Image Slider

Poradnik Inwestora, czyli kaczka radzi w co lokować kapitał

Drodzy Czytelnicy,

Kilka postów temu hojnie ciskaliście w kaczkę mulionami bilonu i zylionami banknotów w szczerej walucie uczucia. To udowadnia, że Wasza zdolność kredytowa jest nieograniczona, mniej więcej tak, jak kaczki zdolność do jedzenia pierogów (zawsze zmieści się jeszcze ten jeden, mylnie otagowany jako 'już naprawdę ostatni').

Czuję się zatem w obowiązku ostrzec Was, że kaczka to ścichapęk i defrauduje muliony oraz zyliony, a bilon i banknoty przepuszcza na swoją kolekcję naczyń rytualnych zdobionych błękitnokrwistymi celebrytami.
I tak, w tym roku, po trzech latach posuchy, nienachalna kolekcja kaczki wzbogaciła się o jeden eksponat, który przyleciał pocztą z Wysp Brr. Eksponat był  czule poowijany bibułkami, nie miał adresu zwrotnego i tak doskonale imitował okrągły ładunek wybuchowy, że cud prawdziwy, że nerwowa poczta go nie zdetonowała w ramach profilaktyki terroryzmu. (O kolekcji kaczki przeczytacie na samym dole.)

Jednym słowem, kaczka w tym roku otrzymała już w s z y s t k o przez duże WSZY (co aż prosi się o szkolną dygresję, ale wyjątkowo  się powstrzymam) i doprawdy, nie wypada prosić o więcej.
Tymczasem są wśród nas, tacy, którzy muszą prosić, bo właśnie dotarli do monolitowej ściany swoich możliwości albo brakuje im donośnego głosu, by zwrócić na siebie uwagę.

To z myślą o nich debiutuje tu na blogu: Poradnik Inwestora, czyli  Piramida Finansowa kaczki.





Artykuł sponsorwany przez Pe Ka O.
Czyli Potrzeby, Konieczności i Okoliczności.

Poradnik Inwestora zawiera subiektywną, zestawioną przez kaczkę listę rozmaitych potrzeb, dzieł i akcji, w które można bardzo korzystnie  zainwestować myśli, słowa, opcjonalnie, uczynki i w odwecie spodziewać się pomnożonych zysków, od których nie trzeba płacić podatku dochodowego i które, z czystym sumieniem, można zataić przed ZUS-em!

Bieżąca lista (możliwe, że będą kolejne, okolicznościowo-sezonowe wydania Poradnika, a może była to jednorazowa inicjatywa?) -  podkreślmy wężykiem - jest bardzo subiektywna. Dzieł i potrzeb nie ustawiono według hierarchii ważności, kolejności alfabetycznej, czy po kolorze okładki. Listy nie trzeba podpisywać, acz uradujecie kaczkę, jeśli w komentarzach podrzucicie swoje akcje i obligacje. (Gwoli niezbędnego wyjaśnienia, ucieszy mnie nie  to, że tyle jest spraw, które trzeba załatwiać w trybie obywatelskim, ale to, że Tryb Obywatelski jest  silny, szlachetny i robi co może.)

No to lecimy.

Robótka 

Każdy, kto bywa na blogu kaczki, z pewnością o Robótkę się potknął. Robótka to przecież wspólne, dorodne dziecko kaczki Kierowniczki i Woźnej Bebe. Tę dorodność Robótka zawdzięcza wszystkim, którzy uwierzyli Komitetowi DezOrganizacyjnemu, że kilka słów napisanych na kartce i wysłanych do konkretnego Starszaka z Domu Pomocy Społecznej  dla Dzieci w Niegowie zmienia świat na lepsze. Nawet, jeśli ten świat to niewielki ogrodzony teren plus kilka zabudowań przy szosie na Ostrołękę.  Starszaki kochają Robótkę, kaczka i Bebe od listopada do grudnia brodzą jak dwa  oczadzone flamingi wśród fal wzruszenia, Robótkowicze specjalizują się w realizacji najdzikszych Starszakowych marzeń (konsola dla Marcina, balon dla Leszka!!!), a listonosze w Niegowie już od wakacji  konsumują proteiny na masę i na rzeźbę, by poradzić sobie z dodatkowym wsadem korespondencyjnym. I choć o Robótce huczymy zawsze najgłośniej przy okazji Bożego Narodzenia to nie ograniczamy jej wyłącznie do sezonu świątecznego. Starszaki czekają na kartki przez cały rok.
Jak się przyłączyć? [KLIK] 

Franek 

Ktoś jeszcze nie zna Franka? Niemożliwe. To ten elokwentny, sześcioletni blondas, który na pewno wie, jak nazywa się stolica Suazi, jakie kolory ma flaga Zimbabwe i potrafiłby w lokalnym narzeczu zamówić frytki w Madrycie. Problem w tym, że ciało nie nadąża za intelektem Franka, bo ciało choruje na przeponową postać zaniku mięśni SMARD1. To  ciało trzeba maltretować nieustanną rehabilitacją, którą Franek znosi godnie i cierpliwie, jak przystało na superbohatera. Pomóc można tędy [KLIK] (A ja pytam, dlaczego nie ma tam osobnego konta na ulubione Frankowe brewerie: frytki, mapy polityczne świata i 'Zarys gramatyki hiszpańskiej dla zaawansowanych'?)

Ada 

Ada cierpi na dziecięcą odmianę Alzheimera (Zespół Niemanna-Picka typu C). Tyle, że Ada ma już dwadzieścia jeden lat i nie kwalifikuje się do bezpłatnego programu leczenia, w którym testowany będzie lek cofający objawy  choroby. Taką szansę dostał jedynie jej brat również obciążony zespołem Niemanna-Picka. (Urzędniczy wybór Zofii, psiakrew!) Dla Ady ostatnią szansą jest przyjmowanie leku, który hamuje postęp choroby. Remisja daje jej nadzieję, że doczeka leku, który odwraca objawy choroby. Tymczasem lekarstwo hamujące postęp Alzheimera, Zavesca (Miglustat),  nie jest refundowane  w Polsce, a koszt miesięcznej kuracji to 40 000 PLN. Z pomocą Adzie ruszyli ilustratorzy z kraju i Europy, przekazując na licytacje swoje prace. Linki do kolejnych licytacji zawsze wisiały na kaczym blogu. Z małych i dużych wpłat  dokonanych przez ponad trzy tysiące osób uzbierała się, jak dotąd, prawie jedna trzecia potrzebnej kwoty. Dzięki temu Ada zaczęła terapię i pierwszy raz od długiego czasu czuje się lepiej. To ogromny sukces, ale za wcześnie by spoczywać na laurach.
To nie tylko kwestia finansów. Może ktoś zna kogoś, kto zna kogoś, kto zna kogoś, kto spotyka producenta leku  na spacerze z berneńskim psem pasterskim lub macza z nim okazjonalnie chleb w tym samym garnku do fondue  i mógłby, przy okazji, dla Ady uprosić jakąś zniżkę? Niezbadane są przecież meandry i przecznice internetów.
Jak pomóc Adzie?  [KLIK]

Liliana  

To pierwszy przypadek w historii bloga, gdy ktoś uznał, że kaczka ma zasięg i zwrócił się z prośbą o pomoc w wirtualnym nagłaśnianiu i natrąbianiu. Lila ma dwa lata. Nie chodzi, nie siedzi, nie raczkuje, nie mówi, nie potrafi przekręcić się z jednego boku na drugi, nie ma władzy w rękach. W Polsce wyczerpano wszystkie możliwości diagnostyczne. Istnieje podejrzenie, że Lila cierpi na niezmiernie rzadki zespół wad wrodzonych – chorobę Aicardi-Goutieresa (AGS). Jakiekolwiek będą wyniki aktualnie trwających badań, rodzice i tak będą potrzebować wszelkiej pomocy, albo żeby sfinansować lek na AGS albo żeby dalej szukać przyczyny stanu Liliany. To nie tylko kwestia finansów.  Diagnostyka może zmusić rodzinę do podróży do Paryża lub Filadelfii. Na pewno tam na miejscu przydałaby im się ktoś życzliwy. Może ktoś zna ekspertów od mielinizacji? Informacje o tym, jak pomóc tu [KLIK]

The White Helmets 


Syryjska obrona cywilna potrzebuje finansowego wsparcia. Kto inny otrzymał w tym roku nagrodę Nobla, rozpoczęła się zatem społeczna zbiórka, której celem jest zgromadzenie miliona dolarów, czyli sumy pieniędzy  równorzędnej nagrodzie. Zebrane fundusze zostaną przeznaczone na ubrania ochronne, sprzęt ratowniczy, pomoc medyczną dla rannych i pomoc dla rodzin tych wolontariuszy, którzy zginęli na służbie.
Gdzie pomóc? [KLIK]

Macierzyństwo bez lukru 


to akcja dla chorego na rdzeniowy zanik mięśni, sześcioletniego Mikołajka. Akcję zainicjowała sześć lat temu i niestrudzenie pcha do przodu Dorota Smoleń, czyli Chuda z bloga Od rana do wieczora. Już cztery razy udało się Chudej przekonać śmietanę polskiej blogosfery do wspólnej publikacji na zadany temat. Autorzy zrzekli się honorariów, a dochód ze sprzedaży poszczególnych antologii zawsze w całości zasila konto Mikołajka. W najnowszej, czwartej  edycji o tytule: 'Macierzyństwo bez photoshopa' nie ma tekstów kaczki, co niektórzy mogą nawet uznać za zaletę. Nienasyconych kaczką odsyła się do tomu drugiego i trzeciego, w których pełno kaczych bonmotów. Przedstawienie szczecińskiego teatru Kana – Projekt Matka – jest spin-offem projektu i zawiera kaczkę w kaczce.
Najnowsza antologia blogerskich tekstów tu [KLIK]

Amelka
rys. Elena Barilli
Amelka z mozaiką w dwudziestym chromosomie potrzebuje rehabilitacji. Rodzice Amelki zaangażowali w pomoc dla swojej córki twórców komiksów z całego świata. Nie wypada przegapić tego fanpage'a [KLIK], ani strony www  [KLIK].


Akcja Mentalna Makrela

zdj. Janina Daily
Janina też ma już wszystko (w jej wypadku wszystko jest większe i bardziej puchate niż kolekcja nieporęcznej, rojalistycznej ceramiki, patrz niżej) więc Janina dzieli się nadwyżką z osieroconymi i chorymi fokami. I nakłania do tego innych zarzucając przynętę z puszystych ptysiów i aksamitnych labradorów. Tędy [KLIK]


I tu już nieomal koniec.

Dla tych, którzy dotarli do tego miejsca, BONUS! fragment bezcennej kolekcji kaczki strzeżonej przez gang Pana Kuleczki (owoce natchnionej imaginacji i zwinnego szydełka). Uśmiech Pana Kuleczki sponsorowany prawdopodobnie przez zawartość garnka Rumtöpfle.


Kolekcja kaczki liczy dziesięć  egzemplarzy okołokoronacyjnej brytyjskiej ceramiki zakupionej w starannie wyselekcjonowanych charity shops (trzech jakie były w stu osobowej wsi). Kolekcja ta nie ma żadnej wartości, tematu przewodniego, drugiego dna, ani  nawet sensu. Jednakoż, powtarzając za Sheldonem Cooperem: What's life without whimsy!
[1]

([1]
The Big Bang Theory/The Lunar Excitation (2010)
Sheldon Cooper: But for the record, I only drink hot chocolate in months with an R in them.
Howard Wolowitz: Why?
Sheldon Cooper: What's life without whimsy.
)

Rzutem na taśmę, w temacie kaprysów, czyniących życie przyjemniejszym:

Artur

zdj. Deon.pl

Artur to adoptowany syn siostry Małgorzaty Chmielewskiej. Dorosły autystyk. O tym, jak siostra Chmielewska łata biedę rozdając wędki zamiast ryb, można przeczytać w wielu miejscach, na przykład tu, u samego źródła [KLIK]
kaczka natomiast zwraca Waszą uwagę na osobę Artura. Młodzian ten ma kilka oryginalnych pasji. Pierwsza, to Scooby-Doo. Druga, to kieszonkowe wydania komiksów z bohaterami Disneyowskich kreskówek w dowolnych językach. Dla utrudnienia, wszystko najlepiej w dwóch identycznych egzemplarzach. Dla ułatwienia, ksiażki mogą być używane. (Wysyłka na adres domu w Zochcinie lub Nagorzycach)



Zabrzmi to wyjątkowo banalnie, ale razem, po prostu, możemy więcej.

Pod postem znajdują się rozmaite guziki mediów społecznościowych. Rozprzestrzenianie powyższego Poradnika w całości, czy fragmentach, dozwolone, a nawet wskazane.


©kaczka

[318]

[4 Dec 2016]


(...)

Lada moment!
(...)
W odpowiedzi na post o czyszczeniu sreber zostałam zasypana listami. Ich ogromna ilość obnażyła niespotykaną skalę probelmu.
Wszyscy trzej nadawcy, dacie wiarę, nie śpią po nocach, bo sen z powiek  spędza im kwestia brudnych łyżeczek ze srebra, które otrzymali w posagu.
(Nie wypada kopać leżącego, więc nie pytajmy, co zrobili, że tak bardzo nienawidzą ich własne matki!)
Zanim więc tych trzech nieszczęśników otrzyma sądowy zakaz zbliżania się do placówek edukacyjnych na odległość stu metrów, wbiegam do budki telefonicznej, wychodzę zeń jako Martha Stewart i podaję publicznie przepis na czyszczenie srebra dla leniwych.
Ten, którym Norweski nie zdążył podzielić się z Montessorianami.
Oto  dno naczynia żaroodpornego należy wyłożyć folią aluminiową i hojnie posypać solą kuchenną.
Na tej soli rozkłada się swój posag i wszystko zalewa wrzątkiem, a za pięć-dziesięć minut odławia się fanty lśniące jak lustro i to nawet w miejscach, gdzie nigdy nie dotarłyby dłonie najdrobniejszego  przedszkolaka.
(Uprasza się pamiętać, że [i] proces emituje smrodliwe gazy w typie siarkowodoru, więc  nie należy się z nim zamykać w pomieszczeniu na szczotki. [ii] Zawsze warto przeprowadzić próbę na pojedynczym egzemplarzu łyżeczki. To na wypadek, gdyby ciotka Ziuta przyoszczędziła na naszym ślubnym prezencie. I wreszcie [iii] jeśli srebro jest oksydowane to po terapii w folii alu już nie będzie. Nieodwracalnie. Warto więc z nim to ustalić nim odpalimy czajnik.)
Kiedy oniemiejecie na widok rezultatów, nie krzyczcie aby: Norweski, jaka ta chemia jest cudowna!
Norweski przewróci bowiem oczami, westchnie ciężko i powie, że chemia to jest tylko jedna.
Organiczna.
W szczególe zaś - syntetyczna.
Cała reszta, jak na przykład to coś, co akurat śmierdzi w waszej misce, to taka homeopatia i akupunktura nauki.

(...)
Trwa Adwent, więc jak to w Erefenie, wypada bywać na świątecznych jarmarkach i kupować ciasteczka dochódzktórychzasili.
Po trzech latach to atrakcja, której scenariusz jest przewidywalny – smażona kiełbasa, grzane wino, karuzela, stoisko z wyrobami z filcu, kiosk z amuletami, grupa młodzieży, która  podwędziła matce gofrownicę o wydajności dwóch gofrów na piętnaście minut i wypieka gofry w jakiejś intencji, kolejka czterdziestu osób ustawiona do gofrów, chór miejscowej szkoły muzycznej i amatorska orkiestra dęta. A do tego, wszyscy chcą ci wcisnąć ciasteczka.
Największą siłę perswazji ma zazwyczaj miejscowy klub podnosicieli ciężarów.
(Pozostaje tajemnicą, jak oni lepią te maleńkie ciastka paluchami w rozmiarze francuskich bagietek?)
Tak, po trzech lat magia i czar tego eventu jakby się opatrzyła.
Szczególnie, że kiełbasa po cztery pięćdziesiąt, a jeden przejazd karuzelą  - dwa ojro.
To znaczy są tu na pewno takie jarmarki, gdzie spotkać można japońskich turystów, wino nie jest domową produkcją szwagierki naczelnika poczty, sprzedawana kiełbasa nie była z przeceny w Lidlu, a koń na karuzeli nie wygląda jak wyciągnięty na powierzchnię Łysek z pokładu Idy.
Ale to nie u nas.
Dodatkowo nie ułatwia, że mieszkamy na rozstajnych drogach, u zbiegu trzech wsi.
Do szkoły chodzimy w jednej, na ksylofon w drugiej, a liga dwóch ogni 'Rącze Messerschmitty' gra w trzeciej. A taki klub ninja to w ogóle obwoźna ekipa z sąsiedniego miasteczka.
Zatem są oczekiwania, że oblecimy wszystkie jarmarki i z każdego wyniesiemy wygniatane gdzieś, pod presją, ciasteczka.
Nadzwyczajnie to krzepiące, że takie ciasteczka obowiązkowo jednak poddawane są obróbce termicznej, gdyż zdarzyło się ostatnio iż Norweski przeczytał pierwszy rozdział książki Jespera Juula (podziękowania, dedykacje lub spis treści) i to już tak wstrząsnęło jego ojcostwem, że zabrał się za konsolidowanie więzi. Zebrał swe dzieci i, przy nagłym odpływie zdrowego rozsądku, przymusił do pieczenia ciasteczek.
Zupełnie nie bacząc na to, że Dynia najchętniej uczy się na błędach, a Biskwit gardzi autorytetami, więc nikt nie będzie Biskwitowi mówił, ile to jest sto dwadzieścia gramów masła albo żeby nie wycinać z ciasta odklejonego od podeszwy.
Zatem, gdy pomyślę, że to niemożliwe, że my jedni odklejamy od podeszwy i 'Właściwie Norweski, czy one umyły te ręce zanim wraziły je po łokcie w ciasto???' to jednak ulga, że dwieście stopni Celsjusza i najczęściej już brak entuzjazmu na etapie pakowania w torebki.


(...)

Poradnik jedzenia jarmarcznych Wurstów po zmroku. Dynia (2016)

(...)
Biskwit, towarzysząc mi podczas badań medycznych, otrzymał w ubiegłym tygodniu w prezencie balon nadmuchany z diagnostycznej rękawicy i przerobiony na Pinokia przy pomocy wodoodpornego flamastra. Wilson – skojarzenie trudne do uniknięcia - towarzyszy nam odtąd wszędzie. Biskwit scalił się w jedno z Wilsonem. Razem śpią, razem jedzą, razem dłubią w nosach, razem przesiadują w stajni. A tu w s z y s t k o czyha na wolny od lateksu, hypoalergiczny, przezroczysty żywot Wilsona! Otwarte okno, gorąca płyta kuchenki, widelec, komplet zaostrzonych ołówków...
I pomyśleć, że średnia długość życia chomika wydawała mi się kłopotliwa, by czynić zeń zwierzę domowe.

(...)
Miewam regularne ataki paniki w temacie, jak taki maleńki i bezbronny Biskwit poradzi sobie sam pośród Szwabskich Kluseczek. A potem widzę, jak Biskwit jednym ciosem w plecy wydobywa z adwentowego kalendarza w s z y s t k i e czekoladki naraz i jestem jakby spokojniejsza.




©kaczka

[317]

[30 Nov 2016]

(...)
Wróćmy jeszcze na chwilę do Montessorian, którzy kilka dni temu  nadesłali wiadomość. W tej wiadomości  potwierdzają, że otrzymali CV dwulatki i chcieliby nas poznać osobiście. Proponują, by to nastąpiło na wieczorku zapoznawczym w marcu.
Ponieważ życiorys wysłaliśmy pocztą, Montessorianie najwidoczniej nie skojarzyli, żeśmy już raz do wypęku odbębnili ten wieczorek.
I to jest ta jakby pozytywna część wiadomości. Nie ma żadnej asocjacji między nami, a tą rodziną, która przyprowadziła dzieci wyturlane w bagnie dając tym dowód, że a) nie stać ich na opiekunkę, b) nie stać ich na pralkę, c) lekceważą sen i mycie zębów swej progenitury! Jej!
W takim razie dałoby się może jeszcze coś tu ugrać. Moglibyśmy w marcu przyjść przebrani. Norweski założyłby przyciasne buty od ślubnego garnituru, ja suknię z trenem i kapelusz zdobiony najefektowniejszymi, genetycznie niezmodyfikowanymi osiągnięciami erefenowskiego sadownictwa.
Tyle, że Norweski się rozpłakał i powiedział, że drugi raz już nie pójdzie.
Pytam, czy chodzi o to, że mu tak złamała morale publiczna debata o szczęśliwych nitkach spaghetti i o pogodnych pomidorach?
Norweski odpowiada, że o dziwo, to akurat nie. Ale, że zaraz po tym, gdy uciekłam w połowie zebrania (w mojej wersji: wyszłam z godnością tłumacząc, że muszę odłożyć dzieci do łóżek), rozwinęła się czasochłonna dyskusja o polerowaniu sreber.
Okazuje się, że zgodnie z tradycją montessoriańskiej edukacji dziateczki uczą się rzeczy niezbędnych w codziennej egzystencji, wspomagających ich dążenie do samodzielności, pozwalających dokonywać zmian w otoczeniu oraz utwierdzających dzieciny w przekonaniu, że wykonywana praca ma znaczenie. Lista przygotowana przez przedszkole zawiera: gotowanie na kuchence gazowej, prasowanie elektrycznym żelazkiem i ... polerowanie srebrnych łyżeczek.
Rozumiesz, mówi Norweski, dwudziesty pierwszy wiek, listopad, dwa tysiace szesnasty, godzina dwudziesta pierwsza trzydzieści, a ty się dowiadujesz,  że do dziecięcej wyprawki, oprócz gumowych portek i szczoteczki do zębów, masz dorzucić zestaw dwunastu srebrnych łyżeczek deserowych.
I to jeszcze nic, powiada dalej Norweski, bo gdy gotowałem się, żeby wstać i powiedzieć: Ludzie! Na bogów! Dwudziesty pierwszy wiek, listopad, dwa tysiące szesnasty , godzina dwudziesta pierwsza trzydzieści, jeśli naprawdę chcecie mieć czyste srebra (!) to przestańcie wykorzystywać nieefektywne sposoby napędzane dziećmi i  kupcie sobie aluminiową płytkę na kanale telezakupów lub wykonajcie ten myk z wrzątkiem, solą i folią alu... 
to nie zdążyłem, bo zerwała się z krzesła jedna z matek i zapytała, czy ten środek, którym czyszczą dzieci jest aby na pewno przyjazny dla delfinów!


 (...)
Tymczasem lada dzień – nowość! – kaczka nadchodzi z ... Poradnikiem Inwestora. Stay tuned!

©kaczka

[316]

[25 Nov 2016]

(...)
U nas, jak to w życiu, trochę poezji, trochę prozy. A nawet grozy.

Poezja.

Proza i groza.

(...)
Nie ja pierwsza pewnie zauważyłam, że sektor edukacji jest jak jak Wiktor Frankenstein. Błąka się toto w ciemnościach po cmentarzach idei i wykopuje coś na chybił trafił, potem  zszywa z kawałków, tu rączka, tam nóżka, tam głęboki stan rozkładu i jeszcze na końcu to, co sklepał  z kawałków, posądza o inteligencję.
A przy tym, za wpłatą na komitet rodzicielski gotów cię ścigać na biegun północny.
Nie ja pierwsza zauważyłam, ale notuję.


Dynię wyrzucono z zajęć wyrównawczych z niemieckiego.
Wzdycham. Idę do naszpani. Pytam: 'Czemuż?'
Naszpani odpowiada, że to przez elokwencję.
Wzdycham i przypominam, że to przecież nie ja na wywiadówce reklamowałam, że te zajęcia należą się każdemu dziecku niezależnie od diety, religii, koloru skóry lub tego, czy potrafi przeliterować Betäubungsmittelverschreibungsverordnung.
(Do tego każdy przecież spotkał kiedyś jakąś elokwentną posłankę, która mówiła wziąść, więc argument to raczej chybiony.)
Naszpani wzdycha i odsyła mnie do Dyrekcji.
Dyrekcja wzdycha i mówi, że i owszem wspominała, że należy się każdemu, ale skąd na to brać, no sama pani powie, skąd?
(A bo ja wiem? Z funduszu poliestrowych wiewiórek dla afrykańskiej wioski?)
Po tygodniu Dyrekcja ściąga ze strychu jakiegoś człowieka, otrzepuje z pajęczyn, sponsoruje mu nowe baterie do rozrusznika serca i wstawia do klasy elokwentnych.
Moja wizja była taka.
(Muszę opisać, aby udokumentować, jak bardzo mi się rozjechała z rzeczywistością.)
Dziateczki siedzą w kółeczku, nauczyciel pokazuje im obrazki, młodzież gawędzi o treści a mimochodem chłonie siedemnaście synonimów słowa Führer i pojmuje znaczenie słów takich, jak synestezja, populizm i repasacja.
Nad tym wszystkim zaś przelatują jednorożce i defekują tęczą używając przy tym prawidłowych przedimków.
Tymczasem, jak się okazało zdjęty ze strychu pan zaczyna młodzież uczyć czytać i pisać. Tą samą metodą jaką uczył Bismarcka. Czyli, dodajmy, kompletnie inną niźli nowoczesna, eksperymentalna, eksplodująca fajerwerkami fryburska szkoła ortografii.
Wzdycham. Idę do naszpani. Pytam, czy jej wiadomo i czy nie uważa, że to stanowi solidną zmarszczkę na tej idealnej tafli procesu nauczania, który tu przedpołudniami poleruje. Że pan ze strychu wprowadza dziateczki w konfuzję, a świerzb to już od tego tak pewnie zgłupiał, że przerzucił się na dietę wegańską?
Naszpani wzdycha i mówi, że to nauczyciel oddelegowany z ratusza, który wszakże p o w i n i e n wiedzieć, jakich metod używa szkoła.
Acha! Powinien, tak?
No, ale zdaje się, że po sformatowaniu rozrusznika nikt mu tych danych skutecznie nie zaktualizował?
Naszpani obiecuje omówić problem z Dyrekcją.
Mija kolejny tydzień.
Dyrekcja zderza się ze mną na korytarzu, przyciska do obfitej piersi, tuli z matczyną czułością, a jednocześnie wyładowuje się elektrycznie, gdyż pociera swoje naelektryzowane, poliestrowe tuniki o moją wełnianą kurtkę.
(Chce mnie podpalić?)
- Frau kaczko! – rzecze Dyrekcja strzelając spod palców iskrami. – Dotarłam do źródła problemu!

(Nad moją głową chór aniołów wyciąga wuwuzele gotowy do wykonania Aleluja z Oratorium Mesjasza! Razem uratujemy edukację!)

- ... otóż, wydaje mi się, że pani po prostu za dużo myśli!
...
...
...
...
...
...
...
...
Yyyyyyyyyyyyy.... chyyyyyyyyyy.... yyyyyyyyy...
Zarzucenie myślenia stanowi jakąś alternatywę, ale wydawało mi się, że to akurat aktualny program oświaty?

To, co? Teraz to już chyba tylko na wódkę z Winstonem Smithem?
Ktoś idzie z nami?

©kaczka



PS Jarecka #mamgorzej

[315]



[22 Nov 2016]

(...)
Kiedy Biskwit, w akcie konsumowanej na zimno zemsty, zmienił mi ustawienia telefonu na jeden z dialektów Uttar Pradesh i prawdopodobnie zamówił tam również pizzę w licznych kopiach, która wraz z rachunkiem dotrze tu za kilka tygodni, tknęło mnie, że to słodkie i urocze dzieciątko może nieszczególnie odnaleźć się w pruskiej dyscyplinie Szwabskich Kluseczek.
A także, że nie stać mnie, aby odbudować przedszkole z ruin, gdyby, na przykład, pewnego dnia się okazało, że kompot był za słodki, a wieszaczek z wiewiórką źle spoglądał na Biskwita.
To była druga, zbiorcza myśl. 
Pierwsza, sugerowała, żeby koniecznie sprawdzać, przed wyjściem z domu, nie tylko, czy w plecaku młodzieży są suche gacie na zmianę, ale czy nie ma tam zapałek, dynamitu lub teksańskiej piły mechanicznej.
A może najlepiej po prostu zainstalować w drzwiach detektor metali i skaner trotylu?
A może znaleźć alternatywną placówkę w typie: pokój, Mozart, miłość, szachy, lava lamp, group hug i hinduskie kadzidełka? Tak na wszelki wypadek, gdyby ząb za ząb okazał się zbyt dosłowny i bolesny dla obu stron?
I tak trafiliśmy na spotkanie informacyjne Kościoła Wyznawców Montessori.
Wjechaliśmy tam, całą rodziną, pchając Biskwita w lektyce, a Dyrekcja od progu: 'Kiedy poród?'
Nim zdążyłam się zapowietrzyć, nim zdążyłam się obrazić, że nie, nie jestem w ciąży, a to jak wyglądam to wyłącznie wynik przywiązania do pączków i precli, a w ogóle to sąsiedzi  spod ósmego mówią, że jak raz chudnę w tyłku... to się okazało, że to nie była wycieczka na temat wszystkich moich nieudanych randek z Chodakowską, a jedynie zawoalowana sugestia, że Biskwita należało wciągnąć na listę w 2012.
Na widowni  pod amboną Montessorian widać było dwie dominujące grupy rodziców. Jedni w niepoluzowanych krawatach, o palcach przytrzaśniętych klawiaturą biznesowych laptopów. Drudzy, w ręcznie farbowanych tunikach z ekobawełny, pogryzający  seler naciowy wyhodowany na nawozie z własnej placenty.
A na środku wózek z chrapiącym Biskwitem. Zarówno wózek, jak i Biskwit tak brudni, jakby przez rok wychowywały ich wściekłe [1], bagienne wilki.  Przy czym wózek na pewno można wychować, z Biskwitem to jednak zupełnie inna historia.
- Czy mają państwo jakieś pytania?  - zapytała Główna Kapłanka pod koniec swego kazania o wyższości montessorianizmu nad innymi religiami.
- Ale jedzenie to aby na pewno jest bio? – padło pytanie z sali.
I gdy Kapłanka potwierdziła, że tak, oczywiście, dzieci jedzą wyłącznie szczęśliwy makaron i piją wodę mineralną z wolnego wybiegu, obie grupy rodziców odetchnęły z nieopisaną ulgą. I już im było wszystko jedno, czy ich potomstwo zamyka się w ciemnej piwniczce, czy wiesza na haczykach w szatni do czasu aż ktoś je odbierze. Grunt, ze makaron się dobrze bawi.
Fakty są  takie, że w placówce jest pięć wolnych miejsc na czterystu dwudziestu sześciu chętnych pracowników korporacji i stu dwudziestu ośmiu miłośników selerów naciowych. Na 2018.
Ale ponieważ mam tendencje do samoudręczenia, pobrałam kwity i oto siedzę i piszę CV (!)
dwulatka (!).
(Ostatecznie, jeśli nie Biskwit to może prawnuki?)
'Co Państwo chcieliby nam opowiedzieć o swoim dziecku?'
O Biskwicie?
Bardzo dużo!
Ale jakże mam to uczynić, skoro na tę opowieść przeznaczono wyłącznie dwie linijki tekstu.
I nie wiem, co wybrać: że ma bardzo bogatych i wpływowych rodziców, czy, że jest mistrzem świata w konkurencji układania różowej wieży na czas?
Każdy w końcu jakoś tam zawsze koloryzuje w życiorysie.
A w styczniu, dla rozrywki, wybieram się na spotkanie Sekty Ultraortodoksyjnych Waldorfian.
Spodziewam się, że będzie mowa o uprawach rolnych, dojeniu przedszkolnych kóz, kosmologii, braciach Grimm i że trzeba było zapisywać w 2010.

[1] żeby uzasadnić wodowstręt

(...)
A tu jeszcze rano Blogger.com napisał do mnie, krasząc list fajerwerkiem, że wycenia mój potencjał zrobienia finansowej  kariery tu, na tym blogu na dwadzieścia ojro.
Miesięcznie.
Naprawdę pomogłoby, gdybyście napisali, że w waszych oczach jestem bezcenna!
 

©kaczka

[314]

(...)
http://jestrobotka.blogspot.de/p/kawalerowie-2016.html

Odrabiamy zadania domowe z Robótki. Czapka dla Jacka.

(...)
Dziesiąta wieczorem.
Przedwczoraj.
Stoimy z matką Ryfki pod kinem i pijemy gorące wino po czołowym, brawurowym zderzeniu z kinematografią Islandii.
Od września pijemy głównie monotematycznie, ze względów medycznych, jako lekarstwo na zgagę. Zgaga, wiadomo, po oświacie.

- Jak wywiadówka?

 [...Bdzynk! Bdzynk! Prost! Cheers! Skål! Zdrowie nasze! Pomyślności gwiazdka!...]

- Godzina opowieści nauczyciela wuefu o tym, jak będzie pokojowo rozwijał pacyfistyczne współzawodnictwo u naszych dzieci przy użyciu piłki do siatkówki. Godzina. Wszyscy moi nauczyciele wuefu komunikowali się zawsze jedynie przy pomocy gwizdków, a ten mówił przez trzy kwadranse i bisował na własne żądanie przez kolejny kwadrans! U was?

- Półtorej godziny o tym, czy bioorganiczny chleb z niezmodyfikowanymi genetycznie ziarnami chia posmarowany biorganicznym kremem czekoladowym Fair Trade jest tym samym, co bułka z nutellą i czy w takim razie przynoszenie go do szkoły powinno zostać zakazane. Referendum, konsultacje społeczne, frakcja ksylitolu kontra drużyna stewii. 

- A u nas jak w sennym koszmarze Jamiego Oliviera. Na obiad, dzień w dzień, smażona kiełbasa i ziemniaki i czekoladowy pudding. A to dlatego, że to podobno jedyne dania, które nie generują zwrotów pełnych talerzy i problemu z odpadkami.

- Za to u nas wcale nie ma obiadów.

- Ha! Ryfka z lekcji religii wyciągnęła wniosek, że Bóg ma brata. I tym bratem jest Szatan.

- U nas, bez zmian, Jonasz od miesiąca w rybie, a cała klasa go rysuje.

- Przebijam. U nas wszy.

Świerzb. Pandemia.

- Wow! Ostatni raz o świerzbie słyszałam w wojsku.

- Jakieś rady? Nafta? Napalm? Proch?

- Ale ja tylko słyszałam o świerzbie. Takie tam, rozumiesz, legendy w koszarach...

Główny bohater islandzkiego filmu na pytanie, dlaczego jest smutny, odpowiada: 'Nie jestem smutny, jestem skomplikowany!'
Tak jak ja.
Ja też jestem skomplikowana.
Oświata mnie bardzo komplikuje.

(...)
Wczoraj o jedenastej wieczorem, Dynia, Ryfka i Łukaszek, wzdęci popcornem, pijani gazowanym sokiem z jabłek, nadużywszy pizzy, pomidorów, ogórków, gorącego mleka, żelków, a nade wszystko telewizora, poczołgali się wreszcie z objawami wytreszczu w kierunku wspólnego barłogu.
Na środku pobojowiska został Biskwit trzymając w ręku wybrany przez siebie film.
I wygzekwował go do napisów końcowych.
Ostatecznie, przecież taka była umowa.
Każdy z uczestników miał stawić się ze swoim Kieślowskim pod pachą.
Biskwit stawił się i zniósł z godnością trzy cudze produkcje tylko chwilami stukając wymownie w szkiełko zegara z kukułką.
A potem wreszcie odpalił swój seans, zdegustowany słabą kondycją współczesnej młodzieży i  nie przepuścił nawet informacjom, kto tresował jednorożce i że żaden nie ucierpiał w trakcie kręcenia filmu.
Ale zanim odpalił to jeszcze ekonomicznie zsypał wszystkie resztki popcornu na swój talerz i pozlewał do swojego kieliszka wszystkie resztki soku.
Prost! Cheers! Zdrowie!

©kaczka

[313]

[16 Nov 2016]

https://www.facebook.com/events/1839689746275969/

(...)
Człowiekowi wydaje się, że jest koniem...
Mam wrażenie, że ten temat już wielokrotnie eksploatowano w literaturze, i pięknej, jak i branżowej (na przykład, w Journal of Psychiatric Research), więc będę się streszczać.
Biskwit postawił na środku pokoju stajnię i w niej zamieszkał.
Wychodzi stamtąd głównie po suchą owsiankę, jabłka i marchew.

(...)
A tej realnej, prawdziwej, niewyimaginowanej stajni Biskwit najchętniej dosiada rumaka o imieniu Wurst. 
Nie wiem i boję się drążyć, czy to imię upamiętnia przeznaczenie, któremu ten pegaz się wywinął, czy może los ku któremu zmierza? Czy Biskwit dosiada tego Wursta ot, tak, z czystej sympatii dla rudych, czy może jednak głównie dlatego, że imię wzbudza przyjemne asocjacje? I wreszcie, czy może chodzi o to, że Wurst jest potomkiem żyrafy i  kontenera do transportu jabłek z Chile i Biskwit liczy, że pewnego dnia ustawi na grzbiecie Wursta kanapę i lodówkę oraz stolik pod bierki?
Do tego, ten lądowy lewiatan stąpa wyjątkowo rozklekotanym chodem, buja zadem jakby wydawało mu się, że jest okrętem pustyni, i ten kontrast maleńkiego Biskwita, który faluje gdzieś pod sufitem na dzikiej bestii, to zbyt wiele dla wrażliwego serca matki.
Nie mogę na to patrzeć, jak mi dziecko ujeżdża centaura.  Za nerwowa jestem.
Rzekłam Norweskiemu, że wyciągnął krótszą słomkę i niech on chodzi.
A prawdziwsza część prawdy jest taka, że nikt mnie nie uprzedził, że w stajniach nie ma centralnego ogrzewania!
Nawet konie na zajęcia przychodzą w golfach, onucach, kalesonach, czapkach i skarpetach.
A ja wystroiłam się ostatnio w najlepsze sandały!

(...)
Skoro mowa o sportach wyczynowych tośmy się w tej kwestii nagle zradykalizowali nie tylko hippicznie.
Norweski, na przykład, uczęszcza cztery razy w tygodniu na zajęcia dzielnicowej ligii gry w dwa ognie (!).
Chodzą z sąsiadem. Wracają mocno powgniatani, gdyż jak mówią, niektórych zawodników karnie przesunięto do drużyny z sekcji rugby.
Sąsiadka martwi się, że tak chodzą.
Acz, nie precyzuje, czy chodzi o to, że jej mąż znika z domu, czy, że znika z Norweskim, a może to po prostu lęk o życie małżonka? (Ostatnio jeden z sekcji rugby usiadł na jej mężu i siedział na nim póki ten nie zsiniał i nie oddał piłki.)
Faktycznie, nie najlepiej to świadczy o jakości naszych ognisk domowych, że oni tak chodzą i wolą, by łamać im żebra, niźli przestawać z nami, obierać ziemniaki i dyskutować o feminiźmie.
Ale ja przecież nie o tym, że Norweski nawiązał ponowny, mentalny kontakt z wczesną podstawówką!
Ja o tym, że zakończyły się zajęcia samoobrony dla pierwszoklasistów, które prowadził ów pan ninja z czarnym pasem.
Dzieciny wychodziły z tych zajęć mocno zmaltretowane, spocone i rozgrzane do czerwoności. Wnioskuję, że pan ninja raczej opuścił omawianie socjologicznych i psychologicznych przyczyn tkwiących u podłoża czynu przestępczego, pominął dyskusje nad charakterystyką sprawcy w ujeciu filozoficznym i skoncentrował się na kondycji fizycznej młodzieży. Poniekąd słusznie. Długie i hycne nogi uratowały już niejednego.
Jednakże, gdy po ostatnich zajęciach pan ninja zaproponował kontynuację  sztuk samoobrony w klubie sportowym, Dynia obwieściła, że po jej trupie (a ledwie dyszała po treningu, więc było dość blisko by udowodnić tezę).
I tu powinnam sprawę porzucić.
Ale nie, przecież musiałam się wtrącić (!)
Musiałam (!) tydzień później zapytać, czy aby na pewno było to nieodwołalne i ostateczne?
Na co Dynia, że o niczym bardziej akurat nie marzy niż o tym, by zostać ninją!
Zmełłam pod nosem opinie na temat własnej błyskotliwości, wdziałam gumowce i poszłyśmy przez pola.
Klub sportowy leży gdzieś między Aramejskim Kościołem Świętych Dnia Przedostatniego, a restauracją serwującą amerykańskie burgery i meksykańskie tortille, chwilowo bez żadnego muru i na jednym talerzu.
Dla google maps to 'między' to trzy centymetry. Dla nas sześć polnych wykrotów, siedem kortów tenisowych, siatka czterech ulic, kilka opustoszałych magazynów, jedna 'nie-chcę-się-spóźnić' rozhisteryzowana sześciolatka i osiem zatrzymanych osób, z których każda tłumaczyła się, że nie ma pojęcia, gdyż jest nietutejsza, a znalazła się tu wyłącznie dlatego, że google maps twierdzi, że to najkrótsza droga na Berlin.
W końcu zadzwoniłam do Norweskiego, który nie omieszkał wypomnieć, że przecież opowiadał jak trudno ten klub znaleźć, bo właśnie tam chodzą z sąsiadem grać w te dwa ognie, (czytaj:  robić za mięso armatnie rugbystów), a i tak za każdym razem się gubią.
Naprowadzane przez kompas Norweskiego znalazłyśmy miejscówkę.
Pan ninja wyraźnie ucieszył się na widok tego nagłego nawrócenia Dyni, widziałam bowiem, że 'po moim trupie' złamało mu serce, jak deskę, kantem dłoni.
Z tej radości, utracił kontakt z rozsądkiem i wręczył mojemu dzieku kij od grabi, mówiąc, że dziś praktykują atak.
Dynia wzięła kij i obracając się, by nam pomachać, z miejsca zdekapitowała nim kilku padawanów.
Wyszłam. Serce matki jest zbyt wrażliwe, aby oglądać piętnaścioro kurdupli uzbrojonych w odbezpieczone kije od grabi.
Gdyśmy powróciły z Biskwitem po godzinie, jedno z dziewczątek łkało histerycznie ukrywając twarz w dłoniach.
Ooooo, pomyślałam, jak nic straciła oko albo ząb!
Dynia stała w tłumie otaczającym incydent i usta miała wygięte w podkówkę, a nos jej drżał.
Ooooo, pomyślałam, jest nadzieja, nie podoba jej się!
Biskwit tymczasem przez ostatnie minuty zajęć wpadał do sali gimnastycznej, ignorując ponury nastrój  i jak kukułka z zegara krzyczał: Ninja! i uciekał.
Oooo, pomyślałam, wyrzucą nas za kpiny z ideologii!
(Nie powinnam była z Biskwitem dzielić się czekoladką. To wyraźnie podkręciło mu chęć do życia zgubioną podczas błąkania się po okolicznych polach.)
A potem Dynia wybiegła jak na skrzydłach, utrzymując, że to najlepsze zajęcia w galaktyce. Za nią biegł pan ninja mówiąc, że  następnym razem wręczy mi  blankiet wpłaty i żebym koniecznie kupiła ten kij od grabi.
Jeszcze próbowałam się bronić mówiąc, że nijak nie możemy tak dwa razy w tygodniu, ale pan ninja rzekł, że to chwilowo nieobowiązkowe, i że (sakreble!), raz też jeszcze wystarczy. (To chwilowo i jeszcze brzmi niepokojąco, ale pocieszam się, że bycie ninją nie jest  dyscypliną olimpijską. Na razie.)

[Ciężki wzdech.]


Epilog
- Maaaaaaaaamo, a wiesz czemu ta dziewczynka płakała na zajęciach?
- ...
- Bo jej chomik umarł!

©kaczka