Image Slider

[373]

[20 Sep 2017]

(…)
Nagle zmieniła się pora roku.
Jeszcze przedwczoraj w drodze do fabryki spod stóp pierzchały mi naładowane ultrafioletem jaszczurki, dziś nie ma już jaszczurek.
Są rude wiewiórki o wściekliczym spojrzeniu dźwigające plecaki orzeszków.
Skończył się turnus letni, zaczął się sezon wyborczy.
Z wszystkich dostępnych partii najbardziej rzuca mi się w oczy Alternatywa dla Heimatu, która prawdopodobnie w ramach wymiany międzynarodowej zamieniła się na mózgi z Faragem Nigelem.
Skutkiem tej wykonanej śrubokrętem i widelcem transplantacji, w krzakach, przez które brnę na poranną zmianę, zawisł plakat z gołymi, kobiecymi pośladkami.
Ta - excusez le mot - goła dupa w krzakach jest, tak tłumaczy mi Alternatywa, polityczną kontrofensywą dla modelu kobiety odzianej w burkę i symbolem walki o wolność, godność i niepodległość.
Jako, że przez te krzaki to tylko ja i wiewiórki, mogę zaryzykować opinię, że Alternatywie jeszcze nie udało się nas przekonać.
Alternatywę, taka ciekawostka, reprezentuje w regionie – tak głosi podpis pod pośladkiem - Herr Warzecha*, co w sumie uzasadnia hipotezę, że drugie pokolenie emigrantów chętnie się radykalizuje.
Nie tylko zresztą Herr Warzecha chwyta się w swej kampanii wyborczej niekonwencjonalnych środków. Ulotki Alternatywy odkryłam w rosyjskim supermarkecie, gdym przebierała w mrożonych pierogach. Sztab wyborczy kandydata o równie niemieckim jak Warzecha nazwisku, nawtykał streszczenia swego programu wyborczego (Obcy raus!!!) między kabanosy a ser tylżycki.
Zachodzę w głowę, czy to miała być groźba, czy desperackie poszukiwanie elektoratu, Herr Kuropatkin?*
(Poza tym, trochę za późno z tą kwestią czystości rasy i żeby tak obcy raus. W nowym roku szkolnym w klasie Mastodontów naszpan od angielskiego skatalogował języki nieurzędowe, których używa młodzież i wyszło mu... czternaście. Na dwadzieścioro wychowanków.
Semantyka się rozlała. Nie ma co żałować róż, gdy płoną rodzajniki.
Przypuszczam, że w tym roku to już na pewno wyrzucą Dynię z zajęć wyrównawczych z niemieckiego.)
Polityką zainteresowałam się w momencie, gdy okazało się, że Urząd do Spraw Przesiedleńców przyznał mi omyłkowo obywatelstwo honoris causa i kupon na udział w wyborach.
Czyli tydzień temu.
Kupon, na szczęście, nie jest ważny, stanowi konsekwencję imienia i nazwiska, których kombinacja jest dla urzędu najwyraźniej jeszcze bardziej niemiecka niż potomstwo Kuropatkina skrzyżowanego z Warzechą.
(O, na lewicę też nie mogłabym zagłosować.
Oni na plakatach piszą, że kochają dzieci i przyznają się do tego Comic Sansem.)

Na cóż mi zresztą polityka międzynarodowa, gdy biorę udział w zupełnie innych, emocjonujących zawodach organizowanych corocznie w okolicach września przez placówki edukacyjne.
Zawodach pod tytułem: Zorganizuj artefakt na czas!
Zorganizowałam już tak skoroszyt w kolorze, jak wynikało z notatek Dyni, ORANSCHE. Pojechałam po ten skoroszyt do sąsiedniego miasta stołecznego. Nie zdobyłam, niestety, maksymalnej ilości punktów, gdyż jak się okazało, skoroszyt – tak oceniła naszpani - nie jest dostatecznie ORANSCHE. Faktycznie, nie jest. Już w sklepie przeprowadziłam badania na szerokiej grupie respondentów i każdy deklarował inny odcień w skali Pantone. Niestety, pomarańczowsze wykupiono już w kwietniu.
Wczoraj o poranku, szukałam pędzli i kubła na wodę.
Teraz tropię w internetach biały trykot do pływania w Jeziorze Łabędzim. (Znalazłam w okolicach Newcastle.)
Przedwczoraj w popłochu kompletowałam strój nindży z czarnych kalesonów i antracytowego golfu, klnąc, że onegdaj pożałowałam na urzędowy mundurek.
Dziś pożyczałam od sąsiadów jabłko. (Martwa natura na zajęcia z malarstwa. Prawie tak martwa, jak cisza, która zapadła, gdy o świcie Dynia zapytała, czy aby przeczytałam w jej myślach, by wyposażyć ją w kwintal fruktów z hektara?)
A potem jeszcze, nadobowiązkowo, goniłam ślimaka, którego przysposobił Biskwit.
Biskwit przyniósł ślimaka z ogródka, ochrzcił, trzyma go pod poduszką i próbuje udomowić.
A winniczek z racji swej dzikiej natury próbuje uciec.
Raczej jednak bez powodzenia.
Myślę, że w końcu wybierze wewnętrzną emigrację.
Tak jak ja.



* zmieniłam nazwiska obu kandydatów, by nie przykładać klawiatury do ich promocji 
 
©kaczka

[372]

[14 Sep 2017]

(…)
Było to tak.
Norweski zobowiązał się zapisać dziecko do szkolnej świetlicy.
W tym celu pozyskał z urzędu ryzę druków i formularzy do wypełnienia.
Wypełnione urzędalia poparł papierowym akordeonikiem dodatkowych zaświadczeń, okazał drzewo genealogiczne, wyciął z kartofla zestaw pieczątek, zaoferował wgląd w historię chorób dziedzicznych rodu, przedstawił kartę badań stomatologicznych, sporządził wykres naszych dochodów i trzysta razy podpisał się w różnych kratkach.
Urząd zassał to wszystko jak potwór z bagien i nie wypluł żadnego szkieletu informacji zwrotnej.
Takoż pierwszego poranka obowiązku szkolnego panowała w naszym domu atmosfera histerycznego napięcia. Na godzinę przed rozpoczęciem lekcji nadal nie było wiadomo, czy dziecko dostało miejsce w przechowalni i na której półce.
Potwór z bagien był nieuchwytny, gdyż, jak opowiadał w skrzynce głosowej, zażywa wakacji i można do niego pisać na Baden Baden.
Na piętnaście minut przed rozpoczęciem lekcji kolejka do sekretariatu w Ofiarach Holocaustu przypominała kilometrażem te czasy, gdy to mieszkańcom kraju ościennego wydzielano salceson na kartki, który to mogli sobie oni schłodzić zimną wojną i owinąć w żelazną kurtynę.
W skrzydle świetlicy naszpanie podkreślały w rozmowie swój zawodowy profesjonalizm, ale nieszczególnie mogły pomóc, bo były oddziałem oddelegowanym do peklowania dzieci porannych.
Same zresztą zmagały się z próbą zinwentaryzowania swoich podopiecznych.
Podopieczni, jako żywo, przypominali pasażerów trzeciej klasy Titanica w próbie ewakuacji z tonącego okrętu.
Pomyślałam tedy, że wrócę w samo południe i łokciami niezłomnej matki Polki przetrę dziecku szlak ku świetliczanej szczęśliwości.
Gdy wróciłam, szkoła nadal stała w tym samym miejscu, choć wydawało się, że napierająca na nią masa przyszłości narodu przesunie ją albo złoży w kostkę siłą powakacyjnej adrenaliny.
Przebiłam się przez tłum oczekujących na swe cherubięta protoplastów i uderzyłam do pierwszych drzwi świetlicy, gdzie naszpani nie miała na liście mego dziecka, ale mogła zaofiarować przepis na cynaderki, bo się nim akuratnie dzieliła z inną naszpanią. Współrzędne Dyni odnalazłam dopiero w czwartych drzwiach, gdzie tamtejsza naszpani wyjęła z kieszeni fragment starej koperty, na którym faktycznie stało nasze rodowe nazwisko, ale, że jest ono najpospolitszym przymiotnikiem oraz chyba jednym z najpopularniejszych nazwisk po tej stronie Odry, trudno powiedzieć, czy nie był to przypadek i czy faktycznie chodziło o Dynię, a nie o rozmiar komody albo, oceniając po wyglądzie koperty, o jakiegoś byłego absolwenta Ofiar. Lekką ręką, rocznik '86.
- Gott sei Dank! Co za ulga! - zwierzyłam się bardzo wylewnie naszpani. - Gdyż o poranku ja się tak straszliwie bałam, takie mną targały niepokoje, obawy i lęki, że...
Tu nie zdążyłam dokończyć, że te obawy dotyczyły wyłącznie potencjalnego braku miejsca w obiekcie opiekuńczym, bo naszpani wdepnęła mi w słowo, przytuliła do piersi i zaczęła tłumaczyć, że to normalne, że czuję te obawy, że dzieci wykazują niesłychane zdolności adaptacyjne i znoszą rozstania lepiej niż rodzice, i że idea świetlicyzmu ma w placówce tysiącletnią tradycję, a ja odtąd powierzam swoje potomstwo doświadczonej i wykwalifikowanej kadrze specjalistów. W międzyczasie pojawiła się w drzwiach kolejna naszpani, którą moja naszpani odesłała niecierpliwym gestem i teatralnym szeptem: Oddal się Bettino, gdyż ja tu terapeutyzuję przypadek matki z lękiem separacyjnym.
W tym momencie do świetlicy wpadła Dynia wniesiona przez czterech kolegów (piąty niósł jej teczkę), rzuciła mi w locie jakiś nędzny ochłap powitania, zaanektowała miejscówkę i oświadczyła łaskawie, że mogę ją odebrać za miesiąc albo przynajmniej po obiedzie ze sznycla i kartoflanej brei.
- A za te sznycle pani zapłaciła? - zaczęła drążyć temat naszpani trochę jakby straumatyzowana falą uderzeniową Dyni i jej towarzyszy.
- Mąż zapłacił! - skłamałam i odważnie wytrzymawszy podejrzliwe spojrzenie naszpani uznałam, że pora się i matczyną pępowinę zwijać.
Byłam pewna, że nie zapłacił, bo z faktów odcedzonych ze strumienia wulgaryzmów, które Norweski emitował kilka dni wcześniej wynikało, że system elektronicznego zamawiania szkolnego kateringu przekierowywał go z fantazją i z uporem na stronę Domu Spokojnej Starości i do dziś nie wiadomo, ile sznycli i właściwie komu zasponsorował tam Norweski.
Wróciłam po Dynię po sznyclach. Igrała w gigantycznym pałacu Barbie zrobionym przed dwudziestu laty z rakotwórczego plastiku i wyposażonym w elektryczną (!) windę. Z wrodzoną dyplomacją, subtelnie i między wierszami Dynia powiedziała mi, że katering Herr Fritza robi lepsze sznycle niż ja.
Ze sznyclem w panierce to ja nie wygram.
A do tego jeszcze ta winda!
(...)
Na odchodne naszpani wręczyła mi plik formularzy, których wypełnienie umożliwić miało autoryzowane odbieranie dziecka przez osoby postronne.
Wypełniłam je gorliwie i przykazałam dziecku oddać je w profesjonalne ręce naszpań.
Wczoraj znalazłam je ugniecione w kulkę na dnie plecaka.
Nie muszę dodawać, że osoby postronne mimo tego odbierały dziecko.



(...)
Kwestia nieopłaconego sznycla powróciła bumerangiem już następnego dnia, po tym, gdy nieroztropnie wręczyliśmy komplet dokumentów aplikacyjnych szkolnej sekretarce. Szkolna sekretarka przyjęła dokumenty i wysłała je pocztą prawdopodobnie do Bundestagu. Tymczasem cała grupa świetlicowa musiała, jak cierpko wyjaśniła mi w telefonie naszpani, odkładać dla Dyni ze swych porcji po kartoflu, a to i tak było za mało, bo czy pani sobie wyobraża, ile pani dziecko potrafi zjeść, pani kaczko?
(Tak. Dynia weszła właśnie w jakiś kolejny etap akcelerowanego wzrostu i na kolację to, na przykład, zjada bochen chleba obłożony dla wygody całą lodówką.)
- I dlaczego to nie mnie oddała pani ten wniosek o sznycel? - wpadła w nerwowy rezonans naszpani.
Nie wiem!
Może dlatego, że na wniosku stało, że można go zostawić w sekretariacie?
A może dlatego, że skoro naszpani jest jedyną depozytariuszką wniosków o obiady i skoro widzi mnie pierwszy raz na oczy i wie, że przez internet nikt jeszcze niczego z Herr Fritzem nie załatwił to może założyć, że ten sznycel, po który wyciąga ręce moje dziecko jest nieopłacony i zapobiec tragedii, czyli temu, że Dynia zje wszystkie kartofle i wszystkie sznycle, a gdy zabraknie prowiantu to zacznie nadgryzać współosadzonych.



(…)
Francuskie, akredytowane laboratorium nadesłało mi siedemset stron urzędowych, oficjalnych raportów ze zleconych analiz.
Siedemset stron Comic Sansem.

(...)
W tym roku mija ponoć siedemdziesiąta rocznica katastrofy w Roswell.
Boże, jak ja jakoś dosadnie ostatnio rozumiem, co musieli przeżywać ci kosmici w zderzeniu z ziemską logiką.

©kaczka

Żyję!

[4 Sep 2017]

(…)
Żyję.
Aczkolwiek czuję się tak, jakbym na jedenaste piętro bez windy wniosła w zastępstwie Atlasa cały glob.
Dwa razy.
Nieszczególnie dołożyło się do mentalnego wywczasu, iż podczas przeprowadzki mój złakniony wyzwań organizm po raz trzeci z rzędu zakontraktował ospę wietrzną.
Jackpot na immunoloterii.
Trzy leukocyty zamiast wisienek.
Za trzecim razem ospa może już nie tak rozrzutnie dekoruje ofiarę rzucikiem w kropki, ale niezmiennie odbiera chęć życia i noszenia paczek z jednego końca ulicy na drugi.
Miałam podczas tej przeprowadzki taki moment, wyjęty jakby prosto z Hotelu Zacisze, że wieszałam abażur, a może łeb łosia, w każdej ręce trzymając jakąś siatkę, co pozwalało mi rozdrapywać ospę wyłącznie stopami. Stałam na drabinie, trawiona gorączką, z policzkiem wklejonym w sufit, w zębach trzymałam śrubokręt, pod drabiną stał Biskwit i krzyczał, że nikt go nie kocha i że należy go natychmiast przytulić, a na to weszła Hauptcioteczka i zapytała, wzdychając ciężko, kiedy to ja wreszcie zamierzam zabrać swoje rzeczy z jej szafy? Sprecyzujmy, tej szafy oddalonej siedemset kilometrów w linii prostej od naszego nowego lokalu.
(Dla jasności, jeśli faktycznie są w tej szafie jakieś moje rzeczy, acz powątpiewam, to ich relokacja nie miałaby najmniejszego wpływu na introdukowanie skandynawskiego minimalizmu na kwaterze u
Hauptcioteczki.)
I to był ten moment, gdy bez słowa zeszłam z drabiny, zabrałam i siatki, i ospę, i abażur, i zaczęłam iść przed siebie ku szosie na Berlin, żeby autostopem dotrzeć do szafy i ją opróżnić. Tyle, że Norweski zatrzymał mnie, gdy dochodziłam do końca ulicy, zawrócił i odłożył na stojącą na chodniku sofę, na której usnęłam snem raczej delirycznym.
I spałam przez kilka lat albo dwadzieścia minut.

Można by pomyśleć, że w zaistniałej sytuacji praca zawodowa to moja psychiczna ucieczka i sanatorium dla nerwowo wyczerpanych.
Niestety, inspektor z Departamentu do Spraw Najwyższej Higieny i Ostatecznego Porządku ma lada dzień pojawić się w fabryce z niezapowiedzianą kontrolą. Byłabym o wiele spokojniejsza, gdybym przed tym wydarzeniem wyeksmitowała kolonię polnych myszy, które zalęgły mi się w laboratorium.

W tejże pracy ostatnio otrzymałam z przydziału słuchawki do telefonu, gdyż faktycznie dużo gawędzę z bakteriami. Słuchawki były w pudełku z napisem 'Headset for call center', co i owszem skłoniło mnie do smutnej refleksji nad zaskakującym kierunkiem jaki obrała moja kariera zawodowa. Jednakoż godzinę później, odebrałam list od Kate Middleton na temat zalet mikroskopii elektronowej i znów poczułam, że obracam się w wyższych sferach.
Gdybym tak tylko jeszcze te myszy jak flecista z Hameln...

©kaczka

[371]

[23 Aug 2017]

(…)
Opowiastka przeterminowana. Sprzed tygodnia. Ale status quo kaczej kuwety niezmiennie w ruinie.

Powiedzieć, że ogarniam to tak, jakby rzec, że Trump ogarnia politykę międzynarodową. Podsumowując, historia nas oceni.
Tymczasem cieszę się, gdy u schyłku dnia wciąż jeszcze zgadza mi się liczba potomstwa rozdystrybuowanego w piernatach i że nadal mają czyste pidżamy.
Względnie czyste.
Dziś (a konkretnie to tydzień temu, gdyż wtedy popełniłam ten eposik) inwentaryzacja progenitury przypadła Norweskiemu, albowiem ja krążę po Europie i w ramach glamouru nowej pracy zawodowej wizytuję obory.
kaczka – Wasz ekspert od mechaniki wymion i fengszui krowiej zagrody. W bagażniku kanapki z toksycznym jajkiem i trzysta litrów mgły oborowej o spersonalizowanym zapachu alpejskich fiołków.
Trzy tysiące kilometrów w pięć dni.
Aktualnie można mnie spotkać przy szosie na Rotterdam albo Ostrołękę. (Już wróciłam!)
Nie podróżuję samotnie. Mam towarzyszkę, której obecność (jako też i szyberdach w samochodzie) podnosi tę wyprawę nieomal do rangi niskobudżetowego sequelu 'Thelmy i Louise'. (Z koreańskim dubbingiem!)
Trapi mnie, i owszem, poczucie winy, że nieustannie komuś podrzucam własne dzieci, ale koncept wychowywania ich przez całą wioskę ma swoje zalety.
Dzień w dzień dziewczęta wracają do domu wyposażone w jakieś zaskakujące umiejętności. A to używają serwetek do ocierania ust przy posiłku, a to odkładają obuw na miejsce, a to dygają jak samozwańcze członkinie angielskiej rodziny królewskiej.
Jednakoż, kiedym ostatnio odbierała dzieciny z rąk brytyjskiej au-pair Łukaszka, która uczyniła wszystkie te powyższe cuda oraz dodatkowo sprawiła, że haftowanie monogramów na batystowych chusteczkach jawi się moim córkom jako najbardziej ekscytujące zajęcie we wszechświecie, okazało się, że natury nie da się oszukać.
Mimo entuzjazmu z jakim Biskwit przyswaja królewskie maniery, odnalazłam go śpiącego w psim koszyku.
Razem z psem.
A dokładnie na materacu z psa.
Konkretnie z doga niemieckiego.
Nel.
Pustynia.
Paszcza i puszcza.

Należy również odnotować, że gdzieś pomiędzy ogładą i zagładą Biskwit przetrącił sobie rękę.
Ledwie doprałam dzieciny po powrocie z wakacji u Hauptcioteczki, ledwie wyczesałam z koafiur ślady po diecie opartej na misiach z żelatyny, ledwie uleczyłam rany po ukąsach stu czterdziestu siedmiu komarów, a tu Biskwit rymnął ze stołka.
Nie żeby mnie to zdziwiło. Wszak cały dzień onegdaj powtarzałam, że jeśli będzie uparcie drażnił grawitację to źle się to skończy.
Trudno zatem powiedzieć, co najbardziej wkurzyło Biskwita, gdy zaznał upadku? Ból w łokciu, otłuczony zadek, podłość siły ciążenia, czy fakt, że matka miała rację? Dodatkowo Biskwita musiało rozsierdzić, że w zastępstwie wariografu podłączono go do cukierka, którego nie mógł rozpakować z papierka, co stanowiło dowód solidnego uszkodzenia lewej wypustki chwytnej.
Biskwita odwieziono na ostry dyżur chirurgiczny, gdzie po pięciu godzinach oczekiwania oraz sesji czternastu zdjęć roentgenowskich, chirurg poświadczył, że najbardziej ucierpiała godność Biskwita, gdyż łokieć, który podczas upadku uległ najpewniej dyslokacji, naprawił się sam.
Być może stało się to wtedy, gdy Biskwit postanowił, że prześwietli się razem z cukierkiem, przytulanką, butelką wody i ojcem przyczepionym do torsu. Prawdopodobnie, najostrzejsza szarpanina o cukierek okazała się lepsza niż interwencja chirurga. Chirurg, niestety, nie przewidział takiej kolei rzeczy i zbytecznie napoił Biskwita morfiną. Biskwit pod wpływem używek śpiewał do rana autorskie kawałki poezji i układał podniebną wieżę ze wszystkich strzykawek, które w ramach nagrody za wzorową postawę obywatelską, wyniósł ze szpitala.
Nagrodę tę, dla jasności, przyznał sobie sam.

A potem przyjechała Lucyna – rówieśniczka i przyjaciółka Dyni od czasów brytyjskiej porodówki i kołyski.
W tym roku, dzięki Lucynie, Dynia pokonała swoje liczne strachy, którym my nie potrafiliśmy, jak dotąd, w żaden sposób, dać rady.
Dynia, naśladując Lucynę, zaczęła sama skakać do wody i pływać bez trzymanki oraz innych styropianów. Odważyła się też po wielokroć użyć najstraszliwszej zjeżdżalni w parku wodnym. Wreszcie, niepostrzeżenie i nieświadomie wcieliła się w rolę tłumacza symultanicznego, co miało kluczowe znaczenie dla dobrostanu Lucyny rzuconej na głęboką wodę siedmiuset smaków lodów włoskich.
W rewanżu Lucyna podarowała Dyni kilka pożytecznych fraz, z których ‘Are you being sarcastic, mommy?’ nadal jeszcze wytrąca mi z rąk talerze i argumenty.
Noc przed odlotem Lucyny spędziliśmy bezskutecznie poszukując Wiffiego.
Był i znikł.
Lucyna odleciała nieco nieutulona w żalu.
Wiffy został.
Po naszym domu błąka się samotny wilk.
Lone wolf z poliestru.
Biskwit idzie w zaparte.

A kartony nadal nie spakowane, mimo że przeprowadzka jakby lada moment.
Hauptcioteczka przybyła, rozumiecie, żeby pomóc.
Czuję, że już nigdy niczego nie znajdę.

©kaczka

[370]

[6 Aug 2017]

(…)
W samym środku nocy obudziło mnie szuranie pod drzwiami wejściowymi do lokalu.
Zerknęłam na zegarek.
Dziesiąta rano.
Sobota.
Dziesiąta rano, sobota, czyli środek nocy dla kogoś, kto wysłał progeniturę na wakacje i jeszcze przekonał małżonka, że jeśli tenże pojedzie na te wakacje z dziećmi to sobie odpocznie.
To także środek nocy, dla kogoś, kto przez cały poprzedni wieczór nadużywał likieru bez banderoli, rozlewanego na galony i wrócił do domu śpiewając. (Bez obaw, rozwinę temat!)
A tu coś szura pod drzwiami i targa wycieraczką.
Klnąc szpetnie, wyruszyłam na rekonesans.
Szłam z piętnaście minut, nie dlatego, że lokal ma taki metraż, ani dlatego, że się zgubiłam. Po prostu w środku nocy chodzenie nie jest czynnością automatyczną, a każdy krok wymaga uprzedniej konsultacji z trenerem motywacyjnym. (A  jeśli do tego, człowiek upoił większosć neuronów likierem to popleść jakieś neuroprzekaźnikowe ścieżki z tych dwóch, które zostały, to zdecydowanie nie jest bułka z nutellą.)
Gdym wreszcie dotarła do drzwi i wlepiłam oko w judasza ujrzałam po drugiej stronie Wynajemcową z miotłą. Miotła stanowiła doskonałe uzupełnienie klasycznego wizerunku Wynajemcowej oraz prawdopodobnie ułatwiła jej transport w miejsce docelowe drogą powietrzną. Oprócz tego miał miejsce cud, bo Wynajemcowa sprzątała klatkę schodową, wyżywając się przy tym na naszych drzwiach wejściowych i wycieraczce. Ponieważ paliła przy tym papierosa bez filtra, popiół, który spadał na podłogę zapewniał jej niekończące się zajęcie.
I pewnie dlatego, gdy wychodziłam z domu dwie i pół godziny później (prysznic, śniadanie, dwa odcinki serialu), Wynajemcowa nadal sprzątała nam pod drzwiami te trzy metry kwadratowe półpiętra i rozsypywała popiół z sześćdziesiątego czwartego papierosa.
Inscenizując, że przez przypadek spotyka mnie tu na wycieraczce, Wynajemcowa zagrodziła mi drogę miotłą i zażądała odpowiedzi na pytanie, gdzie byłam w czwartek, trzeciego sierpnia, o dziesiątej dwadzieścia trzy i dlaczego nie w domu?
Moja odpowiedź na to pytanie, aż tak bardzo Wynajemcowej nie interesowała. (Słusznie, bo nadal  pod działaniem oparów likieru byłam w stanie jedynie odpowiedzieć: Trzeciego sierpnia którego roku???)
Najbardziej interesowało Wznajemcową, by podkreślić swoje rozczarowanie moją aspołeczną postawą i wyjaśnić, że moja czwartkowa absencja świadczy o tym, że złośliwie zignorowałam wiadomość zostawioną mi przez Wynajemcowego.
- Jaką wiadomość???!!! - jęknęłam. - List? Telefon? Śpiewający telegram z akompaniamentem mariachi?
Okazało się, że Wynajemcowy zostawił mi podobno na wycieraczce informację o planowanym terminie odczytu liczników.
Na wycieraczce!
I co? Pewnie na kolejnym, oderwanym rogu od recepty na xanax?
Acz, przy okazji, wydedukowałam, i to nawet trochę dobra wiadomość, że Wynajemcowa wpuściła drzwiami kuchennymi do swej rzeczywistości myśl o naszej wyprowadzce!
Wywnioskowałam to z jej oświadczenia, że bez odczytanych (dodajmy, z kronikarskiego obowiązku, dla wszystkich psychiatrów, których interesowałby ten przypadek – odczytanych na miesiąc przed opuszczeniem lokalu!) liczników, Wynajemcowa ma opory natury moralno-etycznej, aby zwrócić nam kaucję za lokal.
Och (!)




Tymczasem, zmieniając temat na przyjemniejszy, dwa miesiące temu zaczęły odpadać mi ręce.
Od kości.
Zdarzyło mi się to już kiedyś na Wyspach.
Wtedy, pod wpływem doktora House'a zdiagnozowałam u siebie toczeń, opcjonalnie trąd, lekarz rodzinny życzliwie poradził zażyć paracetamol i wykorzystać techniki afirmacyjne oraz nie lekceważyć potęgi autosugestii w leczeniu, a doktor Google orzekł, że to patologiczna forma reakcji na promienie UV i zalecił niewychodzenie z domu od marca do października.
Ja tam może nawet mogłabym i żyć z takimi odpadającymi rękami, ale mikrobiolog w mojej głowie, ten schowany gdzieś za hipokampem, mamrotał spoglądając na otwarte rany: wrota infekcji, wrota infekcji, OTWARTE WROTA INFEKCJI!
Żeby tylko wrota! Wrót tyle, co bram wejściowych na Wembley. A gdy plastry zaczęły nakładać się na moich dłoniach warstwami, a ja sama musiałam podkradać te plastry dzieciom, bo swoje, te bez wizerunków postaci popkultury Disney'a, zużyłam do ostatniej paczki to uznałam, że pora na kontakt ze służbą zdrowia.
Traf chciał, że pracodawca wysyłał mnie akuratnie na badania okresowe, a któż jak nie specjalista od medycyny pracy winien mieć rozeznanie w egzemach i wypryskach kontaktowych?
Zrządzenie losu.
W teorii.
Lekarz medycyny pracy, dwudziestoletni Hipokrates w szelkach, był życzliwy, współczujący i bardzo szczery.
- W życiu czegoś takiego nie widziałem - powiedział, a ja poczułam się nawet trochę wyjątkowo.
(Choć obiektywnie rzecz biorąc, skoro życie krótkie, to nic dziwnego, że nie widział.)
Zapadła kłopotliwa cisza.
- A może to bostonka? - zaryzykował współczesny Hipokrates. Mogłoby się zdawać, że opiera to rozpoznanie na wciąż jeszcze żywych wspomnieniach z własnego przedszkola.
- Nieeeeeeeee – storpedowałam diagnozę. - Mam dwoje dzieci, bostonkę miałam na kwaterze już dwa razy...
- I co? I co? - zainteresował się Hipokrates. - To bostonka wygląda inaczej?
- No, ba! - odpowiedziałam.
Kłopotliwa cisza.
- To nie wygląda dobrze – wspiął się na wyżyny empatii Hipokrates i nadludzkim wysiłkiem umysłowym, w mentalnej fuzji Doktora House'a, Doogie Howsera oraz Bińczyckiego jako Znachora udzielił mi porady lekarskiej, która brzmiała (cyt.): Na pani miejscu to ja poszedłbym z tym do lekarza.
 
Poszłam.
Tego samego dnia poszłam.
Do radiologa.
Radiolog pożyczył mi maść na sterydach i odkapslował galon irlandzkiego likieru.
(Maść miała banderolę.)
Na skutek tej sprzężonej terapii ręce błyskawicznie mi odrosły, acz możliwe, że kosztem wątroby.
Oto niekwestionowany sukces medycyny sąsiedzkiej.

©kaczka

[369]

[31 Jul 2017]

(…)
Bywa, dość regularnie bywa, że otwieram swoją urzędową skrzynkę z mejlami, a tam gdzieś między pikselami błyska wiadomość o treści: 
Hi, Jesus here. What can I do for you today?
Mój Boże (sic!), myślę w panice, od czego zacząć???!!!
Położyć kres konfliktom zbrojnym? Zadbać o równouprawnienie? Przetasować PKB? Lek na raka? Ratować orangutany na Borneo? A może każdemu po czekoladce?
Jesus to kolega z filii w Rio.
Robi najbardziej barokowe tabelki w Excelu.

©kaczka

[368]

[26 Jul 2017]

(…)
Okazało się, że wystarczy zastukać umówioną ilość razy w tylne drzwi fabryki drożdżówek i mieć odliczoną kwotę w nieznaczonych monetach jednocentowych, a zza drzwi wychynie diler wypieków maskujący swą tożsamość workiem po bio-mące nasadzonym na głowę i potajemnie wyda kilka działek z kruszonką lub cukergusem.
To się źle skończy, myślę od wczoraj, jednocześnie przeszukując kieszenie w poszukiwaniu jednocentówek.
(Ale tłumaczę sobie, że wszak oddaliłam się poza swoją strefę komfortu na taką odległość, że nie sposób abym kiedykolwiek tam wróciła, jeśli nie oznaczę drogi powrotnej okruszkami.)
Wczoraj zdematerializował się cały mój zespół.
Błąkam się po pustych, laboratoryjnych korytarzach. Nad niektórymi drzwiami migają nerwowo czerwone, awaryjne światełka.
Trochę to wygląda tak, jakby przyszedł Brad Pitt i kazał wszystkim się ewakuować przed atakiem zombie, a mnie ominęło, bo akurat kupowałam drożdżówki na czarnym rynku.
Oczywiście korzystam z okazji i jak Manuel, któremu pozostawiono pod opieką Hotel Zacisze, niemożebnie jaram się podrywając słuchawki we wszystkich dostępnych telefonach,  krzycząc doń 'kaczka Towers Bakterioza Biocenoza Psychoza GmbH how are you?'
Przetestowałam już wszystkie rodzaje kawy wypluwane przez automat ze stroboskopowym okiem i wiem, że wszystkie smakują tak samo niezależnie od tego, czy wyciekają jako latte, espresso, czy Tee mit Zitrone.
Od wczoraj przez cały dzień towarzyszy mi wyłącznie mucha, a popołudniami grecka sprzątaczka. Zarówno z jedną, jak i z drugą nie znalazłam wspólnego języka, ale szczególnie dla greckiej sprzątaczki to żaden problem.
Poszłabym do domu, ale a nuż któryś telefon jednak zadzwoni i będę miała niepowtarzalną okazję imitować eksperta w dziedzinie bakteriozy lub psychozy.
Żal taką okazję zmarnować.
(...)
W piątek, pięć dni przed końcem roku szkolnego, Dynia przyniosła do domu świadectwo, które przez zupełny przypadek odkryłam w jej tornistrze. (Intuicja mi podpowiada, że chyba w takim razie nie ma nadziei na apel z pocztem sztandarowym i częścią artystyczną.) Notabene, mimo że rozdano świadectwa i że ostatniego dnia szkoły lekcje skrócono do jedenastej, nadal dzieciny nie można bezkarnie zwolnić na wcześniejsze wakacje.
Jednocześnie, Dyrekcja placówki imienia Ofiar Holocaustu wystosowała list, że pierwszego dnia po kanikule, mocą nadaną jej z wysokości Ministerstwa Edukacji, skraca lekcje.
Zaiste to jakiś cud świętego Analfabecjusza, że przynajmniej część młodzieży z klasy Mastodontów nauczyła się czytać. (Druga część powtarza klasę.)
List od Dyrekcji zapowiada również coroczny, bezalkoholowy Oktoberfest na terenie placówki. W tym roku mottem imprezy są … grzyby!
Roquefortem już nie przyozdobimy szkolnej wystawy, więc zastępczo prześladują mnie fantazje związane ze słoikiem marynowanych sromotników podanych na bankiecie dla wybranych przedstawicieli grona.

(...)
Ostatnio, żyjemy starotestamentowo.
Sąsiadka, która przechowuje popołudniami Dynię i Biskwita karmi dziewczęta rosołem na koszernej soli i dodaje dzieciny do macy. (Kto poznał obyczaje higieniczne Biskwita ten nie bez lęku będzie spożywał przyrządzone przezeń potrawy z obawy na niekonwencjonalne dodatki). Naszpani od Mastodontów odwiedziła w czasie ostatnich wakacji (tych, nie wypominając, sprzed miesiąca) rodzinę w Izraelu i zdaje się, okazała Mastodontom zdjęcia, nie szczędząc przy tym obfitego teologicznego komentarza.
Dynia hiperwentylowała się od tych historii, wyrażała nieprecyzyjnie uzasadnioną chęć natychmiastowej przeprowadzki, a z dalszej naszej rozmowy wyszło, że Dynia kompletnie ominęła wątek tego, że z Izraela pochodzi również Ryfka.
Gdy wprowadziłam ten twist do fabuły, Dyńce pospinały się wreszcie te wszystkie kognitywne wypustki w szarej masie i zadała jedyne słuszne pytanie, poprzedzone nadużywanym ostatnio wstępem: Oh, mein Gott!, a dalej to leciało już tak: Mamo, czy Ryfka spotkała Jezusa???!
Otóż niekoniecznie i jak się okazuje nie z własnej winy.
Nocowała tu Ryfka niedawno pośród hałd czipsów, popcornu, pizzy i strumieni oranżady, a co za tym idzie odbierał ją po południu ojciec Ryfki, który rzucił snop światła na harmonogram spotkań Ryfki z Jezusem.
Otóż mimo uczestnictwa w ekumenicznych zajęciach z religii, Ryfka wykazywała ponoć zaskakującą obojętność na geografię jednej ze swoich licznych ojczyzn. Domowe wzmianki o Betlejem, czy o Jerozolimie nie wywoływały w Ryfce żadnych objawów lokalnego patriotyzmu, ani biblijnych skojarzeń. Sprawę wyjaśniło świadectwo, które Ryfka przyniosła do domu i które matka Ryfki przez przypadek znalazła w tornistrze. W świadectwie stało bowiem, że Ryfka bardzo lubi lekcje religii, a już najbardziej wszystkie te biblijne opowieści, które dzieją się w... Palestynie, typu narodzenie, ukrzyżowanie, zmartwychwstanie.
Ojciec Ryfki uznał tedy, że oto ma misję, aby udać się do placówki i życzliwie wyjaśnić ekumenicznej naszpani, że geografia polityczna Półwyspu Synaj jest jednak bardziej skomplikowana niż wynikałoby to z filmów, w których Indiana Jones szuka zaginionej Arki.
Naszpani ma bowiem dwadzieścia lat  i najbardziej lubi podróżować (!) i czytać Harry'ego Pottera.
Idę po popcorn.
Z solą.
Koszerną.


©kaczka