Image Slider

1084

[28 Mar 2012]

(...)
Zegar Dyni nadal tyka czasem zimowym.
I owszem nad ranem może i plus dwa,  ale wieczorem świat ostyga tu z plus dwadzieścia dwa.
Wreszcie, przez głupie trzy dni w roku, przyjemny jest ten ch
łodny dom z jednej warstwy papierowych cegieł, co nie zatrzymują ciepła.
(Bajka o trzech świnkach miałaby zupełnie inne zakończenie, gdyby jej akcja toczyła się na Wyspie. Nie opuszcza mnie przekonanie,
że wystarczyłoby aby wilk oparł się mocniej o framugę, a miałby pod dostatkiem kanapek z wieprzowiną.)
Dziewiętnasta czasu letniego, Dynia nadal kłusuje żwawiuteńko,
żywiuteńko lekceważąc zegary i klepsydry.
Gołe, mokre pięty czynią plask plask na łazienkowej, kamiennej podłodze.
Chichot Dyni jeszcze wsiąka w antresolę, zaraz j
ą wypełni, a w końcu wyleje się przez otwarte okna i połączy z wieczornym gwarem okolicznych kotów, dżdżownic, dziecięcych trampolin oraz narzędzi i kondymentów do barbecue.
Białe smugi na twarzy Dyni, we włosach, na stopach i piżamie, miętowo-fluorowa wokół Dyni poświata są dowodem, że albo Dynia ostatecznie przyłączyła się do jakiegoś plemiennego kultu, tudzież właśnie sama umyła zęby.
Sama.
Samość

Nowe hasło ze sztandaru Dyni.
Bo Dynia obstaje, że jest dorosła i że należą jej się przywileje.
Dorosła Dynia domaga się udziałów w butach na obcasach, damskich torebkach i przeciwzmarszczkowych kremach.
Dorosła Dynia wystawia nadgarstki, by zraszać je eau de cologne z zastałej na łazienkowej półce kolekcji dwóch flakonów.
Myk, myk i miast do swego pokoju po wieczornych ablucjach, dorosła Dynia daje dyla w  perkalowe, rodzicielskie piernaty.
- Ać, ać! – nazywa rzeczy po imieniu, choc najwyraźniej oszczędza na spółg
łoskach.
Każe się układać na poduszkach.
Zsuwa się pod pistacjową pierzynę po sam nos.
Dysponuje niezwłoczne doprowadzenie Dżordża, Peppy, Matyldy i Psa (któren to bezimiennym jest, bo urodę ma mdłą i nijaką, a intelekt dor
ównujący urodzie).
Czule na ojcowskiej poduszce układa swoich tekstylnych wspólników i żąda lektury.
Wczoraj cierpliwie dotrwała do końca wiersza odczytanego po dwakroć.
Po dwakroć na własne żądanie.
Po tym wydarzeniu ostatecznie eksmitowałam obiektywizm wzgl
ędem własnej progenitury i zdrowy rozsądek, którym kiedyś ślubowałam wierność.
W sumie, akt miłosierdzia, przy Dyni wkrótce i tak umarłyby z głodu.

©kaczka

1082-1083

[26-27 Mar 2012]

(...)
Skąd to?
Z jakiego drzewa, z jakiego mamuta zlazł ten praprzodek, że po nim Dynia wpada w histeryczny spazm na widok biedronek.
I co malował na ścianie jaskini?
Wszechmogącego Biedronkę o Pięciu Twarzach i Ciskających Pioruny Głaszczkach?
A może nagotował sobie gulaszu z biedronek, wzdęło go i zszedł?
A może napadły go biedronki-archeopteryksy?
(A może w poprzednim wcieleniu Dynia była mszycą?)
Hard-wired, preneandertalski, jaskiniowy lęk przed biedronkami wpleciony jest ciasno w neurony Dyni jak w warkoczyk.
Lęk tak irracjonalny jakby głupi insekt był egzemplarzem broni masowego rażenia.
Albo przynajmniej odbezpieczonym granatem.
Dynia nie dotknie biedronki i póty będzie emitować spazmy póki biedronka będzie w pobliżu.
Ale weźmy, taką dżdżownicę albo żuka gnojarza?
Pierwszorzędne towarzystwo.

(...)
Kaczka.

©kaczka

1080-1081

[24-25 Mar 2012]

(...)
Cieplej niż w Rzymie i Madrycie.
Wyspa zrzuca ubrania i zzuwa kozaki na stylonowym futrze.
Skutkiem tegoż, jak okiem sięgnąć nudyści i japonki.
Wietrzą się przygnębione od wilgoci pierzyny.
Piorą się w popłochu kołdry, dywany i powłoki.
(Łopocą nad wsią jak sztandary zwycięstwa nad  pleśnią i grzybem.)
Po trawnikach rozrzucone ludzkie, w głębokim tłuszczu osmażone, nieruchome zezwłoki.
(Aż chciałoby się obrysować białą kredą i udawać, że to CSI Miami.)
Koty kładą się na grzbietach w gorącym piasku i rozpychają nogami w słonecznych, elastycznych plamach.
Cieplej to reglamentowany towar na tej Wyspie.
Trzeba rwać ile się da.
Delektować nagłą, łaskawą pór roku odmianą.
Sezon drugich urodzin trwa.
Zimne piwo i bacon butties dla dorosłych.
Dla dziatek – czekolada, blade kiełbaski i kanapki w kształcie kaczuszek.
Impreza się rozkręca.
Dziatki wyjadają ptakom z karmnika, rykiem, smarkiem i przemocą rozwiązują kwestie własności, próbują opuścić lokal metodami żywcem przeniesionymi z Alcatraz.
Rubenito donosi na Dynię fałszywym świadectwem, Henryczek się przestraszył, że się zgubił, więc logiczne, iż się schował, Klaudyna obłupuje farbę u drzwi wyjściowych, Dynia przygrywa na basowej gitarze Edkowi, który właśnie usnął.
Ktoś kogoś tłucze po głowie, ktoś ryczy, ktoś wyje, ktoś inny zawodzi, Edek się budzi i łka, bo jest głodny.
Ot, słoneczna, letnia sielanka.
Popołudniem, pierwszy i pewnie ostatni raz w tym roku rozkładam się z książką na trawniku.
Muszę zdążyć przed rozdmuchem alergenów.
Dynia przynosi swoje książki.
Leżymy w trawie i czytamy.
Przez chwilę.
Lato.

(...)


©kaczka

1079

[23 Mar 2012]

(...)
- Nocnik powinien mieć chyba w dnie taką automatyczną zapadnię? Podwójne dno? Spłuczkę? ...
Jaką, do diaska, techniką pozbyć się zawartości?
Dynia wyje, bo albo chce jeszcze siedzieć, albo jest przekonana, że oto właśnie bezpowrotnie traci jakąś integralną część siebie.
Od wycia Norweski zrywa się z łóżka, potyka o rozrzucony na trasie bekon (Peppa miała wychodne?), obija o ściany, jest świt, jeszcze nie nawiązał ze sobą kontaktu, jeszcze siebie nie znalazł, a coż dopiero okulary!...
- Jednorazowe nocniki z materiałów wtórnych?
- Wygódka wykopana w ogrodzie?
- Kuweta!


©kaczka

1078

[23 Mar 2012]

(...)
Dynia przyniosła uwagę w dzienniczku i obniżono jej ocenę ze sprawowania.
Dynia pizgnęła brokułem w ochronkę.
Przez całą kuchnię.
Celnie i z furią.
Żeby tam!
Pizgnęła brokułem, a potem histerycznie szlochając padła twarzą i korpusem w talerz oberżyny, ziemniaków i sosu pomidorowego.
(Z rekonstrukcji zdarzeń wynika, że świadkowie odłożyli sztućce i zamarli w oczekiwaniu na koniec świata.)
Rzutem ciała w sos Dynia zerwała negocjacje dotyczące uwolnienia jogurtu.
- ‘Dostaniesz jogurt, jeśli zjesz warzywa’ – powiedziała ochronka biorąc jogurt jako zakładnika.
Działało przez ostatnie dwa dni, aż Dynia wywęszyła dziejową niesprawiedliwość i w proteście cisnęła warzywem, a potem dramatycznie rzuciła się w odmęty sosu z tomatów.
Do ochronki wreszcie dotarło, że płowy cherub owinął ją sobie i przydeptał butem rozmiar pięć i pół ... bo przecież ona taka malutka, ta Dynia, cium cium... 
Nie można również wykluczyć, że producent dziecięcego jogurtu sypie doń uzależniające opiaty.

©kaczka

1077

[21 Mar 2012]

(...)
Dynia czyta gronkowcom.





©kaczka

1076

[20 Mar 2012]

(...)
O świcie szron, zamarznięte, chrupiace pod nogami kałuże, białe pola za oknami pociągu, zahibernowane owce, a w południe żar jakby słońce lało się z pieca do wytopu surówki.
Nocą nad niezelektryfikowaną wsią antracytowe niebo, na niebie gęsto od gwiazd, między gwiazdami tłuste planety, pulsujące sputniki, światła samolotów, jakieś UFO pocina zygzakiem.
Wszystko to rozwieszone w ciepłym, nieruchomym powietrzu.
Norweski stoi w ogrodzie i czeka na wybuch supernowej.
Wiosna.

(...)
Wtorek.
Jest recepta. Nie ma recepty. Jest recepta.
Gdzie jest?
- Pewnie w aptece? – mówi recepcjonistka.
Idę do apteki.
- Pewnie w recepcji? – mówi aptekarka.
- Nie ma, nie podpisana, nie na dzisiaj, nie wiem, w innej aptece, zgubiła się. – to wersja recepcjonistki.
Idę po aptekarkę, wymuszam konfrontację, recepcjonistka znajduje receptę, recepta leży na wierzchu, aptekarka mi na to, że uuuuu... i oooooo... to bardzo rzadkie kapsułki (i owszem, nie paracetamol), nie ma, nie ma, kto wie, czy są w magazynie, zamówić trzeba, to potrwa, dzień, dwa, pięć, osiem i czy wytrzymam?
A jeśli nie wytrzymam to co? Ulepi mi je tu i teraz z modeliny? Ugniecie z paracetamolu?
Doprawdy (!).


©kaczka

1075

[19 Mar 2012]

(...)
- Dzwonię w sprawie recepty...
- Doktor nie wypisał, bo uznał, że to obowiązek szpitalnego konsultanta.
- Mam co cztery tygodnie jeździć do szpitala po receptę?
- ... a to ja lepiej zapytam.
A żywo!

(...)
- Zen, kaczko, zen. - mówi Norweski - Oddychaj głęboko. Znajdź swoją inner balance.
Balance?
Moja inner balance pokazuje od trzech do pięciu kilogramów nadwagi.
Nie jestem taka pewna, czy chcę jej szukać.

(...)
Dynia lubi nocnik.
Zasiada nań wieczorami, sięga po lekturę ‘Tout le monde fait caca!’, a przy tym wielce udatnie imituje proces.
Skupia się, marszczy brew, zatyka sobie nos, czerwienieje na licu.
Skad jej się wzięło? Nie wiem.
Książka w przekazie raczej płaska, niezmiennie winniczek robi kupę, misie pandy robią kupę, indyjskie slonie robią kupę,... a Dynia imituje w wielu wymiarach.
Stawiam na ochronkę.
Gdyby tak nasze dietetyczne nawyki oceniać po wieczornych performansach Dyni, to wyszłoby, a jakże, że wszyscy tu potrzebujemy pokaźanej dawki laxigenu albo lewatywy.
Teorię Dynia, wydaje się, opanowała na bank.
Tymczasem w praktyce... w praktyce nocnik służy jako fart-catcher.

©kaczka

1071-1074

[16-18 Mar 2012]

(...)
W piątek w wiejskim im się odwidziało, wymyślili zbiorczym umysłowym wysiłkiem, że to ja powinnam zadzwonić do Doktora Seniora, żeby list wysłał faksem.
Cóż mi tam, skoro i tak wisiałam na telefonie, a Dynia, która lubi dzwonić, wciskała przypadkowe sekwencje liczb.
Gdy już zadzwoniłyśmy do Chin, Australii i na Barbados, przyszła kolej na sekretarkę Seniora, która zaczęła kręcić.
... a że list to tu właśnie ma przed sobą, a że Senior odrabia nocne zmiany, więc z rzadka podpisuje za dnia, i że ona zaraz ten list faksem.
Nawet mi powieka nie drgnęła.
W drodze po mleko i bułki przystanęłam w wiejskim, by sprawdzić, czy faks się przedarł.
Smoczyca zniknęła za parawanem, nie było jej kilka lat, gdy wróciła potwierdziła, że i owszem.
- I cóż teraz? – zapytałam.
- Teraz u schyłku dnia Rodzinny zajrzy do swojej teczki i jeśli uzna za stosowne to wystawi receptę.
- ... gdyż jest piątek, a winszowałabym sobie zacząć zażywać od ręki, skoro jak głosi list za dwa i pół tygodnia mam stawić się w szpitalu zażywszy miesięczną dawkę. Wolałabym nie na raz.
- ... toteż mówię, u schyłku! Przed zamknięciem przychodni... choć wiedz, że Rodzinny może nie wypisać, jeśli uzna, że musi cię zbadać.
Nawet mi powieka nie drgnęła.
Zadzwoniłam u schyłku.
- ... kiedy ten list? – zapytała kolejna Smoczyca – Dziś? No to przecież oczywiste, że dopiero w poniedziałek.
Nawet mi powieka.

(...)
W sobotę Dynią zaczęły szarpać suchoty.
Od ostatnich upłynął ledwie tydzień.
W niedzielę zadzwoniłam do centrali koordynującej ruchy jednostek medycznych w trzech okolicznych hrabstwach.
(Mieszkamy na styku.)
Weekendowa służba zdrowia jest mobilna jak szpital M.A.S.H.
Raz obozuje w sąsiedniej wsi, raz pięć wsi dalej, a dziś – siedemnaście mil na północ po skosie od Belfastu, skręć za ruinami zamku, pięć mil do fermy kur potem w lewo na rozstajnych drogach, obok supermarketu, po prawej owce, po lewej krowy, godzina drogi w jedną stronę, drogi jak zasupłane wstążki, wreszcie szpital w baraku.
Pojechaliśmy.
Lekarz zapytał, czy to nowy, czy stary kaszel...
(Jasna cholera, żaden mi się oficjalnie nie przedstawił. Postuluję, by infekcje znaczyć kodami paskowymi. Data produkcji, seria, okres przydatności.)
... i zalecił miód z cytryną.
Kupiliśmy cytrynę w supermarkecie, przystanęliśmy na kawę i czekoladowe mleko.
Od czekoladowego mleka Dynia gwałtownie ozdrowiała.
Happy Mother’s Day!
Szczęśliwego, Mumio!



(...)
Mówi ‘auto’.
Norwescy obstają, że to 'Das Auto'.
Mówi ‘apap’.
Apap’ to odpowiednik platońskich idei.

(...)
Pilates.

©kaczka

1070

[15 Mar 2012]

(...)
Jestem znużona, wpół wytarta z obrazka gumką myszką rozmiarów zeppelina, mózgu podszewka mi się strzępi formatem dni poniedziałek-czwartek.
Grozą porannych pociągowych rozmów: kryzys, recesja, zwolnienia, lokaj kradnie, pożyczka by naprawić bojler, szef wezwał na rozmowę, spod chromu i szkła City przecieka rdza.
Znużona.
Szarpaniną, by motywować, daremnym odwoływaniem się do rozsądku, nietrwałą satysfakcją, że oto wyszarpałam komuś podwyżkę, dąsem, że zbyt małą, listami o cierpkiej treści '... i przypuszczam, że przed wysłaniem kwitu do klienta usuniesz z treści sygnaturę: wersja robocza oraz komentarze na marginesie’ [1],  wieczną pretensją, zarzutem, że na swą korzyść manipuluję prawami fizyki, czyimś przeterminowanym żalem, pięcioletnim fochem, że onegdaj to ja, a nie ty.
Gdy Dynię znuży, znudzi, gdy uzna, że ma dosyć okoliczności, scenografii, towarzystwa, afektu, zainteresowania lub jego kompletnego  braku, wtedy wzuwa buty, zakłada czapkę (krzywo), chwyta kurtkę i rusza do drzwi wyjściowych.
(O czym boleśnie przekonała się babka Norweska prezentując Dynię teutońskim kumom. Zabrakło wurstów i bitej śmietany? Dynia zarządziła przegrupowanie wojsk.)
- Kiedy, u licha, traci się tę szczerość. - pytam myślami uwieszona u klamki.

[1]  wyślę mu wersję roboczą, w której tęczową kredką pokoloruję wszystkie brzuszki litery de jak upa i jeszcze dorysuję na marginesie trzy streptokoki grające w salonowca (!)

(...)
Doktor Senior i jego sidekick Junior nie wystawili recepty na różowo-niebieskie kapsułki.
Nim Junior przestał okrążać gabinety, zamknięto szpitalną aptekę.
(Bez urazy, ale może gdyby Junior mniej biegał? szybciej biegał? może gdybym nie musiała wszystkiego dwa razy?...)
Nie dociekałam przyczyny, dla której zamknięta apteka zapobiega wypisaniu recepty na lek, za który i tak muszę zapłacić, bo od przyczyn kreślonych logiką Tutejszego Narodowego Funduszu zwykle tylko ból głowy.
(Choć, na ten jest przynajmniej paracetamol. Bez recepty.)
Może wyrokiem przenajświętszej Procedury, szpitalni konsultanci nie mają farmakologicznej jurysdykcji na terenie wiejskich ośrodków zdrowia?
Senior i Junior przyobiecali napisać list i zaapelować w nim do Rodzinnego, by ten nakazał wydać kapsułki.
Zadzwoniłam do wiejskiego ośrodka zdrowia po dwóch tygodniach. (Daj im szansę, kaczko, daj im szansę. Podyktować list sekretarce, przepisać list, znaczek przylepić, na pocztę zanieść... minimum pięć dni roboczych.)
Listu brak.
- I cóż teraz? - pytam smoczycę w recepcji.
- Nie wiem - rzecze ta szczerze. - Może zapisać cię do Rodzinnego? Najbliższy wolny termin za tydzień.
... i Rodzinny, którego niepokoi sam fakt, że odróżniam penicylinę od paracetamolu, uwierzy, że sama tych kapsułek nie wymyśliłam? W karcie ni śladu po wcześniejszym zażywaniu, bo kapsułki łykało się trzy lata temu, a dokumentacja nie przeprowadza się za pacjentem.
Czynię zakład, że będzie z tego grubsza afera.
- A czy mogłabym do kogokolwiek w piątek?
- Nie ma wolnych terminów, ale zawsze możesz próbować dzwonić od rana...

Jasne (!).

©kaczka
(...)
video

(...)
Na śnieżnobiałej ścianie parafialnej świątyni Norweskich jest fresk nieznanego kubisty, na którym lakoniczny, trygonometryczny Gabryjel bez butów zwiastuje od linijki powściągliwej, kwadratowej, geometrycznie zasępionej Miriam.
Sztuka sakralna zstępuje z ram. Archanielskie trójkątne stopy są w zasięgu nawet i przykrótkiej dziecięcej ręki.
W parafialnej świątyni Norweskich młodzież ma nieograniczony dostęp do kredek.
Błąd, powiadam, błąd!
- Co tam robisz, Dyniu, pod archaniołem? Z kredką w ręku???!!!
[ALARM! ALARM! ALARM!]
- SZUUUUUS!

Anioł pozostał bosy.
Kredki skonfiskowano.
Pruskie organy Gott sei dank! wydajnie zagłuszyły protest.
Parafianie winni zrewidować poglądy na frywolną ogólnodostępność artykułów piśmienniczych.
Samozwańczy Michał Anioł ma szlaban na zwiedzanie Kaplicy Sykstyńskiej.
Wyraża się twórczo w mniejszym formacie domalowując buty trzodzie chlewnej.
W warunkach ścisle kontrolowanych.

(...)
Dziesięć dni temu urodził się Eduardo Juan Diego Rubenito Młodszy.
Dynia błąka się po ochronce jak zjawa daremnie szukając Rubenita Starszego.
Narodziny Edka, jak nie przymierzając w Trzecim lub Czwartym świecie, odcięły  Starszemu dostęp do edukacji.

(...)
Teutońską opiekę społeczną zdenerwowała  notoryczna nieobecność Dyni na regulaminowych przeglądach, czemu to opieka dała wyraz śląc coraz smutniejsze w treści listy bulgocące od czerwonej czcionki i dużych liter.
Skutkiem koloru czcionki i tych drukowanych liter, okazałam przeto Dynię teutońskiej służbie zdrowia.
(Problemem jest zupełny brak fantazji rubryk w teutońskich tabelach. Nigdzie nie można tam wpisać, że dziecko mieszka na wyspie, chodzi boso, a o jej układ immuno dba doktor Paracetamol i siostra Nurofen.)
Na widok służby Dynia popadła w stupor.
- Gdzie jest Der Traktor? Der Pies? Der Schmetterling? – próbowała dowiedzieć się służba, a Dynia gapiła się bezmyślnie w ścianę.
Na widok książki z obrazkami wyemitowała: WOW! – tak jakby książkę z obrazkami widziała pierwszy raz w życiu.
Na prośbę, żeby samodzielnie stanęła na podłodze, rozjechały jej się obie nogi. W szpagat.
Na prośbę, żeby stanęłą na wadze, straciła kregoslup i rozlała się po podłodze.
Na prośbę, żeby udostępniła jamę ustną, tradycyjnie  zacisnęła zęby jak mastiff.
Na wszelkie inne prośby, chowała głowę pod moim swetrem.
(Oto, opieko społeczna, dowód, że trzymamy Dynię w ciemnej piwnicy.)
Na pytanie, czy mówi, Dynia odpowiedziała: Heiss!
Choć równie dobrze mogło to być: szajs.
Warto nadmienić, choć to pewnie oczywiste, że pięć minut wcześniej, w poczekalni przerzuciła dziecięcy księgozbiór, wskazała kilka egzemplarzy fauny i flory, próbowała wejść Norweskiej babce na głowę (dosłownie, bo metaforycznie ma tam namiot od dawna) oraz zadzwoniła do kogoś z hałaśliwą, obszerną relacją darmowymi minutami drewnianego telefonu.
Raport z bilansu dwulatka studzi nasz zapał, by Dynię zapisać do Mensy.

(...)
Mowi ‘oko’ oraz ‘Buzz’.
‘Buzz’ z nutą nostalgii, bo do kosmonauty Buzza zawsze trwale przytwierdzony był Rubenito.

©kaczka
(...)
Podróże, drogi pamiętniczku, kształcą, ale to kosztowna nauka...

(...)
Wbiegła do samolotu z miną oblatywacza eksperta, wybrała miejsce (gdyż tanie linie bez trufli i bez szampana w wiaderku z lodem! wzdech!), wspięła się na siedzenie, zzuła obuwie i samodzielnie zapięła pas.
(Ma habilitację z klamr, klamerek i zamków błyskawicznych.)
Nie przełknęła gładko despektu, iż wedle prawa przynajmniej na czas startu i lądowania musi być przytwierdzona do mojego korpusu pomarańczowym paskiem dla infantów.
To nie uszy, to nie zmiana ciśnienia, to nie fizyczne udręki!’ – próbowałam tłumaczyć przekrzykując czerwonego z furii, wierzgającego dostępnymi kończynami wyjca. – ‘To naruszona godność osobista.
W akcie zemsty Dynia usnęła podczas lądowania.
Samolot osiadł, koła dotknęły tarmaku, Dynia ostentacyjnie ziewnęła i urwała się jawie.
Adorable!’ – powiedział mężczyzna, który dzielił z nami trzypak siedzenia.
Jak mniemam miał na myśli stan uśpienia, nie zaś szarm mego dziecka.
Dwanaście bezwładnych kilogramów Dyni zataszczyłam, klnąc szpetnie, z samolotu na drugi koniec lotniska, do najbardziej oddalonego punktu odbioru bagażu, gdzie metodycznie wypluwało wózki i gdzie odkryłam, że wózka Dyni nie da się odbudować z ciałem błogo pochrapującym w obu ramionach.
Śpiąca Dynia porzucona na podłodze prezentowała się nad wyraz malowniczo.

(...)
Peppa ma kolejny przyczynek do nerwicy.
Dynia odmówiła współpracy ze służbami bezpieczeństwa. Nie pozwoliła prześwietlić Peppy.
Skutkiem takiej anarchii Peppie bardzo brutalnie obmacano bekon.
Dynia zalała się łzami nad krzywdą i niedolą, acz sekundę później pizgnęła Peppą o podłogę, bo dostrzegła ladę chłodniczą wypchaną kanapkami.
Była piąta rano.
O piątej dwadzieścia wywabiłam Dynię nawołującą jak muezin do modlitwy do Coronation Chicken on Malted Bread wskazując, jak mi się wydawało przebiegle, na sklep z książkami.
Nie przewidziałam, że sklep miał na składzie całą rodzinę Peppy w ilości konkurującej z chińską armią z terakoty.
Nie przewidziałam również, że słowa: myślę, że możesz adoptować Dżordża, Dynia rozciągnie na jego osiemset trzydzieści dwa klony i kilku kuzynów w linii męskiej.


(...)
Powiedziała ‘kaczka’.
Najpierw na widok drobiu w telewizorze, potem pokazując palcem w niebo na nisko przelatujące gęsi, a wreszcie inwentaryzując gatunki zwierząt odmalowane na plecaku.
Fascynujące, bo nie uczyłam jej zoologii.
Kaczka’ nadawana jest w eter głosem chrapliwym i nadwyrężonym z wysiłku.
Nie wiem, czy to z chronicznej infekcji, czy z krtani szlifowanej akcentem hrabstwa.
Z teutońskiego Dynia natomiast nieustannie odtwarza ‘Heiss! Heiss! Heiss!
Nieco profilaktycznie, bo heiss! bywa nawet mleko prosto z lodówki.
Norwescy niechybnie karmią ją rozżarzonymi węglami.


(...)
A skoro karmią.
Trudno słowami opisać to, co Dynia pochłonęła w ubiegłym tygodniu.
Wursty, bratwursty, currywursty. Po pięć w każdej garści.
Zapijane gorącą czekoladą.
Na czekoladzie śmietana.
Do śmietany lukrecjowe cukierki i sałatka z fasoli.
Leberwurst?
A jakże.
Metka? Tylko kawałeczek.
Obiegła sklep raz, zatańczyła pod ladą chłodniczą, nasypali jej w sukienkę parówek.
W dziale pieczywa dorzucili kilka bułek rozmiarów talerza.
Również gratis.
Z lodziarni przyniosła po waflu w każdym ręku.
W waflu odrobina lodów na spróbowanie, bo ta piccolina sehr suesse.
Odrobiną na spróbowanie obdzieliłam cztery dorosłe osoby.
Kotlet, szparagi, smażone kartofle, paella, śledź Bismarck pod drożdżówkę z kruszonką.
Z gwinta pół litra Apfelschorle. Z gwinta, bo Dynia ostentacyjnie nie pija już z naczyń dla infantów.
Suszone jabłka, suszone gruszki, rodzynki, ser o smaku sernika, deser w łaty, salmiak z podłogi, w jednym ręku camembert, w drugim kabanos.
Przy drewnianej kuchni w Ikei nasmażyła wyimaginowanych jaj, nawarzyła wyimaginowanej zupy, rozstawiła porcelanową zastawę i wydała rozkaz: esse!
Nawet wyimaginowaną kawę rozlała w filiżanki chochlą prosto z garnka.
Gdyśmy już nakarmili naszą imaginację sadzonymi i eintopfem zebrała talerze i pozmywała w wyimaginowanej wodzie.
Stół przetarła.
Dla siebie zażądała realnego placka i makaronu.
I batonika.
I słonego precla.
I wędzonego węgorza.
I frytek.
I popiła surowym mlekiem.
Pokrzykując 'Prost!'.


(...)



©kaczka

1056-1057

[29 Feb -1 Mar 2012]

(...)
Psycholodzy z uniwersytetu w Portsmouth dokonali przełomowego odkrycia w badaniach nad naszym narodem.
Otóż znaleźli wreszcie odpowiedź na pytanie, dlaczego Polacy są narodem gburów.
(W tym celu musieli jeść z nami śniadania, a potem jeszcze analizować pełne okruchów zapisy nagrań.)
Jak się okazuje, Polacy są narodem gburów, bo porozumiewają się trybem rozkazującym.
Mówią: ‘Sól podaj!’, zamiast jak miejscowi ‘Czy byłbyś łaskaw, wasza eminencjo...
- Sit down! – zaordynowała wczoraj dosadnym imperatywem Dynia.
Świnia Peppa z wrażenia posłusznie usiadła między Matyldą Kuh i Winfredem Pierdołą, ale, jak się wydaje, nie ma najlepszego zdania o manierach Dyni.
Słowiańskie maniery.


©kaczka