Image Slider

[340]

[20 Feb 2017]

(...)
Są ludzie skazani na sukces i jest kaczka.
Są ludzie, którzy jakoś tak, od niechcenia przynależą do wyższych sfer – glamour, błysk, hajlajf, a gdy potykają się na ulicy to wyłącznie dlatego, że poślizgnęli się na brylancie. Takim ludziom to nawet, gdy na ścianie rośnie grzyb to ten grzyb okazuje się być zaginionym ogniwem ewolucji, praprzodkiem wszystkich trufli. Noma skupuje go od nich za zylion od strzępki, napycha do pozłacanych ravioli i napełniwszy je helem pozwala im dryfować w powietrzu w kierunku ustawionych na stołach  talerzy z bulionem upędzonym na chrobotku.
Są tacy ludzie i jest kaczka.
I to nie spekulacje, ani sezonowy deficyt endorfin, ani konkluzja znaleziona na dnie butelki koniaku, ani też załamanie nerwowe.
To po prostu przeznaczenie.
Kiedy w listopadzie odwiedziliśmy Kościół Wyznawców Montessori, tym, co natychmiast mnie do nich przekonało, była jakość świątyni.
Mój Boże! Co to za świątynia! Rocznik 2016. Chrom, stal, szybkobieżna winda na dziesiąte, widok na cały świat, okna jak w oceanarium, podgrzewana podłoga, bidety w dziecięcych łazienkach, szemrzące strumyki, delfinoterapia, ogród zen, natura, ikea, hygge i ani jednej kartki z cyklu: 'Dziś w menu jelitówka, a na drugie wszy.'
Jaka rozkosz dla oczu po krwistoczerwonych, jak oczy zirytowanego amstaffa, szkolnych lamperiach. Jaka ulga dla zmysłów po codziennym obcowaniu z serią przedszkolnych naściennych, neorealistycznych fresków o tematyce 'Sekretne życie krasnali'.
- Patrz, Norweski - powiedziałam pokrzepiona wystrojem wnętrz świątyni. - Choć jedno z naszych licznych dzieci miałoby szansę odebrać edukację w cywilizowanych warunkach!!!
Nie zwlekając złożyliśmy dokumenty.
Mimo, że jedynie pięć miejsc i te dwa tysiące chętnych.
O dziwo, zaproszono nas na rozmowę kwalifikacyjną.
To znaczy, po pierwsze, wcale nie tak o dziwo! Szanujmy się! W końcu Biskwit sam sobie namalował zdjęcie w formularzu. I na miejscu rekrutujących ze zwykłej ciekawości chciałabym osobiście poznać dziecko o sześciu nogach i wystających z uszu czterech rękach, z których każda trzyma w dłoni po pierogu nadnaturalnych rozmiarów.
Po drugie, nie o dziwo, gdyż zachwycona dekoracjami przegapiłam fakt rejonizacji i istnienia dwóch bliźniaczych placówek. I gdy piszę b l i ź n i a c z y c h to niestety nie mam na myśli bliźniąt jednojajowych, a raczej takie bliźnięta, że jedno urodziło się w 2016 i ma szybkobieżną windę zapowiadającą piętra w siedemnastu językach, a drugie już przed pierwszą wojną światową było jakąś jaśniepańską, mikroskopijną stajenką, czy inną obórką i tylko cud sprawił, że zostało skanalizowane.
Jak nietrudno zgadnąć, Biskwita wciągnięto na listę chętnych do obórki.
Nieszczególnie pamiętam, o co pytano nas podczas rozmowy kwalifikacyjnej, bo siedziałam na brzegu krzesła w zimnej piwnicy, w obórce wstawionej między węzeł kolejowy (intercity z częstotliwością co dziesięć minut ziuuuuuuuuuuuu...) z widokiem na squat hippisów, w którym akurat budziło się życie (wiadomo, dochodziła osiemnasta), sączyłam ziołową herbatę i wewnętrznie darłam szaty opłakując utracony bezpowrotnie glamour, hygge i windę w siedemnastu językach.
(Ale nic po sobie nie dałam poznać, nawet gdy jedna z rekrutujących pokazała mi, że część toalety wydzielono na kącik do zabawy, bo gdzie indziej już się nie zmieścił, choć w sali wciśnięto nawet antresolę, a część dzieci z uwagi na braki lokalowe podwiesza się pod sufitem.)
Jedyne co utkwiło mi w pamięci to naleganie na opowieść o narodzinach Biskwita, a to temat, który mogę eksploatować zawsze i mniej więcej w tylu samo językach co i winda, więc jeśli komisja myślała, że jestem głuchoniema to jednak nie.
Norweski twierdzi - taka konstruktywna krytyka po fakcie - że w każdym z tych języków powinnam zadbać, by ograniczyć krwiste detale.
Trudno.
Najwyżej nas nie przyjmą, ale nawet jeśli  to raczej nie przez realizm moich opisów, a tradycyjnie, przez pierwsze wrażenie.
Oto stoimy u wejścia do obórki, dwie minuty przed wyznaczoną godziną spotkania, ja w szoku pourazowym po czołowym zderzeniu z rzeczywistością, cherubięta pchają łapy ku kołatce, drzwi powoli się otwierają, wypływa z nich jakaś dygająca konkurentka do  miejsca w obórce, jej nienaganne maniery, jej rodzice w krawatach i garniturach oraz nobliwa komisja kwalifikacyjna w merynosach i alpakach, a tu Biskwit na cały głos, w ojcowskim narzeczu:
- SZAAAAAAJSE! WEŹ SIĘ PRZESTAŃ PCHAĆ DYNIA! TO MOJE PRZEDSZKOLE!
Właściwie jaka obórka, taka kindersztuba.
W ogrodzie zen między delfinami zabrzmiałoby to gorzej.

©kaczka

[339]

[12 Feb 2017]

(...)
Miałam gorączkę.
I to było dobre, oprócz tego, że złe.
W placówce imienia błogosławionego Pretensjusza z Klagenfurtu nad Menem, w grupie Szwabskich Kluseczek odbyło się rodzinne spotkanie integracyjne.
Rodzina wystawiła mnie do wiatru.
Norweski – ofiara nieżytu - miał urzędowe zwolnienie lekarskie, a Dynia powiedziała, że status społeczny, który osiągnęła nie pozwala jej pokazywać się w towarzystwie przedszkolaków. Poza tym, klasa ninja miała tego popołudnia zgłębiać arkana anihilowania przeciwnika siłą umysłu, więc z czym do ludzi!
Tośmy poszli się integrować. 
Ja i Biskwit.
Biskwit pokazał mi w jakiej książce chowa sobie codziennie po fajrancie młotek, pozwolił zajrzeć w portfolio (seria psychologicznie niepokojących, żałobnie antracytowych kucyków, acz opisy prac typu  'Zimowe igraszki', 'Kosz z owocami – martwa natura', wskazują, że naszpani woli wierzyć, że Biskwit maluje na zadany temat) i zademonstrował, jak zrobić z siebie chmurę przy użyciu dozownika na podczerwień i mydła w pianie.
Gorączka niepostrzeżenie ugotowała mi neurony jak homary we wrzątku, zatem nawet nie byłam w stanie głośno zaprotestować, gdy ześlizgnęłam się znów w to samo, doskonale mi znane miejsce, na dno leja edukacyjnej czasoprzestrzeni. (Na ścianach rozpoznałam dużo naskrobanych wulgaryzmów i podpisów: Tu byłam – kaczka.)
Na Myszkina! Putina! Gagarina! Co ja tu robię? Siedzę na miniaturowym krzesełku, mam kolana pod brodą i kolebię się pod akordeon unplugged, z którego naszpani wyciska torturą podkład pod pieśń 'Heute ist Walpurgisnacht'...
Znowu.
Już tu byłam. 

Z Dynią.
Już siedziałam na tym krzesełku.
Już śpiewałam te same piosenki.
Już igrałam w towarzyskiego salonowca.
Wiem, co zdarzy się za chwilę!
Ratunku!

Siedząca naprzeciwko Frau Özil, samotna matka siedmiorga dzieci, z których każde podczas obcowania z systemem zaliczy minimum cztery wieczory integracyjne z akordeonem i bałałajką, (lekką ręką dwadzieścia osiem spotkań, miesiąc życia kraszonego fałszowaną, nostalgiczną dumką), wyglądała jak wyjęta z wody ryba, składająca korale ust w bezgłośne: HELP (a konkretnie, jego turecki odpowiednik).
Resztką świadomości zdawałam sobie sprawę, że jesteśmy zakładnikami naszpań. Że nie poczęstowały ciasteczkiem. Że przeprowadzają na nas psychologiczne eksperymenty z użyciem akordeonu. Że powinnam wstać, wyrwać naszpani ten akordeon, nasadzić jej na czerep i poprowadzić nas wszystkich ku wolności.
Ale powiadam, straszliwie trudno jest godnie poderwać się do rewolucji z krzesełka, na którym mieści się jeden pośladek!



(...)
Biskwit tymczasem włączył: ‘Heute ist Walpurgisnacht...’ do stałego repertuaru i gdy tak krąży wieczorami, metr człowieka w nasennym kombinezonie z różowego pluszu (na piersi:  I love you, Peppa Pig!) i  śpiewa, że 'Heute ist Walpurgisnacht...' to trudno powiedzieć, czy to groźba końca, czy zapowiedź nowej cywilizacji.
Koniec cywilizacji zapowiadają również inne znaki.
W chińskim sklepie próbowano mi sprzedać coś, co miało średnicę frisbee spersonalizowanego pod Godzillę, a pani sprzedająca, przenosząc TO z miejsca na miejsce wózkiem widłowym mówiła, że to zapakowany próżniowo plaster cukinii skrzyżowanej z melonem (tyle wywnioskowałam z mowy ciała, bo wystarczy, że nie znam niemieckiego, a cóż dopiero, gdy ten podlany jest sosem do kaczki po pekińsku).
Nie kupiłam. Do domu może bym doturlała, ale gdzie trzymać skoro metraż już i tak okrutnie obcięty przez Roqueforta?
Kupiłam puszkę kwiatów lotosu.
(Zaprawdę, tego mi potrzeba! Tysięcy kwiatów lotosu, choćby i w konserwie.)
Chociaż nie były na jeziorze, ale jedynie w zalewie.

©kaczka

[338]

[6 Feb 2017]

(...)
Mówiono, że nie sposób rozwiązać problemu wszy głowowych. Gadzina ponoć uodporniła się na płonącą naftę, na posypkę z DDT, na rozłupywane o czerep izotopy uranu, na  glutaminian, na czosnek i na srebrne pociski.
Dzisiejszy dzień odmienia bieg historii ludzkości i zapisuje się polerowaną zgłoską w historii czynienia sobie ziemi i jej biomasy poddaną.
Oto dziś Dyrekcja placówki imienia Ofiar Holocaustu pokonała pandemię wszawicy!
W dwa dni!
TOT i KAPUT!
W dwa dni dokonała tego, czemu latami nie potrafiły sprostać najbardziej zaawansowane laboratoria chemiczne imienia Polopiryniona z Teb, czy  Aspiryniusza z Bajern!
Triumfalny pochód intelektu Dyrekcji rozpoczął się w piątek listem, który Dynia przyniosła ze szkoły. W liście tym Dyrekcja poinformowała o pandemii iskania, która wymknęła się spod kontroli.
Opis był apokaliptyczny, a do tego zdobiony odręcznym szkicem insekta.
(Jeśli ilustracja powstała na podstawie osobistych doświadczeń Dyrekcji to zaryzykuję, że nie tylko kot i Ripley uciekli z Nostromo. Twarzołap wydaje się być gustowną broszką w porównaniu z wszą z portretu Dyrekcji.)
Do opisu dołączona była ankieta, którą należało wypełnić, podpisać własną krwią i dostarczyć w poniedziałek rano razem z dzieckiem.
Na awersie tego papieru wartościowego, tego zyliarda dolarów w czystym intelekcie stało: zaklinam się na prochy przodków, niech szczeznę, niech mnie piorun trafi i niech mnie na miejscu połknie morderczy królik, jeśli łżę mówiąc, że moje dziecko nie ma wszy.
Na rewersie zaś: ja niżej podpisany potwierdzam, że moje dziecko ma wszy i zobowiązuję się zatrzymać je (dziecko oraz wszy) w domu, do czasu niemienia.
To, jak należało przypuszczać, od ręki rozwiązało sprawę epidemii wszawicy, albowiem zwrotność ankiet i odpowiedzi potwierdzających absencję wszy, szczególnie wśród rodziców pracujących zawodowo, wyniosła 120%.
Wyniosłaby i 150%, ale część kudłatych cherubiątek zapomniała lub zgubiła kartki na trasie dom-szkoła.
I tu Dyrekcja zmuszona była konsekwentnie dotrzymać danego sobie słowa i odmówić rzeczonym wstępu na lekcje oraz zawezwać telefonicznie rodziców do stawienia się po odbiór młodzieży.
Mastodonty, jak to katalogowe sześciolatki, mają szlaki pamięciowe tak długie i zawiłe jak metro z Młocin na Kabaty. Od biedy pomieści się tam czterysta imion kucyków Pony, jakaś lakoniczna asocjacja, który kucyk w jakim odcieniu, może adres sklepu z lizakami, może nawet kilka obscenicznych wulgaryzmów, ale urzędowy kwitek to już raczej pójdzie po torach piechotą. (Dodajmy jeszcze, że zapewne pójdzie w odwrotnym kierunku.)
Dynia mówi, iż najmniej uradowany był ojciec Eliasza, który jechał po syna dwie godziny ze Stuttgartu, żeby tę ankietę znaleźć przyklejoną do wewnętrznej podszewki tornistra.
A ponieważ Mastodonty bez kwitów z rodzicielskim podpisem należało odseparować i przeprowadzić oficjalny proces wydawania ich nadciągającym protoplastom, to do reszty, która nie miała wszy, ale miała kwity, zawezwano... TAK!...  panią od religii.
Nadal ewangelickiej.
Pani opowiadała dzieciom o rzezi niewiniątek.
(Diagnozuję syndrom zawodowego wypalenia!)

(...)
Myślę, że Szymon Słupnik po całej tej egzystencji na ograniczonym metrażu i pośród przeciągów, gdy już wyzionął ducha i gdy otworzyły się przed nim wrota raju all inclusive, musiał mieć minę taką, jak dziś Biskwit, gdy o poranku biegł ku drzwiom placówki krzycząc: EEEEEEEEEEEEEENDLICH!
Czuję się głęboko urażona.

(...)
Dynia wstaje o poranku i okazuje się, że spała na dwunastu klockach Lego. Biskwit wstaje, a ja na prześcieradle znajduję pięć śrubek i nakrętkę.
Dowód na to, że moje córki nie są księżniczkami, a Biskwit to prawdopodobnie nawet nie jest człowiekiem!

©kaczka

[337]

[3 Feb 2017]

(...)

Biskwit z motylkiem. Autoportret. (2017)

(...)
To nie tak, że nie przeczuwałam.
Było wszak jasne, że Biskwit uda się do placówki, wytarza się raz czy dwa we włosie wykładzin podłogowych, gulnie ze wspólnego kubeczka, ktoś weń  wytrze nos, ktoś się podzieli kabanosem...
Szwabskie Kluseczki, eksperyment biosfera, zamknięty układ ekologiczny, gigantyczna szalka Petriego, mutageneza in vivo  – raj dla Kolumbów mikrobiologii.
No, ale przeczuwać, a doświadczyć to jednak bolesna różnica.
Ni trochę nie przesadzę, mówiąc, że zamknąć się w domu z chorym trzylatkiem trąci scenariuszem filmów s-f. Jesteś ostatnim członkiem załogi Nostromo i próbujesz bezskutecznie chronić się przed naturalną (no, bo przecież nie sztuczną), rozżaloną internowaniem inteligencją, która depcze ci po piętach i strzela w ciebie plazmą smarków.
Po trzech dniach uwięzienia czuję się właściwie jak bufet dla sępa.
Knajpa pod Prometeuszem.
All you can eat. Wszystkie rodzaje kaczego foie gras w cenie wstępu.
W całym Erefenie nie ma już chyba takiego telemarketera, który dzwoniąc do nas nie usłyszałby od Biskwita, że helouuuu helouuu tu Comtessa Monte Christo, matka zamknęła mnie podstępnie w wieży i nie pozwala realizować obowiązku przedszkolnego!
(Komunikat ten Biskwit emituje głosem tak nieszczęśliwym, że doprowadził już do płaczu kilka automatycznych nagrań oferujących nam kredyty bez pokrycia i ubezpieczenia od życia.)
W opinii Biskwita matka próbuje również zniszczyć jego obiecującą karierę someliera analgetyków bez skrupułów reglamentując dostęp do syropów przeciwgorączkowych i konkocji wykrztuśnych. Biskwit ogląda je pod światło, kręci kieliszkiem, wącha nakrętkę, uwalnia owocowe bukiety, degustuje i ocenia.
(Ibuprofen o smaku landrynek – wyborny. Destylat kodeiny o smaku syntetycznych truskawek – znakomity. Ale już taki paracetamol wyprodukowany przez Hexal i zdobiony aromatem estromalin niechybnie zbieranych przez Balladynę po laboratoryjnych śmietnikach to  wyjątkowo zły rocznik!)
I być może ja też zmieszałam jakieś syropy, wylizałam dna kieliszków, dolałam sobie ginu do kodeinu, bo wydaje mi się, że wczorajszy dzień spędziłam na urodzinowym przyjęciu u pluszowej foki.
Były świeczki, konfetti i tort z mortadeli oraz chleba tostowego w filiżankach z rosyjskiej porcelany.
A w prezencie puszka sardynek, słoik kaparów i karton przecieru pomidorowego owinięte z uczuciem w chiński periodyk reklamowy.

(...)
U Mastodontów też szaleje zaraza.
Pani od religii katolickiej nadal nie zrosła się kończyna, pani od wuefów nie odkręciła kostka, wszyscy pozostali emitują zarazki gryp i nieżytów.
Opatrzność oszczędziła jedynie panią od religii ewangelickiej, ale ukarała ją w dwójnasób zastępstwem za wuef i religię katolicką.
- ... i tak jak ekumenizm jest bliski memu sercu, Norweski – rzekłam wczoraj po kolacji. – To jednak trochę się niepokoję treścią ewangelicką, bo Dynia tłumaczyła mi dziś, że Trzej Królowie chodzą po domach i kradną pieniądze, ale mają przy tym magiczny, samozastawialny stoliczek, który generuje pieczone kurczęta i piętrowe torty.
Na szczęście zanim wywołałam wojnę religijną, Norweski wydobył z Dyni, że po dwóch godzinach malowania kolędników na lekcji religii, na kolejnych dwóch godzinach wuefu, pani od ewangelickiej nie miała już na nic siły i przez dwie godziny czytała Grimmów.
To wyjaśniałoby fuzję.


©kaczka

[336]

[30 Jan 2017]


(...)
Pracownik holdingu 'Der Toten Pilz', prywatnie afgański potomek proroka Mahometa przybył z odsieczą i po grzecznościowych Salam alejkum naprzemiennie z Guten Tag  opowiedział o wyższości architektury w Kabulu, wykonał akupunkturę ścian i na pocieszenie okadził grzyba mgłą perhydrolu. Kiedyś podobno wróci, aby rozebrać nam mieszkanie do naga i wydłubać Roqueforta spod podszewki, jak przysiągł, do ostatniego zarodnika.
Może nawet wróci szybciej niż otworzy się nowe lotnisko w Berlinie?
(Po głębszym zastanowieniu, jednak nie stawiałabym na to wszystkich posiadanych fistaszków.)
Potomek proroka rzekł bowiem, że jest akurat sezon na odgrzybianie, nie wiadomo, w którą grzybnię ręce wkładać, pleśnieje całe miasto, a on się przecież nie rozerwie.
Takie szczęście, że zwolniło się akurat miejsce numer dwieście trzydzieści osiem na liście i z uwagi na dobro nieletnich dziatek potomek wciśnie nas przymykając oko w miejsce Herr Doppelgängera, który nie doczekał.
(Nie wnikałam, czy Herr Doppelgänger ewakuował się z posiadanego lokalu, czy idąc za ciosem również z ziemskiej powłoki. W jakimkolwiek utknął obecnie wymiarze, życzę mu szczerze, niech będzie to miejsce wolne od pieczarek i kropidlaków.)
To był piątkowy poranek, dzieci poupychane po placówkach opiekuńczych, w lodówce ser pleśniowy (!) i brak mleka do kawy.
Poszliśmy zjeść śniadanie w lokalu.
Tak jak chyba cała reszta mieszkańców Erefenu!
Nie wiem, kto w ten piątkowy poranek wyrabiał PKB skoro wszyscy zeszli się jeść kiełbasy i słodką musztardę przy Salvarsanstrasse.
Taki tłok, że Andriej, który pełni tam rolę sprzątaczki, ozdabiacza wypieków, bouncera, kelnera oraz pakuje na wynos wybrane ciastka, aż musiał przesunąć kolumnę podtrzymującą strop, żeby nam w tej remizie dostawić stolik przyniesiony spod toalety.
Z jednej strony kolumna kretyńska, z drugiej stół, na którym tańczą zakonserwowane w bursztynie z Zoppot, zapieczone jak jabłka w Apfelsztrudlu niemieckie emerytki. Farbowane jak lisy, koafiury piętrowe, zęby porcelanowe. Pomiędzy kiełbasą a musztardą tabletki  na cholesterol, cukrzycę i dychawicę. Waltrud, Ingetraud, Hannelore, gore, dederon, Charon, obol, sobol, wdzianka w rzucik z oczopląsu, do protez klej, hej! Andriej, prosecco lej! Cera z karbowanej, marszczonej różanej bibułki, na palcach rubiny, cekiny, mąż nieboszczyk, wnuki w whatsappie, liftingi pęcherzy, metaloplastyka rzepki, na młodość koktajl z imbiru i marchewki.
Długośmy nie posiedzieli, bo trudno było ruszając łokciem przy jedzeniu nie strącać ze stołu kruchych emerytek, a do tego Andriej ciągle pytał, czy już, mając zapewne na względzie stuosobową kolejkę za naszymi plecami.
W piątek Biskwit powrócił z placowki z haraczem. Miał w pudełku cztery (!) przekładane ciasteczka, w tym jedno z odciskami zębów. Nie poddałam się pokusie analizy, czy to odcisk szczęki Biskwita, skruszonego zbrodniarza, czy może przypadkowej ofiary i niedobrowolnego donora ciasteczek?
(Przedszkole, drogie dziecko, przedszkole to poligon ewolucji - powtarzam to codziennie ranno pod wieszaczkiem, zapinając Biskwitowi klamerki przy brokatowych kapciach i wysyłając na psychologiczną wojnę. - Survival of the fittest! Cmok, cmok! Niech Darwin będzie z tobą!)
W sobotę odkapslowałam wino na konto ostatecznego zwycięstwa Biskwita nad materią zwieraczy. To pyrrusowe zwycięstwo, przyzna każdy, kto doświadczył sytuacji, że w nieznanym sobie terenie musi w ciągu piętnastu sekund zlokalizować publiczną toaletę i dobiec do niej z kurduplem.
W niedzielę odkapslowałam wino na konto kontraktu, który za trzy lata Biskwit może podpisać z lokalnym siódmoligowym klubem hokejowym ‘Krwiożercze Pingwiny z Klopfenbuttel’. Wczoraj Biskwit wciąż jeszcze trzymając mnie za rękę wykonał kilkadziesiąt bardzo szybkich okrążeń, następnie zdrzemnął się (!) przez pięć minut na ławce rezerwowych, a gdy wstał, sam wyszedł na lód i wszystko wskazuje na to, że nie jesteśmy mu już do niczego potrzebni. No chyba, żeby przepraszać za to, że Biskwit gardzi przepisami ruchu drogowego na tafli i uparcie jeździ pod prąd. 
Jest poniedziałek.
Pora iść uzupełnić zapasy wina.


©kaczka

[335]

[25 Jan 2017]

(...)
Centaur
(...)

Wiersz jakby biały
(...)
Społeczeństwo pyta ostatnio dość regularnie, czy mi smutno, że Biskwit uczęszcza do placówki, czy kłuje mnie od tego w mięśniu sercowym oraz czy Biskwit już się trwale i nierozerwalnie zrósł z tkanką Szwabskich Kluseczek, czy ten przeszczep się przyjął? I tak, jak na pierwsze pytanie, mogę z ręką na wspomnianym kardiomięśniu rzec, że ni trochę, tak w kwestii udanej transplantacji nadal wstrzymuję oddech.
Biskwit to Biskwit.
Zwoje sprytnego DNA poupychane w szarej masie, neurony pospinane mostkami tak, że nie udowodnisz, że pobiera inteligencję poza oficjalnym  licznikiem IQ, motoryka kasiarza ('Mów mi Kwinto!'), a do tego skłonność do konsumpcji zemsty w wersji frappe.
Profilaktycznie codziennie podaję Biskwitowi jakieś węglowodany, słowodany ('Jak słowo daję Biskwicie, jak ty pięknie uczęszczasz!'), motywanty, czy inne werbalne antydepresanty jako lek zapobiegający odrzuceniu przeszczepu. Czynię to jednak bardziej by podtrzymać tradycję niźli wierząc, że w ten sposób mogę kupić u Biskwita immunosupresję względem nowych dekoracji i okoliczności.
Ta codzienna niepewność, co zastanę, gdy przyjdę dziecinę odebrać po całym dniu igraszek!
Nerona z zapalniczką Zippo? Atyllę tłukącego Teodozjusza pudełkiem domino? Ekskalibur wbity w biurko Dyrekcji? Naszpanie przywiązane do indiańskiego totemu?
Przenikam dziś, dla przykładu, w struktury placówki, a tam Biskwit siedzi samotnie przy stoliku z miną wskazującą na ogromne  rozczarowanie rzeczywistością. Uuuu... znam tę minę. Ścina w człowieku krew i inne płyny. Biskwit z tą miną siedzi i wali młotkiem w deskę gwoździ:
ŁUP... ŁUP... ŁUP... ŁUP... ŁUP... ŁUP...
a stolik podskakuje po każdym uderzeniu.
Biskwit wyklepuje z tych gwoździ promień zagłady, widły apokalipsy, kieszonkowy koniec świata.
Dookoła wszyscy przemieszczają się na palcach i mówią szeptem.
Naszpani wciąga mnie pod wieszaczek i mówi, że stała się rzecz straszna:
KTOŚ ZEŻARŁ BISKWITOWI PRZEKŁADANE CIASTECZKO!
To znaczy, naszpani jest nieomal pewna, że widziała, że Biskwit je sam jadł, a potem chyba po prostu zapomniał, ale Biskwit obraził się na taką insynuację i od dwudziestu minut wali młotkiem odwrócony do wszystkich plecami.
Nic to, że przeprowadzono dochodzenie, wizję lokalną, zdjęto odciski palców, wykonano obdukcję okruchów, testy oddechowe potencjalnych podejrzanych i na wszelki wypadek wszyscy złożyli publiczną samokrytykę, a Timur nawet zaofiarował swój osobisty, cytrynowy wafelek jako fajkę pokoju (albo raczej jako rosyjski pokojowy papieros marki 'Mińsk' bez banderoli; spotkałam pod wieszaczkiem ojca Timura, gdy akurat przez telefon zamieniał czołg na dwa wagony tytoniu, więc ani trochę nie przesadzam.)
Nic to.
Biskwit milczy i robi ŁUP... ŁUP... ŁUP...
Na Zeusa,  to i tak cud, bo zwykle mniej Biskwitowi potrzeba by pojechać z realistyczną rekonstrukcją wojny trojańskiej.
Na cito.

Lepiej żeby to ciasteczko się do jutra znalazło.
A przynajmniej jego udana replika.

©kaczka

[334]

[22 Jan 2017]

(...)
Podczas, gdy w kuluarach trwają dyskusje techniczne na temat: z czego zbudować kucyka trojańskiego i czy Wynajemcowa ma w domu odpowiednią ilość kabanosów, aby Biskwit poczuł motywację, by opuścić brzuch kucyka i palić, i grabić, i w wychodku napisać 'Wynajemcowa jest gupia', w ramach przerywnika utrwalmy prehistoryczną historyjkę o Norweskim.
Norweski, faktycznie, rzadko tu bywa bohaterem na blogu, gdyż jak sam powiada, gardzi sławą. Jest Norweski jak taki rozjaśniony po całości perhydrolem Barack Obama chemii organicznej. Żadnych skandali, żadnych afer. Albo struga z pasją w samotności octany i butany, albo dla rozrywki ogrywa sam siebie w szachy korespondencyjne.
Z pozoru idealny Norweski ma oczywiście pewien zestaw wad. Na przykład, nie wychodzi z bufetów 'All You Can Eat' póki nie zje w s z y s t k i e g o; jako ostatni opuszcza salę kinową po seansie albowiem wierzy, że najważniejszy twist fabuły zostanie ujawniony dopiero po napisach końcowych (nawet w przypadku 'Przygód Pszczółki Mai'); lubi, gdy rzeczy dzieją się zgodnie z planem (po tygodniowych warsztatach dla chemików zdezorganizowanych przez Hiszpanów na włoskim uniwersytecie, przez rok odbudowywał swoje życie przy pomocy psychoterapeuty, acz do dziś nie wymawiamy przy Norweskim słowa 'Florencja') oraz kompletnie nie odróżnia od siebie języków obcych (onegdaj wysłuchał siedem rozdziałów audiobooka po norwesku będąc przekonanym, że lektor czyta mu kryminał po szwedzku).
Prehistoryczna historyjka dotyczy właśnie lingwistyki stosowanej oraz tak jakby i kulturoznawstwa.
Wiatr historii dmuchnął Norweskiemu w oczy dwa lata temu, gdy kombinat, w którym Norweski struga, zatrudnił  trzech chemików z Doniecka.
Chemicy – Czechow, Pechoff i Karamazow – nie mówili po niemiecku, Norweski nie mówił po ukraińsku.
Znajomość jakiegoś jednego wspólnego języka ograniczała się właściwie do mowy ciała.
(Po dwóch latach, odnotowuję z kronikarskiego obowiązku, sytuacja nie uległa znaczącej poprawie.)
Ten, kto wymyślił, że Norweski obejmie kulturowo-światopoglądową pieczę nad tą Drużyną Benzenowego Pierścienia był dość nachalnym optymistą.
Niechcący zostałam więc asystentem kulturowym tej gromady, gdyż wiadomo, lepszy rydz niż nic, a polski w niczym wszak nie różni się od ukraińskiego, czeskiego, czy fińskiego, prawdaż? (To odważna hipoteza, którą Norweski rzuca w twarz wszystkim neurolingwistom.)
I tak, pewnego dnia, dwa lata temu, odbieram telefon.
W słuchawce poirytowany Norweski. Mówi, że coś tam ważnego uskrobał, połączył wreszcie te karbony w überaspirynę, zamienił kamień węgielny na filozoficzny, paproszki w złoto, a musztardę w platynę. Teraz tylko musi to wypolerować, skrystalizować i anihilować, ale nie może, bo musi Czechowa, Pechoffa i Karamazowa zawieźć do Urzędu do Spraw Naturalizacji i Neutralizacji po pieczątki w paszportach. A tymczasem Czechow z Pechoffem liczą dolary i pchają je do koperty, a Karamazow łazi za Norweskim i go nęka, gdzie kupić WI-FI? Że  od rana tak chodzi, nawet w klozecie nie da Norweskiemu spokoju i ciągle, obsesyjnie o tym WI-FI! A przecież mają! Jest łaj-faj! Jest bezprzewodowy internet!
Dedukcji uczyłam się od Cumberbatcha, antropologii od Malinowskiego, psychologii od Milgrama, a z rosyjskiego pamiętam jeden wiersz Puszkina, więc już tak mniej więcej po godzinie wszystko było jasne.
I do dziś nie wiem, kto z tej Drużyny Pierścienia był socjologicznie bardziej wstrząśnięty? Czy mój Frodo-Norweski, gdym mu wyjaśniła, że Karamazow nie pyta o WI-FI, ale o... WIE VIEL?!!!
Czy może chłopaki z Ukrainy, gdym rzekła 'Druzja, dobra rada, na litość Boha Atca, nie próbujcie dolarami w kopercie przekupywać niemieckiego urzędnika!!!'

©kaczka