat gęsto tłumaczę się opiece społecznej.
Byle do wiosny, chociaż właściwie to już wcale nie wiem, której.


©kaczka

[349] kaczka i syndrom sztokholmski

[21 Apr 2017]

(...)

(...)
Jako że cały niemiecki romantyzm roztrwonili Goethe do spółki z Hardenbergiem, nic dziwnego, że dla reszty narodu został tylko pragmatyzm.
A Norweski to już w ogóle po ten pragmatyzm wracał do kolejki, lekko licząc, osiemset czterdzieści osiem razy. (Liczbę tę ekstrapoluję na podstawie ilości standardowych przebiegów Norweskiego po darmową dolewkę soku z żurawiny w Ikei.)
Zatem, gdy Norweski mówi ‘Mam dla ciebie niespodziankę’ to może to być oczywiście wszystko, ale raczej tak bardziej coś między kompletem brązowych męskich sznurowadeł a wyciętym z gazety kuponem na bezpłatny kartonik soku z żurawiny, objętość 200 mililitrów.
Takoż zachwiał mi się światopogląd i musiał mocno przytrzymać się stołu, by nie osunąć się w omdleniu na podłogę, gdy pewnego dnia Norweski po triumfalnym ‘Mam dla ciebie niespodziankę’ okazał plik biletów lotniczych.
- Sztohholm? – zapytałam naówczas, gdy dotarłam do koordynatów. – Ale dlaczego akurat Sztokholm?
(Logika podpowiadała, że może mieć to związek z dostępnością płynnej żurawiny.)
- Chciałem, żeby było ciepło i bezpiecznie. – odpowiedział Norweski.
Byłam, wróciłam, mogę wypowiedzieć się w obu kwestiach.
Adidasy Norweskiego przymarzły mu podczas wysiadania z samolotu do płyty lotniska.
Natomiast, gdy nocą obudziła mnie cisza spadających, tłustych jak kacze pióra płatków śniegu, gdy wymknęłam się z hotelu narzuciwszy kurtkę na pidżamę i gdy na sąsiednim skwerze zaczęłam wydeptywać na nietkniętym ludzką stopą śniegu fantazyjne mandale to już po kilku minutach razem ze mną zaczął ten skwerek dyskretnie okrążać policyjny radiowóz. I na tej podstawie, wysoce oceniam swoje bezpieczeństwo w Sztokholmie o godzinie 3:45 nad ranem.
To była dobra podróż.
Tuż przed wyjściem z domu Hauptcioteczki Biskwit rozbił sobie nos i po samodzielnym zatamowaniu krwotoku przy użyciu rękawa swojej bluzki oraz całokształtu mojej odzieży stawiliśmy się na lotnisku wyglądając jak Wladimir Kliczko, jego trener i ekipa towarzysząca po dziesiątej rundzie na ringu.
Kwestia krwotoku i usuwania plam krwi odwróciła naszą uwagę od troskliwie hodowanego przez Dynię lęku przed lataniem.
Ponieważ post-romantyczny, niemiecki pediatra poradził Dyni na te lęki, żeby ‘wzięła się w garść’ (nie ukrywam rozczarowania, gdyż liczyłam raczej na receptę na twarde narkotyki), Dynia – o dziwo - wzięła się w garść w czym, zasadniczo najbardziej pomogło jej siedem kilogramów tic-taców z wolnocłowego.
(Cena siedmiu kilogramów tic-taców to zaprawdę promil kosztów oficjalnej psychoterapii, którą usilnie zalecała nam Lufthansa po ostatnim locie Dyni (WE ALL GONNA DIE!!!!), więc wychodzi na to, żeśmy jeszcze nawet zaoszczędzili.)
Biskwit wziął nowy kraj szturmem. Skrótem przez hotelowy bufet.
Po pierwszym śniadaniu wycieczka emerytowanych amerykańskich nauczycielek ochrzciła Biskwita mianem ‘rozkosznego generała MacArthura’, podczas gdy wycieczka emerytowanych włoskich geodetów obstawiała raczej ‘milutkiego Mussoliniego’. Biskwitowi było wszystko jedno, co o nim mówią, byleby miał wyłączność na kontener z jajkami ugotowanymi na twardo i nielimitowany dostęp do książęcych parówek.
(W Sztokholmie toaletowe biogazy są paliwem dla środków komunikacji publicznej, zatem już po jednym Biskwicim śniadaniu ludność śmiało mogła rozważać podróż nawet do Linköping.)
Biskwit zaskoczył nas wielokrotnie podczas tej wyprawy. Choćby wtedy, gdy w skupieniu, przez ponad pół godziny słuchał narracji z przewodnika audio opisującego mijane pośród kanałów zabytki.
Dodajmy, bo to istotne dla rozmiarów naszego dysonansu, że ta narracja była po fińsku.

Rzecz jasna, podróż z nieletnimi wyznacza nieprzewidywalne kierunki zwiedzania.
Samoistnie odpadło tedy muzeum Nobla (Norweski), muzeum Abby (ja), ale za to zażyliśmy bliskich kontaktów ze skandynawską literaturą dziecięcą i jej artefaktami, wiemy, w którym sklepie mają najlepszy wybór Godis na wagę i potrafimy wymienić z pamięci lokalizację czterdziestu toalet publicznych w centrum miasta. W wyniku negocjacji wspartych argumentami natury wysokokalorycznej udało nam się z cherubiętami pobieżnie obejrzeć wyżęty z wody okręt Wasa.
Tu, już po wyjściu, trzeba nam było wymieniać się notatkami, sprawdzać fakty i tkać gobelin historii z mocno rwanych wątków. W międzyczasie Biskwit próbował bowiem bezcześcić zwłoki złożone w gablotach, a Dynia uparła się, by samodzielnie zdobyć odznakę Wzorowego Zwiedzającego, co wymagało wypełniania formularzy i gwałtownego przemieszczania się pomiędzy sześcioma piętrami.

W Sztokholmie Dynia dobrowolnie napisała książkę o swoich przygodach, dzięki miejscowej walucie wciągnęła się w dodawanie i odejmowanie powyżej dwudziestu oraz  nauczyła się kilku szwedzkich słów i zwrotów (głównie tych, które w ojcowskim narzeczu oznaczają coś zupełnie innego). Przyznaję, przez moment poczułam mistyczne uniesienie, ekstazę home-schoolingu, ale szczęśliwie (dla nas wszystkich) moją uwagę zajęły intensywne badania terenowe odmian kultowych cukierków Polly.

W ostatnim dniu, na sielankę wakacji podniosła rękę reprezentantka linii lotniczych, która jak Rejtan rzuciła się między nas a drzwi samolotu, żądając opłaty za wózek. Zdziwiło nas to szalenie, bo nikt niczego od nas wcześniej nie oczekiwał, a już na pewno nie w koronach. Być może dlatego, że spacerówka Biskwita jest najpaskudniejszym wytworem niemieckiej myśli technologicznej, którego kolor oraz ogólny stan sanitarny przyprawia o mdłości i ludzkość zwykle woli udawać, że nie widzi tego upadku moralnego na czterech, cholernie nieskrętnych kółkach? Reprezentantka była jednakoż pierwszy dzień w pracy i czuła – doskonale rozumiem – imperatyw. No, ale jakże to! – wyraziłam ubolewanie nad cherlawą konsekwencją SASu. – W jedną stronę płacić? W drugą nie płacić? I jeszcze płacić milionkrotność aktualnej rynkowej wartości pojazdu? (Serio, widywalam bezdomnych, którzy przewozili swój dobytek bardziej luksusowymi spacerówkami!). I tak pewnie stałybyśmy na tym lotnisku do teraz, zastanawiając się, co zrobić, ale reprezentantka nagle się wycofała. Norweski twierdzi, że to przez bagienne wyziewy z wózka. Ja natomiast bardziej skłaniam się ku teorii, że zaniepokoiło ją, że znudzony dyskusją Biskwit wlazł do pojemnika do mierzenia bagażu podręcznego i zaczął od niechcenia wyginać rękami stalowe pręty.

Wchodząc do domu Hauptcioteczki Biskwit potknął się o próg i tym razem podbił sobie oko.
Kliczko.
Runda jedenasta.

©kaczka

[348]

[9 Apr 2017]

(…)
Prawie siedmiolatki to taka osobliwa grupa demograficzna, która jeszcze poważa naszpańskie autorytety.
Zatem, gdy tydzień temu naszpani od arizońskiego zapowiedziała piknik i gdy rzekła młodzieży (cytuję, bo podsłuchiwałam pod drzwiami): ‘Jeśli chcecie, możecie przynieść ze sobą coś słodkiego dla wszystkich, na przykład, mufiny?’ to ta młodzież wydestylowała z tego oczywisty przekaz: ‘naszpani k a z a ł a przynieść mufiny’.
W rezultacie tego eksperymentu życie udzieliło nam wszystkim pouczającej lekcji, iż ośmioro cherubiąt nie jest jednak w stanie zjeść stu czterdziestu kul z ciasta w ciągu dwóch godzin.
Nawet popijając wodą z parkowej fontanny.

(...)
Przez ostatni tydzień Biskwit przynosił uporczywie z placówki okołowielkanocne artefakty. A to nadnaturalnej wielkości kurę z papier-mâché, a to wieniec (!) z malowanych wydmuszek, a to jajo na kiju, a to hydroponiczną plantację trawy dla kota, a to baranka na patyku od szaszłyka, a to zająca poddanego, jak Wayne Rooney, amatorskiemu przeszczepowi sierści.
Cała ta konfekcja tak obca zamiłowaniom kolorystycznym Biskwita (w tym sezonie czerń i lila), tak odbiegająca od jego  interpretacji szczegółów anatomicznych (raczej Picasso niż dojczrealizm) wyraźnie wskazuje, że naszpanie z placówki świętego Pulchercjusza z Erfurtu szukają ucieczki w terapii przez sztukę.
Swojej ucieczki.
Nie mam im za złe, nawet jeśli to oznacza, że jestem niedobrowolnym biorcą klonów monstrualnych kur, które schodzą im z prywatnej taśmy. Fala upałów w komplecie z oszczędnym i nieprzewiewnym metrażem przedszkolnych pomieszczeń nadzwyczajnie poluzowała Szwabskim Kluseczkom subordynację na złączach. Ponoć jedynie Biskwit niewzruszenie siedzi w balowej sukni w kącie z narzędziami i konsekwentnie realizuje jakiś tam swój projekt Manhattan.
Ten sam Biskwit zbojkotował program kulturalno-artystyczny na cześć wiosny, którym to chyba naszpanie próbowały zadać sobie jeszcze więcej cierpień moralnych i fizycznych.
Recital pieśni okolicznościowej miał miejsce w sali gimnastycznej, w której zgromadziło się tysiąc rodziców i dwa tysiące stopni Celsjusza (w większości sponsorowanych przez flesze rodzicielskich smartfonów.)
Całość recitalu Biskwit przestał na scenie odwróciwszy się do publiczności i zarzuciwszy sobie spódnicę na głowę.
W ten sposób nie tylko skutecznie ochronił swój wizerunek, ale jednocześnie zadkiem obleczonym w rajstopki zepsuł – na co mściwie liczę – kilkaset powidoków w wirtualnych albumach rodzinnych.

(...)
Tymczasem zmierzamy na Północ z bagażnikiem okołowielkanocnych artefaktów.
Hauptcioteczce wszak też się coś od życia należy, prawdaż?

©kaczka

[347]


(...)
Analiza bytu. Dynia nokautuje Heideggera.

(...)
Wyszło słońce, więc dzieciny znów zaczęły łączyć się w stada.
Podwieczorek u Jacka Londona.
Młodsi – w fazie żartów fekalnych - z upodobaniem symulują emisję toaletowych węglowodorów, starsi – grupa wiekowa prawie siedmiolatków – zamknęła się w pokoju przed ekranem z przeżutą wielokrotnie popkulturą.
Ja, której w tym gronie wiek najdokładniej ustali jedynie datowanie węglem radioaktywnym, niosę starszym  talerz węglowodanów.
Już mam otwierać drzwi, a tu przez szparę w tychże przeciska się następująca narrracja:

- ...pamiętasz, Dynia? Kiedyś, kiedy byliśmy młodzi, naprawdę cię kochałem. – mówi London rozwleczony na szezlongu jak na kozetce psychoanalityka. Wzrok wbity w sufit. Twarz posępna. Gniew i grzywka Jamesa Deana.
(Na ekranie Jerry próbuje upiec Toma w maszynie do wafli.)
Dynia siedzi na podłodze, tyłem do Londona i  wklejona w kreskówkę kompletnie ignoruje strumień monologu .
Jedną ręką się podpiera, drugą kręci sobie loki.
Dekadencja
Podsłuchuję dalej w towarzystwie talerza ciastek z marmoladą.
- Kochałem cię, ale to już przeszłość. – ciągnie London, a sufit przygarnia jego zwierzenia. – Odległa przeszłość. Nic już nie ma między nami. Koniec. The end. Finito!
(Na ekranie Jerry eksperymentuje z dynamitem.)
Dynia nawet na moment nie odrywa wzroku od telewizora.
- A teraz to mam dwie dziewczyny. Rozumiesz? DWIE!
(Tom po eksplozji dynamitu ląduje wbity w skrzynkę pelargonii. Napisy końcowe. The end. Finito.)
Dynia odwraca się ku szezlongowi.
- Te, a popcorn też masz? Bo zaraz będzie następny odcinek.

No co?
Jakie Beverly takie Hills.
Opcjonalnie #MadeinChelsea #nowageneracja


©kaczka

[346]


[31 Mar 2017]

(...)
Zabrałam Biskwita do teatru.
Brzmi prosto, ale tak naprawdę stoi za tym zawiła, mentalna logistyka.
Przede wszystkim, było to przedstawienie od lat pięciu, a więc dla trzylatka  potencjalny  odpowiednik ‘Resident Evil’ ze ścieżką dźwiękową z ‘Obcy ósmy pasażer Nostromo’.
Poza tym Biskwit zdemolował Norweskiemu poprzednią premierę domagając się nieustannego dostępu do napojów. I to Norweski jeszcze byłby może jakoś zniósł. Jednak, gdy nieunikniona żądza klozetu objawiła się w kulminacyjnym momencie spektaklu, w dramatycznej chwili, gdy wilk sprawdzał wytrzymałość murowanego domku wynajmowanego przez świnki, i gdy Biskwit zasiedział się w tym klozecie tak długo, że ominęły Norweskiego i owacje na stojąco, i napisy końcowe, i ciasteczka i sok, to poprzysiągł Norweski, że z Biskwitem więcej do teatru nie pójdzie.
Ale jak tu nie zabrać Biskwita skoro wszyscy idą. I Dynia, I Łukaszek, i siostra Łukaszka, i Ryfka, i brat Ryfki.
A tu jeszcze premiera w niedzielę, o świcie, czyli gdzieś koło jedenastej, dzień wcześniej zwanej dziesiątą.
Doprawdy (!)
To znaczy dla matki Ryfki jedenasta to już popołudnie, bo jej dzieci od urodzenia  ustawione są na czas we Władywostoku, czy Tel Avivie i  codziennie wstają o czwartej rano.
(Czasem, między jednym ziewnięciem, a drugim, matce Ryfki wyrywa się z piersi tęsknota za służbą wojskową, gdyż tam podobno sypiała dłużej i z nikim nie musiała dzielić łóżka.)
Stoimy tedy pod teatrem, ja i Norweski, profesjonalni, niedzielni katatonicy, niezdolni nawet, by zagrać w papier-kamień-nożyce i tą metodą, zdecydować, które z nas rzuci Melpomenę na pożarcie dzieciom, a tu nadbiega matka Ryfki z potomstwem i mówi, że bez kawy zaraz zemdleje.
- W promieniu dziesięciu kilometrów nie sprzedają tu w niedzielę kawy – mamrocze pod nosem Norweski. – Wiem – powiada i patrzy na mnie wzrokiem pełnym wyrzutu. – Wiem, bo szukałem wtedy, gdy wysłałaś nas tu na kurs rzeźbienia w bio-pietruszce, na warsztaty sypania mandali z bezglutenowych zbóż i na lekcje wypiekania dietetycznych sufletów.
- Sprzedają! – upiera się matka Ryfki. – Wiem, bo znalazłam kawiarnię, gdy Ryfka miała tu lekcje grania kolęd na puzonie, a brat Ryfki – wstęp do akrobatyki cyrkowej połączony z warsztatami robienia potpourri. Chodź, kaczka, zaraz ci pokażę!
Gdyby Norweski był bardziej przytomny to może zauważyłby, że zostaje sam na sam z gromadą cherubiątek, które to cherubiątka wpatrują się weń z upodobaniem jak sępy w wątrobę Prometeusza.
Acz nim zdążył zaprotestować byłyśmy już prawdopodobnie kilka ulic dalej. Jak na kogoś, kto nie jest szczególnie wysoki, matka Ryfki przemieszcza się bardzo szybko. Tłumaczy to albo zew kofeiny albo trening odebrany na wzgórzach Golan.
I oto jest.
Siedemnaście załułków dalej, siedem przecznic i osiemnaście zakrętów później.
Kawiarnia.
Wewnątrz siedzą ludzie.
Trzymają w rękach filiżanki.
Dopadamy drzwi.
Szarpiemy klamkę.
Zamknięte!
Na drzwiach kartka: Zamknięte!
Ale przecież siedzą w środku! Piją! To nie może być fatamorgana!
I wtedy z bocznych drzwi wychodzi mężczyzna, podchodzi do nas i pyta, czy my też na kurs ‘Jak uczynić swoje życie lepszym?’
Te długie kilkanaście sekund  zawieszenia zanim udzieliłyśmy odpowiedzi odmownej wskazuje chyba, że pokusa jednak była.
Nawet dość silna.
Ostatecznie kawę kupiłyśmy na stacji benzynowej.
Wszystkie dzieciny odpękały premierę.
Biskwit zachował się nieomal bez zarzutu.
Może to przez porównanie, bo Łukaszkowie przyprowadzili ze sobą nowego, importowanego z Londynu opiekuna do dzieci, który potwierdza ich własną teorię, że w dziedzinie opiekunów do dzieci Łukaszkowie przyciągają wyłącznie jednostki, które potrafią zgubić się w domu w drodze z kanapy do toalety albo którym trzeba do obiadu przeżuć kotlecik i pokroić frytki na plasterki.
Finał przedstawienia, owacje, napisy końcowe i sok z ciasteczkami spędziłyśmy z Biskwitem w kolejce pod toaleta.
Trochę dlatego, bo Biskwit wypił litr wody, ale głównie, bo to akurat w tej toalecie zaciął się opiekun Łukaszka i chwilę potrwało zanim go wydobyto.
A potem wszyscy poszliśmy oglądać jak Ryfka i jej szkoła wita wiosnę.
Niezbędnymi akcesoriami do witania wiosny były precle oraz wydmuszki obsadzone na kijach.
Ponieważ kije były ustandaryzowane i miały średnicę około dwóch centymetrów, pełna podziwu zapytałam matkę Ryfki,  jak, do diaska, udało jej się nadziać na ten kij wydmuszkę? Ostatecznie, nomen omen, nie w kij dmuchał, żeby w skorupie kurzego jaja wyciąć dwucentymetrową dziurę!
Matka Ryfki obiecała, że kiedyś mi opowie. Kiedyś, gdy zasklepią się jej psychiczne rany.
I że, gdybym chciała, to ona ma w lodówce piętnaście omletów.
I że gdyby procesja była w nocy to doceniłabym, wszyscy byśmy docenili, efekty specjalne polegające na przypadkowym zmieszaniu cementu z fluorescencyjnym klejem do polichlorku winylu.

(...)
Placówka imienia błogosławionego Fluorescencjusza z Luminatu zażądała w tym roku pół tuzina wydmuszek na dziecko.
Pół tuzina!
Mając na uwadzę ubiegłoroczną odmę płucną nabytą po sprokurowaniu trzech sztuk, udałam się do sklepu dla artystów i nieudaczników, gdzie kupiłam sześć sztuk jajecznych wydmuszek prosto od kury.
Holendrzy zwęszyli dobry interes. Wiercą otwór w dnie i przy zastosowaniu zaawansowanych technologii wysysają białka i żółtka, a potem sprzedają skorupki.
Biskwit poniósł te wydmuszki do placówki, cud, że doniósł wszystkie sześć w całości i wrócił  do domu z uwagą w dzienniczku, że - uwaga! - prawidłowo wykonana wydmuszka  posiada dwa otwory: wlot i wylot.
Wlot i wylot!
A ja tu z jajem jednokierunkowym!
Moja droga do doskonałości  zdaje się być wybrukowana wieloma skorupkami, które czymś  za młodu nie nasiąknęły.

(...)
Trwa wiosna.
Już przekwitają magnolie.
Dla osobnika krótkowzrocznego trawnik u Sycylijczyków wygląda jakby wybuchnął nad nim pojemnik od przepełnionego dziurkacza do papieru, dopiero w zbliżeniu widać, że to plaga stokrotek.
Nawet naszpanie z Fluorescencjusza poczuły skwierczenie witaminy D i zaordynowały grupową wycieczkę Szwabskich Kluseczek do lasu z użyciem środków transportu publicznego.
Widziałam, gdy wracali.
Dwadzieścioro czerwonych homarów ugotowanych żywcem w płaszczykach, kurteczkach, szalikach i czapeczkach.
Rano bywa chłodno, ale w południe dociąga do dwudziestu dwóch stopni, znaczy skoro rodzice dali dziecinom futra i , widać żal nie założyć.
Zdziwiłam się, że nikt nie wymagał mej towarzyszącej obecności podczas tej leśnej przygody. Dotychczas w takich wypadkach, zawsze powoływano z rezerwy matki najmłodszych uczestników.
- Ach, nie ma potrzeby! – powiedziały naszpanie. – Biskwit jest taki spokojniutki, zawsze tak grzecznie dłubie sobie coś tam w kąciku z narzędziami. Czasem to prawie zapominamy, że jest obecny.
No więc, jeśli to miało mnie uspokoić... to jednak nie.
Oraz jestem pewna, że to samo słyszała matka Oppenheimera, gdy odbierała go z placówki.
 

©kaczka

[345]

[23 Mar 2017]

(...)
Zachodzi podejrzenie, że Ryszard z Naprzeciwka jest objęty programem ochrony świadków. Po pierwsze, w celu kamuflażu Ryszard kilka razy dziennie zmienia kolor slipów. Po drugie, w bocznej furtce, którą wykonano z tej samej materii co i ekrany, Ryszard zastosował technikę, która pozwala mu uniknąć rozpoznania. Wygląda to tak, że cały ogródek Ryszarda opleciony jest aktualnie taśmą z palonych opon i lewitujących głazów, a furtka pozostała przezroczysta. Z wyjątkiem jednego, jedynego fragmentu na poziomie metr sześćdziesiąt (plus minus dziesięć centymetrów), który Ryszard zasłonił taśmą będąc zapewne przekonanym, że listonosza, jako i płatnych morderców, rozpozna po butach.  Płatni mordercy nie będą mieć łatwego zadania, bo jak zidentyfikować Ryszarda, gdy ten występuje z paskiem zasłaniającym mu oczy, a do tego przejawia wyjątkową niekonsekwencję względem koloru gaci?
Tymczasem nadal suszymy Roqueforta.
Nie pytacie, ale i tak wam opowiem.
Pierwsza ekipa postawiła suszarkę przed ścianą, włączyła ją i poszła.
Kolejna ekipa, która pojawiła się po dwóch tygodniach, naukowo potwierdziła, że ściana nie wyschła, a u Sycylijczyków to nawet jeszcze nie zaczęła schnąć, bo wstawiono im zepsutą suszarkę.
Następna ekipa pojawiła się po tygodniu, naukowo potwierdziła, że ściana nie wyschła, bo rzecz jasna, dmuchanie z z jednej strony i z odległości w Roqueforta  mogło mu najwyżej podkręcić loki w grzybni na 'mokrą włoszkę', ale raczej na pewno nie przymusić do opuszczenia lokalu.
(O czym, zresztą mówiłam od początku, ale jako świadka mam najwyraźniej jedynie Roqueforta i Hauptcioteczkę.
Roquefort odmówił zeznań. Z Hauptcioteczką stosunki nam się dość znacząco ochłodziły, gdy nie skorzystałam z porady, aby przestać narzekać i tego grzyba sobie p o  p r o s t u wywietrzyć. )
Ta następna ekipa wpuściła suszarki w ścianę, kafelkom za tysiąc dojczmarek przyłożyła jakąś płytę grzejną podpartą moim kijem od szczotki i całość obudowała foliowym namiotem przyklejonym do ściany taśmą klejącą. Wychodząc trzasnęli drzwiami i konstrukcja natychmiast się zawaliła.
Od tej pory wzywaliśmy ich jeszcze trzy razy.
Każda następna ekipa wnosiła do tego projektu Biosfery 3 jakiś element racjonalizatorski. A to więcej kijów od szczotki, a to więcej taśmy klejącej, a to dwa gwoździe wbite w bazaltową ścianę. W końcu wczoraj Norweski przyniósł z pracy standardowy zszywacz biurowy i jemu jedynemu udało się jak na razie trwale zszyć namiot ze ścianą. (A Biskwitowi rozsypać opakowanie tysiąca zszywek.)
Niedawno odwiedziliśmy znajomych.
Znajomi są bezdzietni, mają dom pełen doniczek na chybotliwych stojakach, kolekcjonują porcelanę, a na białych kanapach od razu widac czekoladowe odciski palców.
Dyni i Biskwitowi bardzo się podobało.
Dom ma dwa lata i postawiono go w dzielnicy, gdzie wszystkie domy z urzędu mają być białe i udawać lokalne Santorini.
Ryszard długo by tam nie pomieszkał, bo nawet wymiary tarasowych desek są ściśle, co do centymetra, regulowane, buda dla psa wymaga uzyskania pisemnego pozwolenia, a właścicieli domów regularnie nachodzą komisje i kontrole.
- Nic to – myślę, jedną ręką ratując chińską porcelanę, drugą, uzbrojoną w szmatkę, obsesyjnie przecierając własne dzieci. – Urząd-srurząd! Kredyt-sredyt! To po porstu cena wolności od grzyba i Wynajmcowej!
Była to myśl zbyt pospieszna, bo najpierw okazało się, że ten szum, który dochodził z piętra domu to nie Morze Egejskie, ale pięć osuszaczy powietrza porozstawianych po piętrach. Architekt nie uwzględnił w projekcie domu za pierdylion ojro ani izolacji, ani wentylacji. Kanalizacja działa, ale  już ta u sąsiadów za ścianą jest dość narowista i co jakiś czas emituje przyciężki wyziew z dna kloaki.
Ale to jeszcze nic.
Pewnej wrześniowej soboty znajomi zasiedli do późnego śniadania z widokiem na swój ogródek. Koktajl z jarmużu i imbiru, bio-rzodkiewki, chrupiące bułki, eko-margaryna, poranna gazeta, świeżo parzona kawa w pięknej porcelanie. Sielanka. Nagle do ich ogródka wskakuje przez niski żywopłot dwóch mężczyzn, jeden z łopatą, drugi z drzewem pod pachą. Ten z łopatą odmierza pięć kroków od furtki, dwa kroki na lewo, przesuwa ogrodowy stolik i zaczyna kopać dół.
Znajomi w szlafrokach wypadają na zewnątrz domagając się wyjaśnień.
Okazało się, że w pierwotnych planach architekt w każdym ogródku namalował drzewo. Pięć kroków od furtki, dwa kroki na lewo.
Po dwóch latach skrupulatny urzędnik z Działu Planowania Przestrzennego dzielnicy Das Santorini zauważył brak drzewostanu i nakazał deweloperowi nasadzać po dobroci. Motywując do działania obietnicą kar finansowych za opieszałość.
Stąd też i obecność w ogródku dwóch panów z łopatą i drzewem.
- Biorą państwo jabłonkę?
- A co jest do wyboru?
- Właściwie to już tylko jabłonki.

Nie wiem, co najbardziej przygięło mnie do ziemi? Insynuacje Wynajemcowej, że sama zasadziłam grzyba, żeby doprowadzić ją do ruiny? Jej żądanie, aby wszystkie okna w domu były przez okrągły rok non-stop  otwarte? Hauptcioteczka z hipotezą, że Roquefort ciągnie ku światłom wielkiego miasta i jak mu poświecę to sam wyjdzie? Niczym nie otulony dom za pierdylion ojro? Folia, która czterokrotnie zaatakowała mnie rzucając się na mnie ze ściany? Bezskuteczne próby przemawiania do rozsądku kolejnym przedstawicielem firmy ‘Giń grzyb!’? Wizja, że można przekąszać bio-rzodkiewką i zapijać jarmużem, a i tak obcy wlezie i posadzi ci w ogródku baobab? Nieustanny szum silników boeinga, który towarzyszy nam od miesiąca? Fakt, że tydzień po generalnym remoncie dachu w placówce świętego Adelozjusza z Bambergu  w Szwabskich Kluseczkach już stoją trzy wiadra zbierające deszczówkę? A może to, że w przedszkolu za rogiem wiosenna mżawka zalała właśnie dwie sale lekcyjne (‘Giń grzyb!’, wiem od sąsiadki, zdeponował tam wczoraj kolejne cztery silniki od boeinga. Zaczynam coraz chętniej wierzyć, że grzyb to spisek producentów energii elekrtrycznej i ‘Giń grzyba!’.) Poziomu serotoniny nie podniosły też dwie tabliczki belgijskiej czekolady zjedzone na raz, butelka martini (uprzedzając insynuacje: rozłożona w czasie), sznycel z frytkami , ani ser pleśniowy, który dźgany widelcem w tym wypadku posłużył również jako wielofunkcyjna laleczka voodoo.
Dorzućmy do tego głód na świecie, wojny, terroryzm, grzyby (!) atomowe, moralny rozkład ludzkości, płot Ryszarda i mojżeszowy koszyczek pełen moich ślicznych dzieci płynący tym oceanem niegodziwości i już mamy prawie pełen obraz udręki.
Czując, że golf życia ciśnie mnie w szyję, poszłam po prozac do Rodzinnej.
- No, nieeeeeeee... - powiedziała Rodzinna. - Kasa chorych mi nie zwróci za prozac. Po prozac trzeba do specjalisty! Ale mam tu korzystne, refundowane alternatywy!
Lista korzystnych alternatyw refundowanych przez kasę chorych obejmuje oczyszczanie aury, przeczyszczanie czakr, akupunkturę, terapię buddyjskimi gongami i usg serca (to ostatnie za dopłatą stu czterdziestu pięciu ojro).
To ja już chyba lepiej pójdę poprzytulać się do drzew w parku.

(...)
Właśnie zmierzałyśmy, by odebrać Dynię z zajęć pozalekcyjnych, gdy Biskwit przypomniał sobie, że natychmiast musi skorzystać z toalety.
Najbliższa była na piątym piętrze domu towarowego.
Wbiłyśmy się do windy, rzutem na taśmę wskoczyła do niej jeszcze para z niemowlęciem przytwierdzonym taśmami do ojcowskiej piersi.
Biskwit postanowił oszołomić nas swoją elokwencją i beznamiętnym głosem zapodał erratę do podręcznika nefrologii klinicznej. Szło to mniej więcej tak: Psy sikają. Koty sikają. Wiewiórki sikają. Gąsiennice sikają. Jednorożce sikają. Tęcze sikają. Biskwity sikają. Mama sika. Papa sika. Dynia sika. Naszpani sika. Gołąb sika. Marchewka sika. Duchy sikają. Świat sika. Gwiazdy sikają... – wyliczał Biskwit na głos, aż w okolicach trzeciego piętra matka niemowlęcia się złamała i powiedziała, że czuje, że musi do toalety.
Ojciec z potomkiem wysiedli na czwartym i zostałyśmy we trzy w windzie pędzącej ku piątemu.
... windy sikają. Ryby sikają. Jogurt sika. Wszystko sika. – Biskwit postanowił sobie nie przerywać.
- To mój pierwszy raz, gdy jestem sama od chwili urodzenia syna!  Pierwszy raz od czterech miesięcy. – wypaliła matka najwyraźniej znokautowana tym niespodziewanym zefirem wolności. – Co ja mam robić?!
SIKAĆ! –  Biskwit uprzedził mnie nim zdążyłam przedstawić własne alternatywy.
(Ja stawiałam na ‘uciekać’ ze wskazaniem, że w toalecie na piątym nie ma okienek, żeby przez nie się przecisnąć, więc najlepiej to przez dach, ale po tych kilku minutach w windzie może sama wyciągnęła odpowiednie wnioski?)

©kaczka

[344]

[17 Mar 2017]

(...)
Wiosna.
Wiosnę rozpoznajemy po tym, że właściciele posiadłości ziemskich wstają we wtorek i wpadają w amok liftingowania swoich posesji.
I jeśli rok temu myślałam, że nie da się usypać nic ohydniejszego niż mur z kamieni, który oddziela Chińczyków od Sycylijczyków, tak właśnie wyprowadził mnie z błędu nasz Rodak - Ryszard z Naprzeciwka.
Tenże wstał we wtorek o świcie, wyszedł na trawnik przed domem, zassał płucem resztkę nikotyny, wdeptał w ziemię niedopałek, splunął i odpalił sznurkiem piłę mechaniczną.
Piła była do baobabów, więc przeciągnęła Ryszarda od jednego końca trawnika po drugi. Całe dziesięć metrów wzdłuż i dwa wszerz.
Ryszard ściął zatem szpaler cyprysów odgradzający go od Sycyliczyków, a przy okazji odciął jedną nogę od trampoliny i przepołowił plastikowe ogrodowe krzesełko.
Córka Ryszarda - WijoLetta i małżonka Grażyna nie były zachwycone.
Kiedy piła skończyła ciskać Ryśkiem, bo zabrakło w niej gazoliny, Grażyna rzuciła się opatrywać fizyczne rany meblom ogrodowym i zadawać psychiczne małżonkowi (z opinii Grażyny wynikało, że Ryszard jest zręczny jak złamany SZUJ), a Sycylijczycy pospiesznie wybiegli z domu ratować psa i wciągać do domu własne krzesełka.
Na miejscu cyprysów Ryszard-nasz-Rodak posadził ekrany dźwiękochłonne z rodzaju takich, jakie można spotkać przy autostradach. Nikt już teraz Ryszardowi  nie będzie w karkówkę z gryla zaglądać Nikt już nie będzie ślinić się na okolicznych balkonach. Nikt już z zazdrości nie rzuci uroku, gdy Ryszard odkapsluje sobie o parapet dębowemocne. A gdyby nie przypadkiem ucięta noga trampoliny byłaby też szansa, że WijoLetta już nigdy więcej nie wystrzeli do ogródka Sycylijczyków, by tam, jak meteoryt tunguski (otyłość u dzieci jest niestety smutnym faktem) swoim upadkiem doprowadzić do wyginięcia monokultury drzewek oliwnych. (Teraz trajektorię lotu Wijoletty ograniczą ściany ogródka i to będzie prawdopodobnie taki ludzki pin-ball. WijoLetta ma do tego idealnie sferyczną sylwetkę.)
Jeszcze przez moment miałam nadzieję, że szkielet ekranu będzie podporą pod pomidory albo, że Grażyna obsadzi go pachnącym groszkiem albo winoroślą i że będą w tym gaju wspólnie razem z Ryśkiem siadać, sączyć dębowemocne i słuchać Grechuty.
Niestety.
Rysiek skoczył do niemieckiej wersji Lerua-Merlena i przytaszczył stamtąd tysiąc kilometrów taśmy w kolorze opon. Tę taśmę, skrupulatnie, jakby wyplatał wielkanocny koszyczek, przewlókł przez szkielet ekranów, a że do tego ma Ryszard jeszcze naturę estety, to tak dwa metry nad ziemią dorzucił po pasku taśmy z nadrukiem głazów narzutowych. O zmroku daje to efekt unoszących się w powietrzu kamieni.
Yoda płakał, gdy zobaczył.
I teraz, gdy wychodzę na balkon to z jednej strony  mam chiński mur, który przez porównanie z arcydziełem Ryśka jest nagle piękny i subtelny i głosowałabym nań w plebiscycie: jaką zjawiskową ziemską budowlę powinno pokazać się cywilizacji pozamieskiej w trakcie bliskiego spotkania trzeciego stopnia? (Acz możliwe, że ten mur, tak jak prototyp już widać z kosmosu.)
Naprzeciwko zaś widzę lewitujące głazy i jak się okazuje, nadal mi nie umknie, co tam wynosi z domu na gryla Grażyna albo w jakie slipki opiął Ryszard swój testosteron, aby ścinać trawnik. Albowiem Ryszard przyoszczędził, tak na oko, dziesięć centymetrów na wysokości ekranów i uzyskał przez to niepełny efekt intymności.
Stało się to pewnie dlatego, że Grażyna uparła się przyozdobić ekrany błyszczącymi, srebrnymi kulami wielkości melonów, więc Rysiek nadwyżki gotówki zainwestował w te kule, ale i tak starczyło mu jedynie na cztery.
Obsadził  Rysiek te kule po tej stronie, gdzie jego podwórko graniczy z podwórkiem kompletnego abnegata ogrodniczego, którego choć potępiam, to, z którym wewnętrznie się utożsamiam. Mam bowiem taki sam dar, że oddany mi pod opiekę chlorofil zamieniam w brązofil.
Czemu akurat tam  Rysiek nadział te kule na słupy?  Chciał coś udowodnić abnegatowi, którego własny płotek z siatki smutno chyli się ku brunatnej glebie?
- Kula ci w oko, Ryszard za ten gwałt na cyprysach! – myślę trzaskając drzwiami balkonu.
Chociaż ze wszystkich nowych dekoracji Ryśka, te mają niewpliwą zaletę.
Słońce się w nich odbija i oślepia człowieka i już  przed oczami latają tylko mroczki, a nie ten brązowy ogródek, ten upleciony przez Ryśka płot, czy te motyle 3D z rajstopy, motyle w rozmiarze archeopteryksa, które Grażyna pierdyknęła sobie na klej po całej elewacji.
No i nigdy nie wiadomo, a może te kule będą zwabiać pioruny?

(...)
Biskwit przywlókł z placówki uaktualniony bronchit, wersja 2.1.
W tej ulepszonej wersji glut wycieka z nosiciela bez przerwy, więc aby oszczędzić Szwabskim Kluseczkom poślizgów na glucie, podjęłam niepopularną decyzję o jednodniowej, domowej kwarantannie Biskwita.
Nie kłamię, ten dzień trwał rok. Normalny, długi rok. Nawet nie przestępny.
Nocą, korzystając ze przywilejów pacjenta i mojej umysłowej agonii Biskwit wstał o drugiej i przyszedł do naszego łóżka.
Pół godziny upłynęło zanim ułożył się według zasad własnego feng shui i zanim przestał kasłać mi prosto w twarz z odległości dwóch centymetrów.
Ledwieśmie ponownie usnęli, a tu kwadrans po trzeciej u wezgłowia pojawiła się Dynia łkając, że straszliwie boli ją ucho, ale jeszcze bardziej rozdziera ją myśl, że przez to ucho opuści występy objazdowej trupy artystycznej, które tego dnia miały mieć miejsce w szkole.
Reanimacja ucha zajęła trzy kwadranse, po czym Dynia korzystając z przywilejów pacjenta postanowiła nie wracać do swojego łóżka i uszczęśliwić nas swoim towarzystwem.
Biskwit przez sen wywąchał tę truflę równości i sprawiedliwości społecznej, obudził się i zaczął protestować.
Zrobił się z tego (pół)żywy torcik Linzera.
Pod spodem my, miękka marmolada, poobijane jagódki o odbitych nerkach i perforowanych płucach. Na wierzchu kratka poplątanych cherubięcych nożyn i ramion. W przepisie stoi że z kruchego ciasta, ale w rzeczywistości –  mój Boże! – ze stopu żelaza z granitem.
(Razem to ponad dwa metry i pięćdziesiąt kilogramów przyszłości narodu!)
Chyba i ja w końcu usnęłam, choć bardziej prawdopodobne, że któryś z ciosów pozbawił mnie przytomności.
Gdy ją odzyskałam, przy nieznacznej pomocy Biskwita, który siłowo otwierał me powieki, okazało się, że zwisam z jednej strony łóżka bardziej siłą woli niźli mięśni, co w jakiś pokrętny sposób tłumaczy dlaczego leniwce masowo nie spadają z drzew.
A trupa artystyczna – Pinokio im w plecy –  odwołała występy.
Z powodu choroby.

(...)
Tak mógł wyglądać Newton, gdyby matka odebrała go z placówki zaraz po tym jak oberwał w czerep jabłkiem.
Biskwit na mój widok w drzwiach, rzucił wszystko i z błędnym wzrokiem i wypiekami na licu przebiegł przez całą salę Szwabskich Kluseczek, żeby mi oznajmić, że...
- MAMO! PSY NIE LATAJĄ!
Bałam się zapytać, czy ta wiedza została poprzedzona jakimś eksperymentem.

©kaczka