Image Slider

[300]

[22 Sep 2016]

(...)
Pan Bóg nierychliwy.
Ponad trzy dekady temu wpatrywałam się pożądliwie w erefenowski tornister przytwierdzony do pleców kolegi Dariusza. Dariusz, dzięki rodzinie z Zachodniego Berlina, był pionierem bułek z nutellą na socjalistycznej niwie chleba z mortadelą oraz miał odblaskowy tornister z kieszonką na te bułki.
Dla wszystkich, którzy nosili zeszyty w teczkach z dermy, tornister Dariusza był przedmiotem religijnego kultu, a dołączony do tornistra dwupiętrowy piórnik z kompletnym wyposażeniem był ostatecznym dowodem na to, że Dariusz osobiście spotkał Boga.
Ileż bym dała, myślałam wtedy, by do szkoły chodzić z takim tornistrem!
I oto pstryk, przewijamy film o trzydzieści lat do przodu, i proszę, podanie rozpatrzono poztywnie.
Chodzę do szkoły z erefenowskim tornistrem z kieszonką na bułki!
Z n ó w chodzę do szkoły.
Powtarzam klasy!
Mam nadzieję, że onegdaj nie wymieniłam za ten tornister duszy, ani innego narządu wewnętrznego, bo konstrukcja jest przereklamowana.
Tak jak i chodzenie do szkoły.
(W tym tygodniu obsesyjnie sadzimy szlaczki i uczymy się pisać jedynki z rozmachem.)
Dzień w dzień Dynia i Biskwit jadą do placówki na hulajnogach. Waga tornistra zakłóca równowagę kierującego pojazdem, więc zarzucam tornister na własne plecy. W wózku dziecięcym deponuję własny plecak, plecak Biskwita (Biskwit odmawia wyjścia z domu bez plecaka), kilka parasolek, przekąski (Biskwit jest nieustannie głodny), bukłaki z wodą, odzież przeciwdeszczową oraz okolicznościowo, przedmioty dużego formatu wymagane przez placówkę.  W trakcie podróży do szkoły Biskwit kilka razy zmienia zdanie i wręcza mi hulajnogę, albo decyduje się wsiąść do wózka tuląc pojazd do piersi. Bywa też, że Dynia zamienia tornister na hulajnogę, bo chce lansować się z tornistrem, a z tornistrem na hulajnodze przewraca się do tyłu.
Podsumowując, dwoje dzieci, dwie hulajnogi, trzy plecaki, prowiant, ubrania, kilo plasteliny, litr wody, blok formatu A3...
Za tydzień dojdzie jeszcze torba na ramię ze strojem do gimnastyki.
Rozważam kradzież wózka z supermarketu.

(...) 
Zainspirowana makatką z njuslettera od Bebe, posprzątałam wreszcie na półce Trofea!
 

©kaczka

[299]

[19 Sep 2016]

(...)
Jeśli prawdą jest, że liczy się pierwsze wrażenie, to u Ryfki rok szkolny zaczął się od przemówienia inspektora policji, u Łukaszka zaginął klucz do szkolnej bramy, a u nas postawiono na przeżycia ezoteryczno-religijne.
Jako pierwszy  wystąpił nam na scenie referent pastoralny, sobowtór Jana Kociniaka, w stroju anioła Teofila z 'Igraszek z diabłem'.
Referent ów z całych sił próbował zainteresować zebranych szczegółową egzegezą Psalmu 23, ale nie doczekał się nie tylko ani jednego spektakularnego, publicznego nawrócenia, ale nawet żadnej maleńkiej owacji na stojąco.
Do tekstu źródłowego nie można się przyczepić.
Psalmista, jak bezspornie potwierdza historia, napisał szlagier.
Pan jest moim pasterzem’ to znakomity lajtmotiv dla zalęknionej trzódki pierwszoklasistów.
Jest potencjał, a właściwie był potencjał.
Gdyż będąc referenetem wypada przewidzieć, że publiczne indagowanie półwiejskiej młodzieży, na przykład, o to dokąd prowadza swe owce pasterz, może skończyć się pozyskaniem kłopotliwej odpowiedzi, z rodzaju: ‘DO RZEŹNI!’
Jakież to prorocze! Jakaż urodziwa alegoria całego systemu edukacji wypowiedziana srebrnym, dziecięcym, niewinnym głosikiem jego ofiary!
Prosto w mikrofon!
Na scenie referenta wspierały dwie damy. Lakoniczny chór gospel.
Jedna z dam była owinięta wściekle pomarańczowym szalikiem, który z daleka wyglądał jak model helisy DNA. Kolor szalika korespondował z intensywnością pomarańczowych cieni do powiek. W tym samym odcieniu dama miała również rajstopy i getry.
Referent przedstawił  damę jako jedną z dwóch nauczycielek religii. Dama zabrawszy głos opowiadała o sobie w sposób dość natchniony, momentami elegijny i na melodię bardziej przystającą do śpiewu oficjum.
- Panie Boże – załkałam wewnętrznie, nie przerywając intensywnego mrugania. Przez moment wydawało mi się bowiem, że jasność tej pomarańczy poraziła mi wzrok i nigdy już nie zamknę powiek, tak, by nakryły powiększone do rozmiarów spodków oczy.
- Panie Boże! – kontynuowałam łkanie. – Ty wiesz, że rzadko zawracam ci głowę sprawami personalnymi. Ale na Twoją litość, zrób tak, żeby do klasy Dyni trafiła ta pani w mniej wyzywającym szaliczku!
Podanie odrzucono natychmiast bez możliwości apelacji. Szaliczek okazał się stułą, a druga dama – duchową przewodniczką konkurencji.
Wszystko to, cała ta walka o rząd dusz, występ woźnego, czy Dyrekcja sypiąca cytatami o pozyskiwaniu doskonałości na drodze tao, mało obchodziła sześcioletnią młodzież.
Młodzież nie ruszała się, nie oddychała, trwała w jakimś zbiorowym oczadzeniu, z którego nie był jej w stanie wyrwać nawet komunikat, że ‘po części oficjalnej zapraszamy na ciastka’.
(‘Zapraszamy’ jest tu oczywiście licencją poetycką, bo jak to w Erefenie, ‘zapraszamy’ to synonim ‘miej pod ręką odliczone’ a ofiara jest tu konkretną kwotą z cennika, a nie jest jakimś tam datkiem sugerowanym, kwestią tacy, czy innego cołaska.)
Zanim doszło do części oficjalnej, młodzież udała się jeszcze do swoich klas. Placówka na pierwszy i kolejne rzuty oczu, wygląda jak niedofinansowany ogród zoologiczny, więc Dynia trafiła do klasy imienia Mastodontów.
Nie mam pretensji, ortografia wyrazu Mastodont nie jest skomplikowana, a ja przecież na wszystkim, co Dynia poniosła do szkoły musiałam wyryć,  że ‘przynależy do Dyni z klasy Mastodontów’.
(Między innymi, na każdej kredce z osobna! W tym miejscu, szczerze współczuję rodzicom z klasy Biedronek, albo Nosorożców.)
Wychowawczyni Mastodontów jest sympatyczną, starszą panią, która regularnie występuje na zdjęciach w szkolnych albumach od około 1854 roku. Mniej więcej, tak daleko w przeszłość, zabrała mnie sąsiadka spod ósmego, nim uciekłam ratując się klasyczną wymówką ‘Nie wiem, czy wyłączyłam żelazko!
(Chwilowo więc pozostaje niewyjaśnionym, czy wychowawczyni Dyni uczyła Bismarcka i czy rozstawiała Kaina i Abla po kątach. To się zapewne w niedalekiej przyszłości ustali, bo sąsiadka spod ósmego ma zacięcie edukacyjne oraz w s z y s t k i e wydania szkolnych albumów starannie zarchiwizowane w piwnicy.)
Pani od Mastodontów nie nosi szalika, nosi za to podwójne, siedemnastosylabowe nazwisko. Nie ona jedna pośród ciala pedagogicznego, więc już mnie nie dziwi, dlaczego sąsiad – drugoklasista nie jest w stanie wyartykułować, kto go uczy.
(Tu myśl moja natychmiast wędruje, ku pewnemu rysunkowi satyrycznemu, na którym przedstawiono igrzyska olimpijskie w Scrabble. Dla przedstawicieli Niemiec plansza wypełniała całą salę, a litery przesuwano na niej grabiami od ruletki.)

(...)
Zanim jednak miało miejsce to wszystko, zanim przemawiał referent, zanim zobaczyłam Panią Pomarańczową, zanim dziateczki rozeszły się do klas, wrócmy do momentu, gdy Dynia wstaje z łóżka o świcie, a my łamiąc nogi biegniemy do niej z tutką wypchaną darami od całego narodu!
Dynia pobiera tutkę, waży ją przez chwilę w rękach, po czym wydyma usteczka i ogłasza z pretensją: 'Ale to jest za ciężkie!'

Jamochłony. Piorunujący efekt końcowy.
O cherlawa młodzieży bez kręgosłupów i bicepsów!
Nikt przecież nie sypał w te tutki kwintala kartofli, ani nie wkładał arbuzów! Tymczasem, tutka okazała się upierdliwym rekwizytem, który za przyszłością narodu trzeba nosić, o który trzeba się nieustannie troszczyć i który trudno gdziekolwiek odłożyć.
Rzędy krzeseł dla rodziców i krewnych najeżone były tutkami. Tutki blokowały wolne miejsca. Dźgały i atakowały.  Rekordziści zajęli tutką siedem krzeseł w rzędzie, bo do ich tutki przyczepiony był syreni ogon, który ciągnął się jak tren i który niosły dodatkowe dwie osoby!
To nie można było zamiast tej tutki, wręczyć dziecku banknotów i wizytówki dentysty?
(Albo te erefenowskie tornistry!
Do szkoły dziateczki jeszcze je poniosą, ale już ze szkoły dźwigają tornistry matki, ojcowie, pochylone ku ziemi babuleńki, dziadkowie wsparci o kulach, albo wschodnioeuropejskie pomoce domowe. Niczego tam w środku jeszcze nie ma, ani zeszytów, ani książek! Jest żółta teczka z gumką oraz piórnik i ciąży to jak ergonomiczny młyński kamień!)

(...)
Po tych wszystkich ceregielach pojechaliśmy do hiszpańskiej restauracji, w której zamówiliśmy portugalski talerz darów oceanu, który przyniósł kelner Włoch urodzony w Bawarii. Obchodziliśmy ten początek godnie, w towarzystwie Ryfki i Łukaszka, ale tak naprawdę dzieci zniknęły korzystając z wolnego wybiegu.
Nawet te najmłodsze nie potrzebowały już niczyjej atencji.
Restauracja ukryta była pośród ogródków działkowych, pachniało ziemią, butwiejącymi liśćmi i jesiennymi jabłkami. Za płotem ktoś pielił, ktoś inny przechodził między stolikami pchając taczkę suchych badylków, ktoś przycinał żywopłot, gdakały kury.
Słońce jeszcze świeciło, ale białym, chłodniejszym blaskiem. Znać było, że to naprawdę ostatni dzień wakacji.
Siedzieliśmy więc tak do zmroku, sześcioro dorosłych ludzi ciesząc się jak dzieci, że jemy gorącą zupę i że kawa nie stygnie, i że dopiero jutro musimy wszyscy znów wrócić do szkoły.

 ©kaczka

[298]

[17 Sep 2016]

(...)
Oczywiście (!) skleiliśmy również tutkę dla Biskwita.
Tę za 14,99.
Nie możemy przecież ryzykować, by Biskwit swoim rozczarowaniem storpedował dziś uroczystość rozpoczęcia.
Żeby roztrącił tłum, wyszedł na środek, wyrwał Dyrekcji mikrofon i publicznie powiedział, co o nas myśli.
Rzecz jasna, wyeliminowaliśmy wyłącznie jeden z nieprzeliczonych, możliwych pretekstów do skandalu.
Jest tyle opcji. Można przyczepić się do jakości wsadu, rozmiaru tutki, albo oszczędności na brokacie.
A nawet do tego, że jelonek krzywo z niej patrzy.
Jelonka złożył z sześćdziesięciu jeden elementów Norweski.
A właściwie elementów było szesćdziesiąt, bo producent nas haniebnie oszukał.
W paczce zabrakło ogona dla bydlęcia!
Z radością powierzyłam w ręce Norweskiego zadania precyzyjne, gdyż było to zaraz po wywiadówce, na której dotarło do mnie, że oto dziecko spędza o wiele mniej czasu w szkole niż w przedszkolu.
Że chodzi tam na jakieś nędzne nanosekundy.
Że właściwie, gdy je odprowadzę i wrócę do domu, to już muszę poń wracać.
I że może po prostu łatwiej, jeśli sobie pod tą szkołą będę stała i nawet nieszczególnie zmarznę.
Toteż zdawszy sobie sprawę, że nabito mnie w duży balon, upijałam się na smutno, a to nie sprzyja składaniu facjaty jelonka tak, by nie stanowiła hołdu malarzom surrealistom.
Nadludzkim wysiłkiem skonsolidowałam jedynie muchomorom nóżki z kapeluszami, a cały wysiłek włożyłam na wyklejanie wnętrza tutki różową krepiną strzyżoną w ząbek.
Ponieważ klej chwytał niespiesznie, ściskałam tutkę w garści i denerwowałam Norweskiego okrzykami: ‘Patrz! Jamochłon!’, gdyż w samej rzeczy, nawet przy minimum dobrej woli, a już na pewno przy wystarczającej ilości oparów kleju i destylatu, tutka z krepiną wyglądała jak wyrwana z rafy koralowej.
Niestety, wiatry wyprodukowane przez jamochłona zdmuchnęły ze stołu sześćdziesiąt precyzyjnie poukładanych, czekających na sklejenie, kawałków jeleniny.
Po reakcji Norweskiego mogę dość odważnie wnioskować, że wspólne klejenie tutek nie zbliża ludzi.

(...)

Może to przypadek, ale wygląda na to, że Pippi Pończoszanka została patronką szkolnej inicjacji.

©kaczka

[297]

[13 Sep 2016]

(...)
Niby suchy liść chrzęści pod stopą, niby można już sobie łamać nogi następując na podstępnie krąglutkie żołędzie, niby fauna zbiera się do odlotu, niby brunatne misie zatykają kuprami wloty do gawr, a tu nocą, za oknem, nadal trzydzieści stopni w księżycu!  Gdyby od tego człowiekowi nie mieszało się wystarczająco w głowie, to uprzejma matka natura dorzuca podkład muzyczny. Cykady, a może inne pluskwy, którym ewolucja wetknęła w zad skrzypki.
I te insekty pitolą pod balkonem jak na amatorskim festiwalu orkiestr mariachi sponsorowanym przez destylarnię tequili.
A teraz chyba wywlokły wzmacniacz.
Opiekane powietrze napiera na ściany i ordynarnym prawem fizyki  zwiększa nam metraż.
Po szklankę wody idzie się do kuchni tygodniami.
A my zamiast pocić się bezmyślnie i bez celu, perspirujemy próbując ulepić szkolną tutkę.
Tutkę!
Ten uświęcony germańską tradycją rezerwuar na żelki, który każdy pierwszoklasista od czasów Odyna przynosi na rozpoczęcie roku szkolnego, nucąc przy tym zapewne  pod nosem jakiś chwytny refrenik z Pieśni Nibelungów.
Lepimy tutkę.
Nie wiem, kiedy skończymy.
I czy w ogóle?
Czy przypadkiem nie będzie tak, że Dynia poniesie te swoje żelki w wiadrze, albo w reklamówce z Biedronki?
(Nie czuję duchowej łączności z tą tradycją, żaden ze mnie łącznik w sztafecie pokoleń.  Sama zamiast tutki niosłam w pierwszym dniu roku szkolnego rolkę papieru toaletowego, gdyż takie to były czasy, że każdy chodził z własną.)
Lepienie tutki to penitencja, która surowością zahacza zapewne jeszcze o grzech pierworodny. (Gdyby to była kara za podwędzony w sklepie lizak, to żeby rozmach tej pokuty uczynić adekwatnym musielibyśmy  tak naprawdę podprowadzić całą fabrykę cukierków, a może nawet cały koncern Nestlé.)
Placówka dostarczyła nam komponenty – kartonik, krepinę, cekiny, brokaty oraz zezowatego kotka rozprasowanego na 2D. Zestaw tutka instant. Niewydolny artystycznie rodzic może poczuć się przez chwilę Corbusierem architektury kartonowego stożka. Wszystko to za 29,99 ojro  i obietnicę dożywotniej zabawy. 
(To akurat może być prawda, bo długo nie pożyjemy. 
Zaraz nam pęknie żyłka.)
Do zestawu dołączono instrukcję obsługi napisaną przez kogoś, kto prawdopodobnie nigdy w życiu nie złożył ani jednego mebla z Ikei.
Ale za to zawsze chciał zaistnieć jako autor haiku.
No i powiadam, udało mu się.
Nie wiem, czy pociesza mnie, że w tej samej chwili prawdopodobnie tego uczucia jednoczesnej rozpaczy, frustracji i apopleksji doznaje trzydzieścioro innych rodziców?
(Chyba, że zapłacili komuś za klejenie?)
Autor instrukcji nadmienił drobnym drukiem, że najlepiej sprawdza się przy tej pracy pistolet.
I ja bym tu odważnie dodała, że na pewno nie tylko taki na klej.
Wyposażona w kolt, udałabym się domagać zadośćuczynienia za wyjęte z mego życia godziny, podczas których siedzę tu nieruchomo, próbując za pomocą kciuka przeciwstawnego i kleju uniwersalnego trwale zespolić krytyczne elementy tutki.
Na przykład, kotka z jego zezowatym okiem.
Wbrew ich woli.
(Tfu.)

PS W pakiecie jest też tutka do sklejenia dla młodszego rodzeństwa (14,99 ojro). Chyba jednak, po prostu, dam Biskwitowi te pieniądze na cukierki z pominięciem lepienia.


 ©kaczka

[296]

[8 Sep 2016]

(...)
cdn.

(To lecimy dalej o tej Polsce, chociaż ‘lecimy’ jest aktualnie i z wiadomych względów słowem tabu.)

Każdy kto czyta Deszczowy Dom, wie, że to właściwie blog o zjawiskach paranormalnych, a jego główna bohaterka – Jarecka – choć bardzo się stara, to jednak z trudem ukrywa cechy nadludzkie i swoje powiązania z siłami kosmicznymi.
Kto tam do Deszczowego zagląda, ten ma świadomość, że nie tylko śmiertelnik nie dałby rady, ale nawet android byłby się spocił (i zardzewiał) próbując naśladować Jarecką w zarządzaniu czasoprzestrzenią.
Są tacy, którzy sugerują, że już na rysunkach z Nazca widać sylwetkę Jareckiej pochyloną nad maszyną do szycia.
Krążą pogłoski, że rząd amerykański ukrywa, iż na miejscu katastrofy w Roswell znaleziono szydełko i walizkę przędzy z materiałów nigdy wcześniej niezinwentaryzowanych na ziemi. Wszyscy, którzy próbowali o tym mówić głośno, zniknęli bez śladu w tajemniczych okolicznościach, a na blogu Jareckiej – zbieg okoliczności? – odnotowano naonczas nadprodukcję paczworków.
Tośmy pojechali sprawdzić.
I faktycznie, aplauz dla cywilizacji z kosmosu, Jarecka znakomicie udaje Ziemiankę, jednak alibi jej się w kilku miejscach spruło, a incognitu odpadły sztuczne wąsy.
No, bo niby dlaczego z kranu u Jareckiej płynie woda o smaku płynnego żelaza, którą wyginają magnesy i z której po odparowaniu wypadają podkowy? Niby Jarecka mydli oczy, że pije mineralną z Biedronki, ale pewnikiem pociąga z kranu pod osłoną nocy i tak impregnuje swoją reputację kobiety z żelaza.
Albo, że na drodze do Deszczowego Domu dziury w nawierzchni układają się we wzorek wskazujący na to, że ląduje tamregularnie niejeden kilkutonowy spodek.
Spodki i talerze parkują też u Jareckiej w garażu.
Historia barów mlecznych planety zapisana na porcelanie!
(Półmisek z logo Społem, który wrócił z nami samolotem, dar i dowód międzygalaktycznej gościnności Jareckich, jest teraz w sumie pełnoprawnie ‘latającym półmiskiem’.)
Do tego Jarecka, tak jakby od niechcenia, przemyka po kuchni i wynosi stamtąd na życzenie: a to sushi, a to likier z kukułek, a to bezę rozmiarów piłki lekarskiej, a to pasztet z zająca. Gdyby to była bajka, można by posądzać Jarecką, że posiadła samonakrywający się stoliczek.  A tak, z uwagi na kosmiczny rodowód, ma  pewnikiem Jarecka gdzieś w piekarniku materializator cyklotroniczny najnowszej generacji, wzięty na raty w filii Cosmomarktu w zaułkach Betelgezy, i  tak  materializuje Jarecka na życzenie w tygodniu i od święta.
Każdy chciałby się wżenić w rodzinę, która buty poleruje Chewbaccą, a na grzyby lata za Andromedę, zatem z nieskrywanym zadowoleniem odnotowuję, że między Biskwitem a Piątkiem – najmłodszym potomkiem Jareckich – zaiskrzyło!
Czasem były to karesy na miarę dwóch elektrycznych węgorzy, a czasem buchało autentycznym uczuciem, jak wtedy, gdy młodzież zorganizowała sobie śniadanie na trawie, a Piątek skoczył po napoje (różowy dla Biskwita! taki galant!) i rozdał karty do pokera. Pięknie tak było patrzeć na samodzielne dzieciny z ukrycia, zza firanki. Patrzyłyśmy sobie z Jarecką, wzdychając nad sielankowym obrazkiem, choć zapewne Jarecka widzi przez ściany, a za tą firanką łypała tak ze mną dla towarzystwa i z uprzejmości.
Tymczasem Dynia poddawszy okoliczności szczegółowej, pogłębionej analizie oznajmiła, że za rok przyjeżdża do Jareckich sama, na kolonie, a w tonie jej głosu dźwięczał taki aksjomat, że nikt (szczególnie gospodarze) nie odważył się złożyć apelacji od tego wyroku.

A Deszczowy Dom według Dyni wyglądał tak:


(Z kronikarskiego obowiązku dorysowałam sobie, ku pamięci, partyjkę UNO, aby zerkać  na nią na wypadek nagłej pokusy ponownego dołączenia do gry w kategorii ‘Ambitne sześciolatki’.)

A Biskwit dźga palcem w zdjęcie Piątka i wzdychając ciężko, takim wzdechem z pogranicza tęsknoty i udręki,  rzecze: ‘Moja Piątek!’ [1]
Zaklepane.

[1] Podróże kształcą. Biskwit cyzeluje słowiańskie zaimki dzierżawcze.

cdn.

 ©kaczka

[295]

[5 Sep 2016]

cdn.

[Tu nastąpiła przerwa wywołana  rozwodem. Dzieciny postanowiły się rozstać i zamieszkać w osobnych celach. Przez to składzik na szczotki, z fantazją nazywany ‘Pokojem gościnnym’, może i nadal wygląda jak składzik na szczotki, ale zmienił nazwę na ‘Pokój Dyni’, a skuteczny rebranding to jak wiadomo, potężne narzędzie marketingu.
Przesunęliśmy zatem kilka łóżek, przenieśliśmy na plecach trzy komody, zatrzasnęliśmy się w wersalce i asystowaliśmy przy podziale majątku, ratując się  salomonowym: ‘To może przetniemy?’ (Barbie, misia, ulubiony długopis, doniczkę z kaktusem, itp.) A wszystko po to, żeby wieczorem, po całym dniu tortury, usłyszeć, że Biskwit nie może zasnąć bez Dyni, a Dynia
nie zmruży oka bez Biskwita! Dodatkowo, złudzenia, że ta konfiguracja (każdy kurdupel zamknięty we własnym M-1) przyczyni się do wygładzenia fałd powszedniego chaosu, straciłam dość szybko. Za drzwiami każdego eM chaos hula jak przedtem, a żeby go zasłonić trzeba teraz napierać na dwie pary drzwi, zamiast jak wcześniej, na jedne. Pomijam, najazdy, napaście i  akty naruszania kontrolowanej przestrzeni powietrznej, jak również próby uprowadzenia (Misiek Zdzisiek wynoszony w damskiej torebce pod warstwą majtek i plikiem papierowych dolarów ) oraz prawdziwy kidnapping (porywacz tak skutecznie ukrył kucyka Pony, że sam, jak dotąd, nie potrafi do niego trafić).
Nie opłaciło się, nie idźcie tą drogą! 

Dla mnie już za późno, bo ze względu na wiotki kręgosłup odmawiam ponownego przesuwania łóżek, przenoszenia na plecach trzech komód i zatrzaskiwania się w szczękach wersalki!]

cdn.

Zanim jednak nastąpi ciąg dalszy, pozwólcie, P.T. Czytelnicy, że znów wyskoczę Wam z lodówki.
Na główkę.
Na głęboką wodę!
Mam dwie wiadomości.
O dziwo, obie dobre!

Pierwsza wiadomość to ta, że w najnowszym kwartalniku literackim Wyspa ukazało się właśnie moje zwycięskie opowiadanie o Kresach. Drukiem! W kategorii: Proza!
(Jestem p r o z a i c z k ą!)

Druga, jeszcze lepsza wiadomość: wczoraj w ramach Międzynarodowego Festiwalu Opowiadania ogłoszono nominacje do nagrody głównej w konkursie na najlepsze polskie opowiadanie 2016 roku. Z ponad trzystu tekstów wybrano piętnaście. W tym moje!
(Wody! Bromu!)
Rozstrzygnięcie w październiku, ale juz dziś wiadomo, że wszystkie nominowane teksty ukażą się  drukiem w antologii pokonkursowej, o czym donoszę, gdyby ktoś był zainteresowany tym, co może zdarzyć się 2 maja 2018, o czwartej rano, w Bydgoszczy...
Tymczasem, dozgonne wyrazy wdzieczności dla mej Niezłomnej i Nieustraszonej Grupy Wsparcia, która wierzy we mnie bardziej niźli ja sama potrafię uwierzyć.
 (Nie od dziś wiadomo, że gdybym to ja była Kopernikiem, świat nadal byłby płaski i podparty zadem jednorożca.)

A ciąg dalszy lada chwila nastąpi.
Słowo!

 ©kaczka

[294]

[3 Sep 2016]

(...)
Tak się bowiem złożyło, że te urodziny, które miał Norweski przedwczoraj, obszedł w samolocie, w drodze powrotnej do domu.
I Dynia, i personel Lufthansy uparli się, by uczynić je niezapomnianymi.
Personel Lufthansy winem w szklanym kieliszku i autografem kapitana na ściereczce do kurzu, Dynia – dziewczątko, które obleciało kilka razy kulę ziemską – nagłym, niespodziewanym, irracjonalnym i dość dorodnym atakiem lotniczej paniki.
I wyglądało to tak, po prawej mej ręce Dynia hyperwentyluje się, próbuje wstać, wysiąść oraz krzyczy, że zaraz wszyscy spadniemy, po lewej – Biskwit oburzony, że ktoś kradnie mu wyłączność dramatu, zanosi się dość niewiarygodnym szlochem. Niewiarygodnym, bo przerywanym co chwilę by zlizać cukier z żelków lub zażyć lizaka. Ja pomiędzy, w psychiczno-fizycznym wrestlingu, jedną ręką powstrzymująca Biskwita od wejścia mi na głowę, drugą odbierająca Dyni spadochron.
Gdyśmy wreszcie wznieśli się nad chmury, a samolot jako tako wyrównał, gdy dziecinom wyczerpały się baterie, a personel uspokoił poddenerwowanych współpasażerów cytując im statystyki spadalności, empatyczna stewardessa postawiła przede mną liczne alkohole, które spożyłam na miejscu i z gwinta. Do alkoholi dołączona była sugestywna ulotka reklamująca profesjonalne kursy jak radzić sobie z lękiem przed lataniem.
Biorąc pod uwagę astronomiczne ceny tego psychologicznego remontu, uważam, że pozostają nam dwie opcje. Albo Dynia nauczy się pić wódkę, albo do Australii pojedzie tramwajem.

(...)
W trakcie pobytu na łonie ojczyzny postanowiliśmy ‘wyskoczyć’ z Warszawy do Krakowa.
Kabriolet pożyczyły nam zakonnice. Do kabrioletu dołączony był święty Krzysztof i nawigacja.
Święty Krzysztof milczał. Nawigacja, z powodów, które na zawsze pozostały okryte tajemnicą, odzywała się po białorusku (!)
Trzysta kilometrów między stolicami, wydawało nam się odległością do pokonania przed obiadem. Ku naszemu zaskoczeniu, czas obiadu, podwieczorku i kolacji zastał nas w tym samym miejscu. W korku.
Pod Kielcami.
Król autostrad – Budimex – postawił pod Kielcami pana Mietka z lizakiem i  zlecił mu kierowanie ruchem wartko napływającym  z dwóch przeciwnych kierunków.
Pan Mietek, gdyśmy po śmięciu godzinach przesuwania się do przodu milimetr za milimetrem, dotarli wreszcie na wysokość jego stanowska zarządzania wszechświatem, był już do pasa zanurzony w roztopionym asfalcie, więc w akcie zemsty nie mogliśmy mu przejechać po stopach. Pan Mietek wykonywał jakieś niezborne ruchy rękami, które mogły być interpretowane rozmaicie, a to jako próby zatańczenia makareny, a to jako napad pląsawicy, a to jako wołanie o ratunek człowieka wciąganego przez ruchome piaski. Upieczona na czerwono fizys pana Mietka ozdobiona była niezwykle ornamentacyjnym ćmikiem wklejonym w kąt spierzchniętych ust. Prawdziwy beduin pustyni asfaltu. W waciaku!
Czas spędzony nieruchomo sprzyjał rozważaniom. Z nudów zaprojektowałam dla Budimexu krąg piekielny, w którym wszyscy odpowiedzialni za osadzenie pod Kielcami pana Mietka, zostaną zamknięci w samochodzie z sobowtórami mych dzieci i poddani obróbce termicznej, a w międzyczasie zmuszeni natychmiastowo reagować na ‘Daleko jeszcze?’, ‘Chcę kupę!’ oraz ‘Nudzę się!
Do tego, nie sposób oprzeć się wrażeniu, że moje dziateczki już w jakiś sposób zainspirowały Budimex przy opracowywaniu strategii rozwoju i planowania przestrzennego. One, tak jak i Budimex, też rozpierdzielają wszystko na raz, a za sobą zostawiają wyłącznie popiół i gruzy. Droga na Kielce to, wypisz, wymaluj, pokój Dyni i Biskwita, jeno w dłuższej skali.
Ale, jako że podróże kształcą, do katalogu umiejętności, dorzuciłam wielokrotne wiązanie butów z przedniego siedzenia osobnikowi siedzącemu za moimi plecami. Bez Budimexu z całą pewnością nie miałabym okazji.
Tymczasem rogatki Krakowa nie okazały się końcem naszej męczarni. Białoruska satelita nawigacyjna okazała się jąkać i dopiero za siódmym razem zjechaliśmy z Ronda Mogilskiego tak, aby rzucić się w ramiona Komitetu Powitalnego.
A właściwie to stratować Komitet rzucając się w kierunku toalety (od Kielc nie było okazji!)
Ileż rozmaitych radości nam sprawił ten Kraków!
Biskwit upodobał sobie dorożki i fontannę pod Bazyliką.
Biskwita nurkującego w fontannie upodobała sobie grupa pielgrzymów z Lichenia. 
Pielgrzymi cisnęli dydaktyką najpierw subtelnie, w przestrzeń: ‘A nie zimno tak dziewczynce w rączki?' (Biskwit młóci wodę rękami), następnie personalnie ‘A nie zimno ci tak w rączki,  DZIEWCZYNKO?’ (Biskwit wzrusza ramionami i zanurza w fontannie ręce po łokcie), a wreszcie klasyczną metodą na wyrzut sumienia ‘No, jak tak pani może, przecież sobie pani dziecko przeziębi!!’ (Biskwit ostentacyjnie wyciera sobie mokre ręce o fronton zalanej wodą koszulki.)
Przed linczem uchronił nas powrót Dyni i Norweskiego.
Ci, poszli oglądać ołtarz Wita Stwosza.
Dynia, pytana o przeżycia związane z obcowaniem z monumentalnym dziełem, wyznała, że ogarnęło ją głównie przygnębienie, bo wszyscy, których widziała na ołtarzu i w okolicy, byli nieżywi.
(Czuję, że nieświadomie przyłożyłam ręki do tego Memento mori. Podróż otarła się o Powstanie warszawskie, mury getta i niewyjaśnione okoliczności zgonu Amy Winehouse.)
Jako że Biskwit od początku podróży obstawał przy zdaniu, że chodzenie jest przereklamowane, a nosić może go wyłącznie matka, dystans w Krakowie pokonaliśmy nadzwyczajnie mizerny.
Rynek-Wawel-Rynek.
Przystanek w Absurdaliach.
kaczka przodem, Biskwit w charakterze pługa.
(Nawierzchnia Grodzkiej może wymagać renowacji.)
Dopiero w Krakowie udało się nam wysłać pocztówki z wakacji.
Z widokami z Warszawy.
I ze znaczkiem z papieżem.
Tu Poczta Polska zaskoczyła nas rozmachem.
Znaczek należało sobie wyrwać z wnętrza arkusza pozbawiając papieża torsu, promieni światła i grupy młodzieży odmalowanej w estetyce magazynu ‘Przebudźcie się!
To oburzyło me dzieci, które chciały na pocztówki nanieść całość, jak przedpokojową farbę na warszawską syrenkę Picassa.
(Ciekawe, czy wypadający ze skrzynki pocztowej rozczłonkowany, alternatywny przywódca duchowy oburzy rodzinę Ryfki?
Przekonamy się za trzy dni, gdy wrócą z Hajfy.
)
Do Warszawy wracaliśmy przez przedszkole na Lotniczej. Ta naprędce zorganizowana wymiana studencka oszołomiła dziewczęta asortymentem niespotykanych w Erefenie atrakcji. Od kolekcji dziurkaczy po pałac do wynajęcia!
(Dla Dyni już za późno, ale gdyby tak oddać Biskwita do przedszkola z internatem?)
Pomni pana Mietka pod Kielcami, wyłuskaliśmy dwadzieścia złotych na autostradę, by prawie zahaczyć o Śląsk, wbić się w Częstochowę, a następnie zatrzymywać na każdych światłach w drodze na Piotrków.
Norweski miał za złe i złorzeczył konstruktorom trasy, ale pewnikiem przemawiał przez niego ten heksenszus, którego nabawił się podczas prób odklejania Biskwita od gruntu i motywowania go do kroku marszowego.
Nie wyjdziemy jednak w miasto z transparentem i protestem w temacie inzynierii ladowej, gdyż zdaje się,  jesteśmy uciekinierami wyjętymi spod prawa.
Nieświadomi ustawy o zapobieganiu, spożyliśmy publicznie i do spółki puszkę piwa na skwerku pod Wawelem!
(Bonnie i Clyde spod Biedronki!)

cdn.

©kaczka