Image Slider

[332]

[16 Jan 2017]

(...)
Różnica między Dynią a Biskwitem zaznacza się również bardzo wyraźnie przy odbiorze rzeczonych z placówek edu.
Dynia w adekwatnym wieku lat trzech, na mój widok we framudze zakładu opiekuńczo-wychowawczego rzucała wszystko. Nieważne, czy był to siedemnastowieczny, porcelanowy serwis do herbaty, czy zajęcia z krojenia tortu czekoladowego, Dynia z rozbiegu wpadała na niewidzialną trampolinę, z niej katapultowała się i lotem ślizgowym leciała prosto w me otwarte ramiona.
Próbowałam tak z otwartymi ramionami odbierać Biskwita, ale efekt był taki, że po kilku dniach uznano mnie za stojak do map.
Nie. Biskwit ma zupełnie inny styl opuszczania placówki.
Taki raczej emocjonalnie oszczędny.
Uczuciowo lakoniczny.
Przede wszystkim, Biskwit  nie spieszy się, gdyż musi ukończyć to, co akuratnie robi. Nieważne, czy to replika Bitwy pod Grunwaldem wyklejana plasteliną, czy jedzenie marchewki.
I gdy tak Biskwit niewzruszenie siedzi przy stoliku i kończy, co zaczął, tłum rozedrganych z emocji wielbicieli szuka Biskwicich butów, bije się o to, kto je wzuje na Biskwicie stopy albo szarpie się o pakowanie Biskwiciego sakwojaża.  Niby własne zabawki można przynosić do placówki tylko w poniedziałki, ale jeszcze nie znalazł się taki, kto pokazałby ten punkt regulaminu Biskwitowi. Na tle, kto będzie niósł za Biskwitem siedamnaście koników rasy plastiko, też dochodzi do zamieszek.
(Afekt i gorączka jak na koncercie Robbiego Williamsa, jeśli ten zdziera z siebie podkoszulek.)
Gdy Biskwit w końcu powwstaje od  stolika, tłum rozstępuje się przed nim i  tworzy szpaler. Biskwit kroczy powoli - hrabina Dewolaj mit Pommes herbu Dwa Skrzyżowane Kabanosy na polu czekolady - a gdy do nóg Biskwita przypada Timur-bez-Drużyny zawodząc rzewnie na bajkałską nutę 'Nie idi, nie idi, ja tiebia taaaaaaaaaaaaaaak lublju!', Biskwit wzdycha ciężko, wywraca oczami i strzepuje ze stopy łkającego Timura.
Właściwie wszyscy są rozczarowani, że Biskwit wychodzi i wszyscy mają mi za złe.
Timur to nawet raz kopnął mnie w kostkę próbując odbić sobie bogdankę.
Pośród Szwabskich Kluseczek jestem tak popularna jak Hilary wśród elektoratu Donalda.

Rozrywana towarzysko Dynia pytana w wieku lat trzech, ilu ma przyjaciół w placówce, odpowiadała zawsze z żałobą w głosie: Żadnych! Nikt mnie nie lubi i nikt nie chce się ze mną bawić!
Na to samo pytanie Biskwit odpowiada, że stu, a właściwie to nawet milion trzech, a gdyby tak dobrze policzyć to przynajmniej miliard.
Prowerbialne, półpełne szklanki moich córek są wytopione z jakiejś obcej mi metafizycznie materii.
Opieram się pogłębionej analizie zjawiska - mniej wiesz, dłużej żyjesz -  grunt, że do mojej szklanki można wlać butelkę wina.
A i druga się zmieści.

©kaczka

[331]

[13 Jan 2017]

(...)
-Toniejestgrzybtoniejestgrzybtoniejestgrzybtoniejestgrzyb... – poszła w zaparte Wynajemcowa podczas dzisiejszej wizji lokalnej, rzuciwszy okiem na reprodukcję Pollocka (metr na metr), którą  Roquefort sadzi na ścianie.
Zapytana o naukowe podstawy tej halucynacji wypaliła, że słyszała, że grzyb rośnie p r z y n a j m n i e j przez dwa miesiące!
(Bogowie, ta kobieta słyszy głosy!)
Dwa miesiące? Chyba grzyb marki pieczarka?
Zapytana z jakim zjawiskiem paranormalnym (oprócz samej Wynajemcowej) mamy tu w takim razie do czynienia, Wynajemcowa odtworzyła mi ponownie z taśmy: Toniejestgrzybtoniejestgrzybtoniejestgrzybtoniejestgrzyb..., co jakby nie sprzyjało dalszej, życzliwej konwersacji na temat filogenezy Roqueforta.
I teraz, gdy pudełko szwajcarskich faworków [1] i dwa tubylcze pączki pomogły mi odzyskać minimalny poziom endorfin, zachodzę w głowę, kogo ona tą hipotezą najbardziej obraziła? Roqueforta, który miejscami wykwita już na niebiesko i przebiera się za ser swojski Lazur, mój dyplom ukończenia szkół wyższych,  czy, tak po całości, sir Alexandra Fleminga?



[1] Wyższość szwajcarskich faworków nad polskim wysmażem przejawia się głównie w ich areale. Szwajcarski kuzyn polskiego faworka to frisbee, które przeleciało przez cukrownię, tarzając się po drodze w każdym kopcu cukru pudru.

(...)
A w Szwabskich Kluseczkach dziś Dzień Zabawki XXL.
Każdy kurdupel mógł przynieść, co sobie wymarzy. Ulubiony szkielet dinozaura w skali 1:1, meblościankę, żywego hipopotama albo zmywarkę do naczyń.
Od początku było jasne, że będę pocinać przez dzielnię z mustangiem (metr w kłębie) zarzuconym na ramię.
A do tego z tornistrem, torbą z wyposażeniem sportowym na wuef i największą grą planszową, jaką tylko Dynia mogła znaleźć, gdyż...
I tu są dwie wersje.
W oficjalnej, Mastodonty tak zasłużyły się naszpani, że ta zezwoliła im na odrobinę towarzyskiego szaleństwa. A ja podejrzewam, że naszpani nic o tym nie wie, a Mastodonty po prostu zakładają w piwnicy placówki nielegalne kasyno.
Pierwszą część ładunku zrzuciłam pod szkołą i ruszyłam ku przedszkolu ignorując komentarze społeczeństwa: 'Popatrz, mamusiu, ta pani ma konia na głowie! Tatusiu! Ta pani wygląda jak Pippi Langstrumpf'.
Bliżej przedszkola zrobiło się lepiej, bo zewsząd, klnąc szpetnie, nadciągali upoceni rodzice z pluszowymi misiami na sterydach, właściciele przenośnych kuchni ze zlewozmywakiem, czy warsztatów stolarskich 4D. Pojawił się nawet człowiek z betoniarką, ale jak się okazało, ten akurat należał do ekipy remontującej placówkę.
Dotarłam z mustangiem do furtki, w której zaklinował się niedźwiedź polarny, rower z przyczepką, Gwiazda śmierci i wózek.
Stoję, czekam, patrzę, jak naród się szarpie, a tu jak raz przez drzwi placówki wybiega znajoma matka w takim radosnym galopie, w takiej aurze szczęśliwości, że Julie Andrews podskakująca wśród szarotek w 'Dźwiękach Muzyki' mogłaby jej pozazdrościć optymizmu.
- To dlatego, że pozbyłaś się balastu? – diagnozuję.
- Nie. Idę do dentysty. Leczenie kanałowe.
- I TO cię tak cieszy?!?
- Tak! Mam wizytę przed południem! To oznacza, że nie muszę zabierać tam ze sobą dzieci!!
Szczęście, och, szczęście!
Jak ty się wymykasz prostym definicjom!

(...)
Gdy odbieram Biskwita z placówki (z mustangiem lub bez), naszpanie streszczają mi wydarzenia dnia. Niestety, prawdopodobnie dlatego, że grupa Szwabskich Kluseczek taka liczna, ciągle mylą Biskwita z jakimś innym dzieckiem.
Nie przerywam, ani nie zaprzeczam, bo to są takie piękne i wzruszające opowieści z gatunku fantastyki.
Któż nie chciałby słuchać o dziecinie, która je kanapki nożem i widelcem, ociera usta serwetką, podnosi papierki z podłogi, nadużywa słów przepraszam i dziękuję, zgłasza się przez p o d n i e s i e n i e ręki (!), przeprowadza staruszki na pasach, ma zawsze suche gatki, spija z warg personelu wskazówki, jak żyć, ochotnie dzieli się z każdym zabawkami, grzeszących miłosiernie napomina, a urazy chętnie daruje?
Chciałabym kiedyś poznać rodziców tego dziecka.

©kaczka

[330]

[11 Jan 2017]

(...)
Dzwoni Wynajemcowa i zagaja tak jakoś, nieomal euforycznie, co słychać?
- U mnie czy u grzyba? - pytam, bo jak u mnie, to raczej słabo w aktualnych dekoracjach, ale, szukając pozytywów,  to grzyb pozieleniał.
- A no właśnie! – chwyta się tematu Wynajemcowa. – Zielony! Z I E L O N Y! Nie na darmo mówią, że zielony to kolor nadziei!
I ciągnie dalej, że jak dziś pamięta, że gdy w siedemdziesiątym czterdziestym czy pięćdziesiątym dwudziestym, przyjechała do Erefenu to ją zdziwiło, że to taki zielony kraj, a najbardziej, że można tu kupić zieloną galaretkę. Tę zieloną galaretkę, którą na kilogramy jadła potem jej siostra. Nie, nie ta młodsza, której rok temu operowali kolano i wstawili rzepkę z platyny i ją teraz rwie na zmianę pogody. A, że mieszka w Wuppertalu to ją rwie właściwie nieustannie, bo, czy ja wiem, że tam klimat parszywy, a siostra jeszcze w dodatku mieszka nad rzeką  i z szuwarów unoszą się tam bagienne wapory. I już jej Wynajemcowa mówiła, tej siostrze, że tam życia nie ma w tym Wuppertalu i najlepiej byłoby, gdyby się siostra przeprowadziła gdzieś w ciepłe. Bo przecież już rozważali w rodzinie, czy nie zrzucić się na dom w ciepłym i żeby zarabiał na siebie wynajmem.
Ale nie, nie. Zieloną galaretkę to jadła nie ta siostra z Wuppertalu. (Czy ja aby na pewno nadążam? Bo nic nie mówię, więc może coś nie jest jasne? Może trzeba mi powtórzyć?) A tu chodzi o to, że tę zieloną galaretkę jadła ta siostra, która urodziła bliźniaki. Te, których nikt się nie spodziewał, bo siostra miała taki mały brzuch, że do końca ciąży chodziła w normalnych ubraniach. Nawet mimo tej galaretki. A w dodatku nigdy nie było u nikogo bliźniaków w rodzinie. No, może z wyjątkiem kuzynki z Damaszku i babki męża, ale ta urodziła trojaczki, więc się nie liczy.
Tylko co to za bliźniaki u tej siostry jak do siebie niepodobne! Ten bardziej niepodobny skończył reżyserię dźwięku w Berlinie i ma czworo dzieci, a jego żona produkuje świeczki i to robienie świeczek to jest  nawet bardziej stresujący zawód niż saper. Właściwie, to jest chyba drugi najbardziej stresujący zawód świata, tuż po wynajemcy lokali, bo ludzie to najpierw chytrze spalą całą świeczkę, a potem reklamują, że niby dymiła, albo knot za krótki, albo że spłonął im od tej świeczki kredens, a przy okazji reszta mieszkania.
No, a ten mniej niepodobny  (Nadążam?) też miał od dzieciństwa zainteresowania techniczne - jakie on samochody składał z zestawu Lego Technics! - więc zrobił dwa lata socjologii, jedno dziecko, a teraz zakłada anteny satelitarne w Baden Baden, bo jako jedyny w rodzinie nie ma lęku wysokości. I ludzie sobie bardzo chwalą jego usługi...
I gdy tak wczoraj Wynajemcowa rozmawiała z siostrą w Wuppertalu, ale właśnie tą od galaretki, bo akurat ta od galaretki była z wizytą u tej z bioniczną rzepką, to jej przyszło do głowy, że może to właśnie ten bardziej niepodobny zrobiłby cały ten remont? I to jest ta myśl (Czy nadążam?), którą teraz się ze mną dzieli! Po co mieszać do tego obcych, skoro remont może zrobić Niepodobny!

- Eeeeeee... nie, dziękuję. – odmawiam, gdy odzyskuję przytomność. Nieprzytomność dodaje mi wiarygodności. Wynajemcowej może się zdawać, że zamilkłam analizując zalety tej propozycji.
(Co jeszcze wydaje się Wynajemcowej to chyba, zauważam ze smutkiem, sprawa między nią a jej psychiatrą.)
Odmawiam, ale obiecuję Wynajemcowej, że jeśli kiedykolwiek zapragnę kontaktu z obcą cywilizacją to obstaluję talerz u Niepodobnego.
- Ooo. – pogrąża się w szczerze nieutulonym żalu Wynajemcowa i odkłada słuchawkę.
Mija kwadrans.
Dzwoni telefon.
Odbieram.
Znów Wynajemcowa.
Tym razem jako wyznawczyni fenomenologii stosowanej.
- ... a gdyby tak, na razie, po prostu zamalować tego grzyba farbą przeciwgrzybową i zobaczyć, co się stanie?

Nie doceniłam przeciwnika.


©kaczka

[329]

[10 Jan 2017]

(...)
Roquefort zjadł nam już okienną framugę i zakąsza parkietem. Wynajemcowa przechodzi żałobę po kafelkach, niestety, zakotwiczyła w fazie szoku i zaprzeczenia. Agent ubezpieczeniowy wrzucił telefon do rzeki.
Lada moment - drżę z podniecenia - uda nam się zgłosić naszą ścianę do Księgi Rekordów Guinnessa w kategorii: Największa szalka Petriego, i kto wie, los bywa przewrotny, może to właśnie okaże się moim życiowym wkładem w rozwój mikrobiologii?
Ale to i tak wszystko nic, furda, proch, pył i konfetti z nicości, w porównaniu z obowiązkowym bilansem trzylatka, na który przymusowo musiałam doprowadzić Biskwita.
Fakt, pretensje mogę mieć wyłącznie do siebie, bo własnymi rękami podpaliłam lont w Biskwicie.
Powiedziałam lakonicznie, wystosowałam jakiś oględny komunikat, że oto idziemy do lekarza i zupełnie pominęłam przy tym specjalizację.
A Biskwit chciał do dentysty.
Zapewne, bo ten dobrze mu się kojarzy ze słoikiem landrynek.
Kiedyśmy zatem w połowie drogi do pediatry minęli gabinet stomatologiczny i nie wstąpili po landrynki, Biskwit zaczął skrupulatnie pielęgnować swoje rozczarowanie.
U pediatry rozczarowanie miało już format Zepellina i wypełniło całą poczekalnię.
W zemście za rozgoryczenie, Biskwit obrał strategię, którą można zwięźle określić: 'wypławek po lobotomii'.
I to jest wersja optymistyczna, bo wydaje się, że personel medyczny wycisnąłby jednak coś z takiego wypławka. Choćby próbkę moczu.
A z Biskwita – nic!
Biskwit posadzony na krześle, ześlizgiwał się na podłogę. Pionizowany, wertykalizował się, plaskając jestestwem o dywanik. Pomiaru wzrostu dokonano z dokładnościa do pół metra, bo Biskwitowi rozjeżdżały się nogi. Biskwit nie mógł podskakiwać na żądanie, bo starcił władze we wszystkich wypustkach. Proszony o zbudowanie wieży z klocków, położył twarz wśród tworzywa na stoliku, a zwisające ręce dyndały mu smutno.
Nad kozetką w gabinecie pediatry, w naściennym kalendarzu na styczeń, artysta odmalował bardzo zadowolonego z siebie goryla robiacego skarpetkę na drutach.
Po tym, gdy okazało się, że Biskwit nie potrafi mówić, nie słyszy, nie wodzi wzrokiem za palcem, a w książce z obrazkami, każde zwierze, również wieloryb i miś koala, to dla Biskwita jednorożec, zaczęłam zazdrościć beztroskiego losu gorylowi.
Po godzinie tortury wyszłam z gabinetu z wypławkiem przewieszonym przez ramię. Na odchodne, recepcjonistka wręczyła mi pojemnik na mocz z prośbą, żeby kiedyś, w nieokreślonej przyszłości,  Biskwit udostępnił i życzyła odwagi.
Jak łatwo się domyślić, tuż za drzwiami wypławek nagle odzyskał wszelkie władze umysłowe i pstryk! od ręki! zregenerowały mu się wszystkie połączenia neuronowe.
I właśnie, wtedy zadzwonił Leonardo i powiedział, że pas! Że nie zasłużył! Że oddaje Biskwitowi Oscara, a jakby miał, to nawet dwa.
Takie to było przedstawienie.

©kaczka

Ogłoszenie branżowe

[8 Jan 2017]

(...)
Na skutek niezaspokojonej potrzeby akceptacji społecznej, niskiej samooceny i butelki wina z Norymbergi, kaczka proklamowała na fejsbuku swoje niepodległe terytorium z kolorowych pikseli i bitów.

@blogkaczki
 
Obywatele zareagowali wzorowo. Nadeszli, przytulili, masowo wyrazili chęć przynależności do... no właśnie, do czego? Do stada?
Mea culpa! Pierścień miał drużynę, Profesor X swoich X-Menów, G – załogę, Rudy – czołg. A kaczka? kaczki, sakreble, zawsze tak jakoś niewyjściowo i rustykalnie... w stadzie.
(Albo w stawie.)
Chrzanić semantykę, kaczka czuje się przyjemnie zaakceptowana (na fejsbuku - group hug na 160 osób!), ma wybujałą samoocenę oraz ból głowy (to z winy wina).
Jednocześnie kaczka zapewnia, że dla każdego znajdzie się wśród tych pikseli miejsce, a w razie potrzeby po prostu doniesie się krzesełka, wstawi piętrowe łóżka, albo dorysuje przybudówkę.
Każdy zatem, kto chciałby trzymać rękę na pulsie kaczki, a nie brzydzi się fejsbukiem, proszony jest tędy:

KLIK

Na blogu nie przewiduje się żadnych zmian. Konserwatyści mogą spać spokojnie.

©kaczka

[328] i nieunikniony upadek naszej cywilizacji

[7 Jan 2017]

(...)

Święta upłynęły nam w imadle erefenowskiej tradycji.
Wigilijna sałatka z kartofli, wigilijne parówki, wigilijny Winnetou w telewizorze i coroczny rozwód Szwagra.
Szwagier ma skłonność do teatralnych gestów, więc rok w rok, w okolicach sałatki z kartofli ogłasza, że się rozwodzi.
Czynił to już tyle razy (pięć, albo siedem, zdania są podzielone), że zaiste bez rozwodu Szwagra świętom czegoś by brakowało. Nie tylko Szwagierki.
Zresztą wszyscy wnosimy do tej multikulti rodziny jakieś okołoświąteczne zwyczaje.
Norweski, na przykład, od lat kompulsywnie gra w szachy sam ze sobą, posiłkując się podręcznikiem Arona Nimtzowitcha 'Mein System', który zawiera zwięzłą biografię autora zatytułowaną, och, jakże wymownie: 'Życiorys pesymisty'.
Dziewczęta nadużywają żelatyny, cukru, telewizji, wurstów, jarmarcznych karuzeli i mojej cierpliwości.
Hauptcioteczka jest sobą i to wystarcza.
Ja, co roku, próbuję zgładzić Hauptwujaszka bronią roślinną.
Z rozmów podsłuchanych w kuluarach wynika, że w tym roku zasadziłam się na niego listkiem rukoli podstępnie ukrytym w daniu na wskroś mięsnym.
Jak pragnę, niczego nie ukrywałam. Może ten liść porwał z mej kanapki i poniósł ku tłustej pieczeni prąd powietrza wygenerowany przez dwie dzieciny na cukrowym haju?
Ale czy można polemizować z odciskami palców znalezionymi na cząsteczkach chlorofilu?
Nie można.
Całe CSI USA mnie nie wybroni, choćby nadmuchali kieszonkowy chromatograf cieczowy albo z hula-hoop zrobili od ręki przenośny zderzacz hadronów.
To były zwykłe, dobre święta i przysięgam, o dziwo, nie dyktuje mi tego ani bambusówka, ani valium.
Tymczasem wszechświat na zapleczu w pocie czoła przygotowywał poligon, aby sprawdzić elastyczność naszego poświątecznego zen.
Na miejsce prób wybrał sobie ścianę w naszej domowej sypialni, którą pod naszą nieobecność zaczął przerabiać na hydroponiczną hodowlę pleśni do sera Roquefort.
- Och, to dlatego, że za dużo oddychacie przez sen! – wypowiedzieli się jednym głosem nasi Wynajemcy (mąż i żona, poruszający się zawsze w duecie), gdyśmy słabym głosem  telefonicznie zawezwali ich do skromnej repliki zielonego muru z CaixaForum w Madrycie.
Był sylwestrowy poranek, Wynajemcy poradzili, by obserwować trendy, mniej oddychać, więcej wietrzyć i wysuszyć sobie ścianę suszarką alboczymś.
- Bo to po prostu po ludzku niemożliwe – pokręciła głową Wynajemcowa w najszczerszym z możliwych zdumieniu  - żeby to była jakaś pęknięta rura w ścianie! Przecież dla siebie budowaliśmy. I te trzydzieści lat temu mąż kupował wszystko co najlepsze!
- Niemieckie kupowałem! – dorzucił Wynajmcowy.
I poszli.
Roquefort został i zaczął zajmować pustą niszę ekologiczną.
Jeszcześmy obeszli Nowy Rok.
(Biskwit usnął za siedem dwunasta na mych rękach, na środku ulicy, nie pozostawiając mi nadziei na podziwianie pirotechniki i piromanii sąsiadów. Trzysta kilo śpiącego Biskwita w ręku to słaba alternetywa dla kieliszka noworocznego szampana.)
Gdym wnosiła Biskwita do domu to Roquefort już prawie nam drzwi otwierał.
Gdyśmy drugiego stycznia zaprosili ponownie Wynajemców to Roquefort witał ich u wejścia i proponował napoje.
Trzeciego stycznia Wynajemcy wrócili z majstrem i agentem ubezpieczeniowym. Wszyscy robili sobie selfie z Roquefortem i rozsyłali, gdzie się dało.
A potem majster zwiedził wszystkie mieszkania od strychu do piwnicy i z nieszczerym smutkiem oznajmił, że cały pion diabli wzięli, a Roquefort ma już wszędzie rodzinę i krewnych.
Trzeba kuć, ryć, zrywać, wiercić, w tym, pani Wynajemcowo, te  kafelki za tysiąc dojczmarek...
Na wieść o ryciu w kafelkach Wynajemcowa wpadła w spazmy, bo sama te kafelki wybierała. Trzydzieści lat temu.
Agent ubezpieczeniowy też był bliski płaczu.
Sytuację uratował Biskwit mocno poirytowany obcymi ludźmi na kwaterze, którzy blokowali przelotówkę dla kucyka.
Biskwit otworzył drzwi wyjściowe lokalu i powiedział: RAUS! dodatkowo pokazując ręką kierunek i naśladując przy tym mój gest z gatunku 'pospieszże się, Biskwicie'.
- Biskwicie – jękęłam. – Sawuarwiwr! Pozory! Zachowuj pozory!
- RAUS! - krzyknął Biskwit. – BITTE RAUS!?
Poszli jak stali.

Niemiecka ekipa fachowców (straszą, że to oksymoron) zaczyna rozbierać dom w nadchodzącym tygodniu.  Wtedy, gdy agent ubezpieczeniowy wreszcie przestanie płakać albo przynajmniej zrobi sobie przerwę.


©kaczka

[327]

[5 Jan 2017]

(...)
Pierwszego dnia Biskwit spędził samotnie w placówce dwie godziny.
W ciągu tych dwóch godzin, jak doniosły naszpanie, udał się do toalety siedem razy i zużył roczny zapas mydła i papieru toaletowego.
Naiwny mógłby nawet pomyśleć, że to dlatego, że powiedziałam Biskwitowi, że moje zdrowie psychiczne bardzo zależy od stopnia suchości Biskwicich gatek.
Prawda natomiast jest taka, że placówka wyposażyła toalety nie tylko w intrygujące miniaturowe klozeciki, takie bonsai kanalizacji i hydrauliki, ale również w dozowniki mydła na podczerwień i laser.
Dozowniki te strzykają pachnącą pianą i Biskwit sprawdzał, jak długo tak mogą strzykać.
Eksperyment przerwała naszpani zaniepokojona przedłużającą się nieobecnością fizjologanta i wyprowadziła z łazienki dziecko całe w pianie, dziecko-chmurę.
Dodajmy, chmurę burzową, bo ostro wkurzoną, że zamiast dokończyć doświadczenie będzie musiała ekstrapolować wyniki i produkować modele teoretyczne.
Inna sprawa, że przyobiecałam Biskwitowi, że kupię mu co zechce, jeśli nie zsika się w gatki.
(I tu pytanie, czy ktoś słyszał, gdzie można tanio nabyć karego konia lipicańskiego o niewielkim przebiegu, pod siodło? Najlepiej ze stajnią.)
Dziś o poranku nastąpił poważny kryzys.
Biskwit wpadł jednocześnie w szał, histerię i trafiła go apopleksja.
Jak się okazało, wszystko to było na tle głębokiego przekonania, że odtąd do placówki Biskwit będzie chodził SAM, pięć ulic dalej, bez niczyjej obstawy.
Jakoś ten kryzys zażegnaliśmy. Wygładziliśmy rzeczywistość tak, aby znów mogły się na niej wypasać tęczowe jednorożce, a wypolerowane chmury miały wyłącznie srebrne brzegi.
Duża w tym zasługa producentów misiów z żelatyny.
Przerwa w kryzysie trwała pięć ulic i jedną torebkę misiów.
Pod placówką Biskwit wpadł jednocześnie w szał, histerię i trafiła go apopleksja.
Jak się okazało, tym razem na tle równie głębokiego przekonania, że matki nie mają wstępu do placówek.
Ponieważ, furia Biskwita obniżała morale nadchodzących współosadzonych, wywołałam naszpanią przez domofon do drzwi wejściowych i przekazałam utrapieńca. Utrapieniec na odchodne zamiast 'Kocham cię mamusiu, będę tęsknić' zrobił w moją stronę jamą ustną obraźliwe Pruuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuut... i odszedł w siną dal, zarzucając sobie plecak na jedno ramię. Nawet się nie obejrzał.
Reasumując.
Osiem godzin porodu.
Lekko licząc (lekko, akurat!) czterysta osiemdziesiąt skurczy.
I taka wdzięczność.



Epilog
- Było coś ciekawego w tym przedszkolu, Biskwicie?
- Tak.
- Co?
- Młotek.


©kaczka